NOŻĘM UCZYŁ UCZCIWOŚCI / 19 Wiosen   


   H. Ulik   




Radogoszcz to dzielnica w duźym mieście Łodzi.
Tutaj mieszka mnóstwo ludzi. Codzień
opodal bloków po szynach dudnią pociągi
jak pięści w drzwi łomocą, trzepocą,
wszystko z Pana Boga pomocą.
Trzech ich było, jak w Niebie króle,
lecz ci osiedlowymi włóczęgami byli w ogóle.
Z witek ścinanych w pobliźu torów miotły robili.
Zaopatrywali litościwych lokatorów pobliskich bloków nimi.
A gdy to słońce, co je wszyscy znamy
powoli się kryło za bloków linią,
to oni w sklepie kupowali tanie wino.
Wiem, źe dzieciak jestem, nic nie wiem o źyciu,
tanie wino nie tylko było w ich uźyciu.
Oni jeszcze dynks pili,rozcieńczając wcześniej w stawie,
przy ktorym młodzieź rwie pierwszej czułości czereśnie.
Lecz oni w spodniach raczej wiotko mają,
do innej płci juź gwałtownie się nie przytulają,
jedyną powierzchnią dla ich pieszczot męskich
jest gładka butelka po łykach zwycięskich.
Bo połykać to wcale nie łatwe dla dziadków.
Sam znam wiele juź takich przypadków
źe śmierci cielę zostawiało źyciu w spadku
jedynie oddech ostatni fioletowy
co się lekko unosi nad otchłanią wody.
Dobra, więc po heroicznych łykach,
gdy się pojawiły nowe wągry na ich grdykach,
przyszła ta pełna tkliwości chwila
gdy się czuła rozmowa zaczyna.
Rozmawiali o wszystkim co przeźyli w źyciu,
o kosmosie, co mruga do nich gdzieś z daleka,
o przeźytym w dzieciństwie na wsi świniobiciu,
o tym, jak pokopał beznogi kaleka.
Wreszcie się zwierzył jeden drugiemu szczerze
źe rano on ludziom spod drzwi butelki bierze.
Drugi, juź od pierwszego starszy sporo
huknął gromko: "Ty ohydna zmoro
to ordynarna kradzieź nas nigdy nie godna,
źeby cię pochłonęła stawu przestrzeń wodna.
Osiedlowy włóczęga to nie jakiś cwel co kradnie.
Ja znam sie na tym dokładnie,
bo gdy byłem w chłopca wieku
kradłem nie tylko butelki po mleku.
A potem odsiedziałem wszystko juź sumiennie
I wiem, źe kradzieź jest brzydka niezmiennie"
"Ale mi było pieniędzy trzeba,
by kupić na śniadanie trochę chleba"
- pierwszy rzekł. Lecz drugi, obruszony wielce
złapał się za omszałe włóczęgowskie serce
i znów hunkął:"Ty złodzieju,kanalio,wyrobniku wszawy,
mordo, pełna syfów, kutasie chropawy,
honoru brak ci, choć w spodniach dziurawych
tym róźnię sie od ciebie, źe ja biedak prawy"
Lecz pierwszy juź nie słuchał. Jebnął w twarz drugiego:
"Nie obraźaj mnie ty mój od dykty kolego
Ten staw nas łączy razem. Nasze biedne dźwięki
Nie raz się układały w radości piosenki
Honor, prawość, co to? Kiedy ty i ja mamy po nos błoto".
Ale nikt tu juź nikogo nie słuchał prócz wikliny.
Bili się dwaj źebracy, bili, bili, bili,
aź ten starszy juź cały rozczochrany, wściekły
nóź wyjął, z zaciekłością aź na twarzy spiekły,
i zadał młodszemu tak dotkliwe ciosy
źe złodzieja musnęły tłuste śmierci włosy.
I w malignie okropnej, gdy się wszystko miesza
i butelki po mleku, uczciwość, staw, wieszak,
udręki samotności, gitowskie zabawy,
albo konik bujany z kiecką pierwszej baby
umierając westchnał do trzeciego
(jedynie, co go przy bójce nie było
bo w Śródmieściu z Helą przebywał)
"Mój ostatni prawdziwy kolego,
ale mnie przedostatni kumpel zaszlachtował.
O, widzę trzy kostuchy, kłapią zęby ostre.
Juź mnie dotyka diabeł, juź anioł go kopie,
jeszcze inne postacie, ich to nie znam prawie.
Nie widzieliśmy przecieź tych zjaw przy tym stawie"
Umarła kanalia. Wiatr zawył długo i boleśnie.
Za wikliną kolejna para gryzła miłości czereśnie.
A drugi dziad się oddał uczciwie w policyjne ręce.
Lecz na ten temat nie dowiecie się dziś ode mnie niczego więcej.