TRAINSPOTTING


Warto coś napisać na temat filmu, który został uznany przez brytyjskie media za absolutny hit i który zwyciężył na poczciwym Warszawskim Festiwalu Filmowym. Być może przyczyni się do tego fakt, że mogę o nim co nieco powiedzieć, bo widziałem film dwukrotnie. Teoretycznie reżyser podejmuje temat oklepany: w złej dzielnicy przemysłowego miasta zbiera się banda młodych degeneratów, którzy żyją: muzyką, seksem, potworną ( i skutecznie w filmie emfazowaną ) ilością narkotyków, ale także rozbojami i piłką nożną. Jednak artyzm polega przecież na tym, by z wytartego kanonu powstała indywidualna mieszanka działająca na widza. I tak, na pierwszym seansie nasuwały mi się automatyczne skojarzenia ze słynną Mechaniczną pomarańczą Stanleya Kubricka, tym bardziej że konwencja obydwu dzieł jest podobna. Dominuje narracja głównego bohatera, czującego najwięcej i paradoksalnie serdecznego; mamy grupę rzezimieszków ( przy czym w filmie Kubricka dominuje właściwie brutalność bez większej nadbudowy ), w końcu pojawiają się pewne racje światopoglądowe. Z pewnością o specyfice Trainspottingu decyduje egzotyka. Tak, tak, na polskich ekranach pojawił się film nie amerykański, nie angielski, ale szkocki. Reżyser uwzględnił odrębność kulturową choćby poprzez wprowadzenie slangu szkockiego w dialogach, tłumaczonego podczas projekcji na angielski. Również poczucie humoru jest mało angielskie, zresztą najwyrażniej mamy do czynienia z pomysłem a nie fabrykatem. Wielką zaletą jest muzyka i obsada. Dżwięki rzeczywiście dopracowane,w szczególności weseli rewelacyjna ironia z japiszonów w jednym z utworów ( wymagany kontekst wzrokowy ), a generalnie ścieżkę dżwiękową wzbogacają m.in. takie tuzy jak Iggy Pop, Lou Reed czy Brian Eno. Aktorstwo natomiast pozbawione naciągania i patosu to zasługa m.in. Ewana McGregora, Ewena Bremmera czy Roberta Carlyle'a. Nie jest to bynajmniej produkt o złu współczesnego świata, bowiem naczelną kategorią jest tutaj wolność. W słowach głównego bohatera przejawia się humanistyczne pytanie o sens działania w ogóle, bowiem na dobrą sprawę zagadką jest zarówno wybór heroiny jak i telewizora jako atrybutów życia. Pojawia się jednak nadzieja, gdy Renton zajmuje się (z efektem) interesami. Ale z nadzieją jak to z nadzieją. Myślę, że wielu znajdzie tu coś dla siebie, bo chyba mamy do czynienia z przykładem homogenizacji immanentnej , która przecież nie umniejsza filmowi wartości. Będzie to być może szczególny smakołyk dla wielbicieli odjechanego kina tarantinowskiego, choć moje osobiste wrażenia sytuują Trainspotting wyżej

Trainspotting ,1994, reż. Danny Boyle, scen. John Hodge

  • Homogenizacja immanentna- wg Antoniny Kłoskowskiej polega na włączeniu do dzieła kultury wyższego poziomu elementów zdolnych przyciągnąć szeroką publiczność.
    © dantes


    <- Na początku był chaos i chuć index.