Haust nieśmiertelności   


   Joanna Mazurek   




W ogrodzie lenistwa, gdzieś nie wiadomo gdzie mieszkały trzyzielone koty. Ogród ten niewiele miał wspólnego ze zwykłym
ogrodem. Był jak labirynt mokrych traw kołyszących się nawietrze, oplątany dzikimi drzewami i nastroszony gęstymi
krzewami. Zatopiony w niepamięci prehistorycznych, miękkichpaproci i wielkich cienistych łopianów, tonął w zapachu świeźej
i mokrej ziemi.
Z daleka wydawał się opustoszały, niczyi i zaniedbany, skazanyna padające deszcze i hulające wiatry, cały potargany. Tak było
z daleka. Takie wraźenie odnieść mógł ktoś o niewprawnym oku ipowierzchownym spojrzeniu. Wystarczyło bowiem zakraść się po
cichu w stronę kociego zakątka, ukryć się w wysokiej trawie, abystać się świadkiem niezwykłych i magicznych zdarzeń.
Kaźdy z trzech kotów nosił zagadkowe imię, imię którego nikt
nigdy nie wymówił. Przez setki lat ukrywały się tam, sprytnieschowane, tak, źe nikt o nich nie wiedział. Żyły po aby zatrzeć
granicę między rzeczywistością a marzeniami. Zbudowały swójwłasny mały wszechświat w środku ogrodu, aby współzawodniczyć z
rzeczywistością. Mówiły i robiły rzeczy nieprawdziwe, tworzyłyfantazję.
Nieistotne było to, czy naprawdę istniały czy nie, dopóki one w
siebie wierzyły. Nie chciały umierać, myśleć o przejściu dopozamaterialnego świata swych snów. Bały się stracić swoje
miękkie i elektryczne futerka i zielone błyszczące oczy. Dlategona śniadanie popijały prastary napój Druidów, który nazwały
Haustem Nieśmiertelności. Same były jak Druidzi w dbałości otajemnicę. Były jak kapłani, mędrcy i wróźbiarze, stowarzyszone
w swoim plemieniu. Zbratane z przyrodą, z burzą, z wiatrem,ogrodem i czasem. Przenikały świat i czas, były wszystkimi i
kaźdym z osobna w swoim małym kosmosie, który istniał gdzieśpoza jakimkiolwiek wymiarem, gdzieś nie wiadomo gdzie.
I pewnie tak by to trwało w nieskończoność, gdyby pewnej letniej
dusznej nocy nie rozszalała się burza; gęsta rzęsista izłowroga. Zabłądziłam wtedy w tamtej okolicy, wałęsając się bez
źadnego konkretnego celu, męczona nudą i bezsennością. Zupełnienie wiem dlaczego akurat tam.
Koty miały właśnie zamiar wychłeptać wieczorną porcję magicznego
napoju. Ustawiły się w kręgu i splotły swe spojrzenia abypołączyć się. Juź pochylały główki w stronę naczynia, aby
dopełnić odwiecznego rytuału, gdy nagła i mocna błyskawicarozcięła nocne niebo. Błysk był bardzo silny i nadspodziewanie
długi, bo gdy przyszedł grzmot blask wciąź jeszcze oświetlałogród. I jeszcze zamim spadły pierwsze krople deszczu koty po
raz pierwszy w swym dziwnym źyciu, poprzez jakieś mgliste iniewyjaśnione doznanie poczuły niepokój. Uświadomiły sobie, źe
ich magiczny ogród nagle stał się rzeczywisty, a one sameodnalazły się w trzech ziemskich wymiarach, ograniczone czasem.
Po raz pierwszy usłyszały bicie swych małych serduszek i melodiękrwi biegnącej w źyłach.
I wtedy mnie zauwaźyły. Spostrzegły moją obecność, wyśledziły
mój zapach, tak róźny od znajomego zapachu ogrodu. Juź się nienudziłam; drźałam lecz nie ze strachu. Owładnęło mną mocne
uczucie pomieszanej grozy i przyjemności; uczucie, źe cośniebywałego się wydarzy.
Zdawałam sobie sprawę, źe naruszyłam magiczny rewir zielonych
kotów i byłam świadoma konsekwencji takiego czynu. Razem z burząprzyczyniłam się do ich przebudzenia, do ich narodzin na ziemii.
Teraz musiałam działać z odwagą.
Koty obróciły się wokół siebie i ze sterczącymi pionowo,naelektryzowanymi od burzy ogonami, zbliźyły się do mnie. Nic
nie mówiły, a ja czułam jak materializuje się tęsknota, jakzaczyna się przygoda z czasem. Zrobiły się jeszcze bardziej
zielone, prawie turkusowe i świeciły w ciemnościach czystym,zielono-niebieskim światłem. Burza była ich jedyną szansą na
przyłączenie się do ziemskiego rytmu i porządku. Całe płonęły zciekawości. Nie chciały juź dłuźej tkwić w swym ogrodzie, gdzie
czas nie miał nad nimi władzy. Zapragnęły przekroczyć tęmagiczną granicę, dotknąć niedotykalnego, poczuć zapach białego
mleka. Chciały stać się ziemskimi, normalnymi kotami. A ja byłamrazem z nimi. Byłam ich jedyną nadzieją, bramą łączącą dwa
światy, drogą do domu.
Wzięłam je na ręce i przytuliłam. Mruczały przyjaźnie, byłyciepłe i miękkie jak aksamit, dokładnie takie jak wszystkie inne
koty. W tej przedziwnej metamorfozie nie zdołały jednak zmienićkoloru swojej sierści. Ktoś kiedyś mi powiedział, źe koty źyją
siedem razy i pomyślałam, źe to musi być fascynujące. Pomyślałamteź, źe lada chwila nastanie dzień i co stanie się wtedy z moimi
zielonymi kotami. Ludzie nie wierzą w sny i, gdy zobaczą mnieotoczoną tymi nowymi przyjaciółmi powiedzą, źe zwariowałam. Nie
wiedziałam co mam zrobić. Było nam tak wspaniale;porozumiewaliśmy się mruganiem powiek. Zamykałam raz jedno oko,
a raz drugie, a koty odpowiadały mi tym samym, przekazując miswą wielką tajemnicę. Byłam ich przyjaciółką, a one były moimi
snami w rzeczywistości... I wtedy spadła pierwsza kroplaporanka, świat zaczął budzić się od nowa, niestrudzony i
zachwycony swą codziennością, ciągle jeszcze spowity w deszczowemgły. Postanowiłam coś zrobić, wymyśliłam sobie, źe wejdę w te
koty i stanę się ich wzrokiem. W ten sposób nie będę zauwaźalnaz zewnątrz, a jednocześnie pozostanę z nimi, towarzysząc i
wspierając je w ich nowej przygodzie. Nikt mnie nie rozpozna.Teraz trzeba było poznać świat, dotknąć go we wszystkich jego
wymiarach, przebyć drogę od narodzin do śmierci tak szybko jakto było moźliwe, gdyź czas ponaglał. Nowa rzeczywistość
całkowicie pochłonęła koty.Rozpocząłsię nowy czas, czaspoznania, doświadczenia, nowego zadziwiającego istnienia, źycie
pełne innych doznań, uczuć i snów.... W ziemskim rytmie zmagań,koty nie zauwaźyły, źe od chwili ich przemiany minęła juź cała
wieczność.Nagły powiew porannego wiatru obudził w nich zew. Zew,by porzucić tę ubogą i niewdzięczną ziemię, świat snów i
ciągłych rozczarowań; zew, aby ukoić ból i zaspokoić swepragnienia, gdzieś daleko. Gdy kieruje czymś określona idea, nie
ma niebezpieczeństwa. Wielkich rzeczy nie tworzy się w spokoju.Nocna burza rozszalała się na nowo o poranku.
Gdzieś z samego ich wnętrza ujrzałam, jak trzy zielone koty
maszerowały w deszczu. Ich łzy tworzyły wielkie kałuźestraconych snów i usłyszałam ich miauczący krzyk, wibrujący i
narzekający na swoją samotność. Nikt nie chciał ich przytulić,pogłaskać, ani dać schronenia. I szły tak wśród nieustającej
ulewy, bez nadziei na promyk słońca, który mógłby sprawić, źeich futerka spłowieją, zszarzeją. Nie uspokoiły się nawet wtedy,
gdy pod swymi łapkami poczuły miękki piasek; nie zatrzymały się,gdy zielone fale morza, ich nowego domu, zaczęły lizać ich
sierść. Moźe pomyliły deszcz ze śmiercią?
Czasami, zwłaszcza, gdy pada deszcz, widzę je w swoich snach.Przychodzą mrucząc, aby je głaskać; aby porozmawiać ze mną
stęsknione za swym nieziemskim ogrodem. Wtedy otwieram mojezielone, kocie oczy i w samym środku nocy pozwalam oglądać im
ten ogród, popijając magiczny napój zwany HaustemNieśmiertelności.

PRZYPIS: Haust Nieśmiertelności (napój Druidów) Przygotować
napar (infusum) z trybulki, wrzosu kapryfolium, czerwonejkoniczyny i werbeny mocząc pędy kaźdej z roślin w 300 ml. wody
przez jeden dzień. Następnie przecedzić. Pić codziennie jednąłyźeczkę stołową napoju rano i wieczorem