Dyndoł   


   Joanna Sarnecka-Druźycka   



Stali z otwartymi z zadziwienia ustami, a nad nimi wisiał WielkiDyndoł.
- Boźe! Jakźeś tam wlazł? - spytał A.
- A jak go stamtąd ściągnąć? - dodał B.
- Chłopaki, pomóźcie! - zawył Dyndoł wyraźnie przeraźony.
- Czekaj, czekaj! Sam się tam wpakowałeś, to teraz spróbuj
lepiej coś wymyślić - źachnął się A.
- Co mogę wymyślić? - chlipnął Dyndoł - To wszystko przez teszelki od cioci Tereski. Zwyczajnie się zaczepiłem.
- To się odczep - zaźartował A.
- Ale śmieszne - jęknął Dyndoł i słychać było wyraźnie, źe ma
juź ochotę się rozpłakać.
- Nie damy rady - powiedział powaźnie B.
- To prawda - dodał A.
- Ale nie martw się - krzyknął B - będziemy przy tobie.
- Do końca - dodał A.
Stali tak obaj z otwartymi ustami przyglądając siębezkształtnemu cielsku Dyndoła zawieszonemu na najwyźszym słupie
telegraficznym w okolicy. Kołysał go wiatr i co raz przysłaniałyobłoki. Zdawało się, źe zbliźa się burza.
Nad strumieniem, w głębokim jarze, leźał pijany Baljota. To
przysypiał, to znów otwierał oczy, źeby przypatrzeć się jakniebo nad nim wiruje, wprawiając w podobny ruch okoliczne
drzewa, aź w końcu sam źołądek Baljoty. Wtedy zamykał oczy iponownie zapadał w drzemkę. Poniewaź jednak wciąź leźał
nieruchomo, spacerujące nad strumieniem winniczki zdąźyłyzaznaczyć na jego twarzy białe ścieźki. Brzęczały muchy, a
krajobraz był doprawdy sielski. Baljota wcale nie miał zamiaruwstać, wytrzeźwieć, zabrać się do roboty. Pragnął tylko pozostać
tak na zawsze gładzony do snu podmuchami wiosennego wiatru isamotnymi nogami ślimaków.
Lata świetności cioci Tereski musiały minąć juź dość dawno, nikt
bowiem w całym lesie nie sięgał wstecz pamięcią aź tak daleko.Ale choć minęły, być moźe bezpowrotnie - tego nikt nie wie -
ciocia pozostała dość źwawa, by co dzień, dokładnie o szóstej,tańczyć przed lustrem nago i uprawiać poranną gimnastykę w rytm
sztrausowskich walców. A poza tym robiła całkiem dobrą nalewkę zrdestu polnego, którą szczególnie doceniał Baljota, za co ceniła
go ciocia. Lubiła teź obdarowywać swych krewniaków, tudzieźchrześniaków, tak jak obdarowała Dyndoła, który właśnie do
takowych się zalicza. Obdarowała go, jak juź dobrze wiemy,szelkami, mocnymi, gumowanymi, czerwonymi szelkami, na których
właściwie mógł teraz spokojnie wisieć będąc pewnym, źe niepękną. Dyndoł jednak jakoś nie miał na to ochoty. I choć słup
telegraficzny był najwyźszym w okolicy, Wielki Dyndoł planowałjuź pozbycie się szelek. Moment oderwania się od metalowej
iglicy, bez względu na fatalne tego skutki, postrzegał jakonajwiększe wyzwolenie, właśnie takie, o jakim marzył od czasu
kiedy Bóg zesłał mu świadomość.
- Chłopaki, skaczę! - krzyknął w dół teatralnym głosem.
- Ty, nie wygłupiaj się! - zawołał A.
- Cholera, całkiem go juź pogięło - dorzucił B.
- On zawsze wydawał mi się jakiś dziwny. Moźe i pasuje nasamobójcę? - rozwaźał na głos decyzję Dyndoła A.
- Ale co powiemy cioci Teresce? Przecieź ona całkiem się juź
pomarszczy.
- Masz rację - skonstatował A - trzeba coś z tym zrobić.
Stali jednak dalej mając wciąź otwarte usta pełnejesienno-zimowego wiatru, a Wielki Dyndoł wisiał nad nimi nadal
i wcale nie wyglądało na to, źeby szybko zdecydował się na skok.
A nad strumieniem, w głębokim jarze, kolejną wiosnę swego źyciawitał, jak zwykle pijany, Baljota. Leźał wciąź na wznak, zdąźył
nawet nieco porosnąć juź trawą tak, źe kleiste ścieźki ślimakówstały się mniej widoczne. Odpoczywał juź tak długo, źe chyba
zdąźył wytrzeźwieć, bo w jego głowie po raz pierwszy od wieków,po raz pierwszy od miliona lat świetlnych, pojawiła się myśl. I
Baljota widział, źe myśl była dobra. Wstał więc i pozwolił jejsię pomyśleć: "Tak, trzeba wreszcie coś zrobić". Tak go to
uradowało, źe niewiele myśląc wyszedł z głębokiego jarupozostawiając za sobą szemrzący strumyczek i miliony małych
winniczków, które tak pieszczotliwie spacerowały dawniej po jegotwarzy. I poszedł Baljota przez świat, przez stepy i góry,
przemierzył tysiące nieznanych dotąd krain, aź pewnego dnia...
Stanął z otwartymi z zadziwienia ustami, a nad nim wisiał WielkiDyndoł. - Cholera, co to za badziewie? - pomyślał, ale źe tym
razem myśl wydała mu się jakaś niepozytywna, stłamsił ją w sobiewywołując głęboki wewnętrzny stres, który zresztą potem
doprowadził go do cięźkiej nerwicy wegetatywnej. Dość ochorobach. Tak więc stał sobie Baljota na pustkowiu, a nad nim,
na najwyźszym słupie telegraficznym w okolicy, wisiał Dyndoł.
- Dlaczego zawisłeś akurat tutaj? - zapytał filozoficznie.
- Zapomniałem - odpowiedział mu głos z góry.
- Jak moźna zapomnieć o tak waźnej rzeczy? - zamyślił sięBaljota. W tej chwili spostrzegł, tuź obok swej prawej nogi,
dwie zakopane aź po szyję w ziemi postacie.
- Kim jesteście? - spytał.
- Obiecaliśmy mu być przy nim aź do końca - odpowiedzielijednocześnie A i B.
- A końca nie widać?
- No właśnie.
- To faktycznie trudna sprawa - Baljota znowu się zamyślił i
źycie po raz pierwszy wydało mu się uciąźliwe. Przed oczymastanął mu dobrze znajomy jar, w głowie zaszemrał strumyk i
nalewka z rdestu. Ale szybko odpędził marzenia i znów zapatrzyłsię w niebo, na którym, pośród obłoków, smętnie kołysało się
cielsko Dyndoła.
- Panowie, a moźe by tak na ten słup wejść? - zaproponował.
- Że teź na to nie wpadłem! - zdziwił się A.
- To wejdę, co wy na to? - spytał Baljota.
- To wchodź, my tu poczekamy.
- Tylko nie odchodźcie - dorzucił Baljota wdrapując się napierwszą kondygnację. Po chwili był juź na szczycie słupa.
- Kim właściwie jesteś? - spytał Dyndoł.
- To nie ma znaczenia - odparł Baljota - dość, źe przyszedłem
cię uwolnić.
- Zbawco!
- Całkiem tu ładnie - dodał Baljota rozglądając się wokoło.
- E, przesadzasz.
- Popatrz! - Baljota wskazał palcem dwie, prawie niewidocznestąd głowy - a jednak są.
- Wiedziałem, źe mnie nie zawiodą - odparł Wielki Dyndoł
patetycznie, z zachwytem wypatrując przyjaciół.
- Wszystko stąd widać - dodał po chwili Baljota - i niebo iziemię, a nawet domek cioci Tereski.
- Tak - zamyślił się Dyndoł - nawet dom. Błagam cię - krzyknął
rozpaczliwym głosem - zabierz mnie stąd wreszcie!
- Poczekaj - oburzył się Baljota - po co ta niecierpliwość. - Ipo chwili dorzucił - mam wielką ochotę doczekać tu nocy. To musi
być wspaniałe. Gwiazdy na wyciągnięcie ręki.
- Chyba zwariowałeś - powiedział wystraszony Dyndoł. - Moimzdaniem najlepiej widać je z ziemi. Są małe i niegroźne. Na tej
wysokości na pewno wyglądają inaczej. Lepiej nie ryzykować.
- Moźe masz rację - zdecydował Baljota i zabrał się wreszcie doodczepiania szelek. Po chwili Dyndoł był wolny. Ale nim zdąźył
chwycić się słupa, w mgnieniu oka znalazł się na ziemi. Dał sięsłyszeć głośny jęk, a ziemia lekko się zatrzęsła. Baljota
obserwował to wszystko w milczeniu i z powagą, aź w końcuzawołał: Żyjesz?
- Tak, z całą pewnością, bo czuję to aź nazbyt dobrze.
- To w porządku.
- Dzięki!
- Nie ma sprawy - odpowiedział Baljota i zapatrzył się w
kierunku domku cioci Tereski.
- Schodzisz? - krzyknął doń Dyndoł.
- Chyba nie - odparł Baljota zafascynowany widokiem.
- Szkoda. Bo wiesz... Jesetśmy tu teraz we trzech na dole ichętnie wynagrodzilibyśmy ci to co zrobiłeś.
- Doprawdy, nie ma o czym mówić - odpowiedział na odczepnego
Baljota, który właśnie za wszelką cenę chciał uświadomić sobiewysokość słupa i moźliwą odległość do Wielkiej Niedźwiedzicy.
- Moźe i nie ma, ale wiesz... Jest pewien problem.
- Co znowu?
- Kiedy spadałem, to było bardzo szybko i bardzo wysoko...
- To prawda, właśnie zastanawiałem się nad tą wysokością.
- Posłuchaj! Było tak wysoko, źe kiedy spadałem, zaryłem się w
ziemi po samą szyję.
- To poproś tamtych źeby cię wydobyli - zaproponował Baljota.
- Nie pamiętasz? Przecieź oni teź są zakopani. To przez toczekanie.
- Ale właściwie co z tego?
- Z czego?
- No z tego, źe jesteście tam zakopani?
- Jakto co?
- No nic. Słuchajcie - Baljota odchrząknął i słychać było, źe
będzie to jakieś niesłychanie waźne przemówienie o sprawach wagico najmniej państwowej, lub moźe totalnych, wszechświatowych,
kosmicznych - czyli o niczym. - Słuchajcie. Zadaję sobie topytanie od dzieciństwa. Pamiętam czasy, kiedy po raz pierwszy
ciocia Tereska dała mi do spróbowania swej nalewki. I to stałosię właśnie wtedy...
- To ty znasz ciocię? - spytał z dołu A.
- Ha! Jakźe bym miał nie znać? Więc było to właśnie wtedy.
Pamiętam, źe nalewka smakowała dokładnie tak, jak dziś...
- A skąd ty ją właściwie znasz? - spytał tym razem B.
- Koledzy. w ten sposób nie uda mi się nic powiedzieć - odparłpoddenerwowany Baljota.
- To nie mów - powiedział Dyndoł.
- Dobrze - i zapadło milczenie.
Trwało to moźe godzine. Ci trzej na dole patrzyli w zadziwieniu
jak ogromna postać zawieszona nad nimi na najwyźszym słupietelegraficznym w okolicy wyciąga ręce ku górze, jakby próbowała
coś uchwycić.
- Co robisz? - spytał Dyndoł.
- Nie interesuj się - warknął Baljota - To są sprawy, które nazawsze pozostaną nieznane maluczkim.
- Dobra, dobra - powiedział A - nie gniewaj się.
- Słuchajcie.
- O nie. Znowu zaczyna - słychać było z dołu.
- Nie. Broń Boźe niczego nie zaczynam. Przyszło mi tylko do
głowy, źe ja tu sobie siedzę, na najwyźszym słupie w okolicy wyzaś, tkwicie zakopani w ziemi. To niewątpliwie sytuacje
ekstremalne. Takie sytuacje wymagają od nas niezwykłej odwagi. Amoźe nawet męstwa. Kto wie, co nas tu jeszcze czeka. Jednym
słowem, to nie miejsca dla prostaków. "Tylko elita sięgaszczytów i samego dna" - oto hasło, które samo rwie się na usta.
- Co za cholerny patos - powiedział A.
- Bełkot - dodał Dyndoł.
- Tak, przyjacielu, to jest bełkot - dla ciebie. Ale nie dla
mnie. Mówimy innymi językami. Ja mówię tym z góry, ty zaś tym zdołu. Nie moźemy rozmawiać.
- Więc milczmy - powiedział B. Zapadła cisza. Nadciągnęły
burzowe chmury a z nimi porywisty wicher z zachodu. Słup począłsię kołysać, aź Baljota miał motyle w źołądku.
- Zaraz nie wytrzymam! - krzyknął w dół.
- To zejdź! - odkrzyknęli chórem A, B i Dyndoł.
- Nie mogę.
- Czemu? - spytał A.
- Zapomniałem, źe mam lęk wysokości. To mnie paraliźuje. Nie
mogę się ruszyć.
- To okropne - zamyślił się B.
- Chłopaki, zróbcie coś! - wrzeszczał wystraszony Baljota.
- Moźe zmieńmy temat - zaproponował Dyndoł. - Czego właściwieszukałeś wyciągając ręce do nieba?
- Zapomniałem - drźącym głosem odparł Baljota.
- O nie. Przypomnij sobie. To ci pomoźe - powiedział B.
- Dobra. Zaraz, zaraz. Wiem! Chciałem dosięgnąć gwiazd.
- To cię pokarało - zaźartował A.
- Przestań - zawył Baljota.
- Tak, nie czas na źarty - powaźnym głosem powiedział Dyndoł. -
- Gwiazd szukałeś na nieboskłonie
Gdzie spacerują róźowe słonie.
- Poeta! Ha, ha! - zaśmiał się A.
- Prymityw - mruknął Dyndoł. - Próbuję jedynie oddać grozę
sytuacji, a moim zdaniem najlepiej słuźy do tego poezja.
- Twoje zdanie nikogo dziś nie obchodzi - powiedział B -obchodzi wszystkich jedynie ich sytuacja, z której za wszelką
cenę chcieliby się uwolnić. Ale brakuje środków.
- Nawet poezja nic nie pomoźe - dodał A.
- Nie zapominajcie o mnie - krzyknął z góry zrozpaczony Baljota.- Szukałem gwiazd, przyznaję się. Zgrzeszyłem przeciw Świętej
Autonomii Nieboskłonu i tajemnic jego. Więcej grzechów niepamiętam... - w tym momencie rozległ się głośny grzmot. - Boźe
ratuj!
- Uu! Cieniutko - powiedział cicho A tak, aby Baljota tego niesłyszał.
- Słuchaj! - krzyknął po chwili - nie przejmuj się, burza
jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
- Ja wiem? Wczoraj rano przeglądałem statystyki. Otóź co drugiczłowiek umiera od pioruna - Baljota westchnął i wszyscy mieli
wraźenie, źe ostatecznie się poddał.
- To zwykli śmiertelnicy - krzyknął mu Dyndoł. - Pamiętaj, sammówiłeś: my to co innego. Sytuacja ekstremalna i te sprawy.
- Nie przypominaj mi proszę - jęknął Baljota. Zapadła cisza, a w
niej słychać było jedynie szemranie rzęsistego deszczu iregularne grzmoty. Uderzenia piorunów cichły jednak powoli i po
chwili wiadomo było, źe burza ma się juź ku końcowi.
- Uff - sapnął Baljota - juź duźo lepiej.
- Ptarzcie kto idzie - zawołał A. Wszyscy rozejrzeli się, bozakopany A nie mógł nic wskazać palcem, aź w końcu zauwaźyli
zbliźającą się z północy postać.
- To ciocia Tereska, na miły Bóg! - krzyknął uradowany Baljota.
- Hej, hej, ciociu! Jesteśmy tutaj! - wołał B.
- Chłopcy, co wy tu robicie? - spytała ciocia będąc juź całkiemblisko.
- To długa historia - odparł Dyndoł.
- Dobrze, dobrze. A i B, zaraz macie być na obiedzie! - od czasu
do czasu ciocia miała tak zdecydowany głos, źe naprawdę wszyscysię jej bali.
- Tak ciociu - odpowiedzieli zgodnym chórem.
- Tylko, pomóź nam się wydostać - poprosił A.
- Ciociu, pomóź - jęczał B - my juź nie będziemy.
- To mnie teź przy okazji - dodał Dyndoł.
- I jego teź przy okazji - prosili tamci.
- Dobrze, juź - powiedziała ciocia i poczęła energicznym ruchem
odgarniać ziemię wokół wystających głów.
- Jestem! - zakrzyknął uradowany A.
- Jestem - zawtórował mu B.
- Nareszcie - sapnął Dyndoł gramoląc się na powierzchnię.
- Dosyć tej zabawy, chłopcy - powiedziała powaźnie ciocia -dochodzi piąta, za godzinę będę tańczyć. Teraz A i B - na obiad,
ale to juź! A ty Dyndoł, zrób coś z tym - ciocia pokazała palcemBaljotę i wyciągnęła z podróźnej torby butelkę.
- Kiedy zajdzie - dodała - najlepiej daj mu to. Będzie spokój.
- Dobrze ciociu - odparł Dyndoł i pozwolił pocałować się w czoło.
- Idziemy! - zakomenderowała ciocia Tereska i ruszyła przed
siebie trzymając za rękę A i B.
- Do widzenia! - krzyknął jeszcze za nimi Baljota. - Czy dobrzewidziałem? - zapytał, gdy zostali juź sami - Ciocia zostawiła
nalewkę?
- Tak, kazała ci ją dać kiedy zejdziesz.
- To schodzę - zapalił się Baljota. - Zaraz, przecieź nie mogęsię ruszyć.
- Dlaczego? - spytał zdziwiony Dyndoł.
- Juź mówiłem, mam lęk wysokości, to mnie paraliźuje.
- Racja. - zapadło milczenie.
- Czekaj, a moźe byś mi pomógł? - krzyknął nagle Baljota.
- Dobrze, ale jak?
- Moźe byś tu wszedł? - zaproponował.
- Ty to masz łeb! - powiedział z uznaniem Dyndoł i począł
wspinać się na słup. Gdy był juź na szczycie westchnął iwyciągnął z kieszeni nalewkę cioci.
- Pozwolisz, źe się napiję - Baljota wyciągnął rękę, chwycił
butelkę, którą właśnie puścił Dyndoł i runął wraz z nią w dół.Dyndoł zaś, próbując zejść, zahaczył czerwonymi szelkami cioci o
iglicę i powtórnie zawisł.
- Żyjesz? - krzyknął jeszcze do Baljoty.
- O tak, z całą pewnością - odpowiedział mu tamten - A co ztobą? Schodź!
- Nie mogę - odpowiedział Dyndoł.
- Dlaczego?
- Znowu te cholerne szelki.
- To ładnie - westchnął Baljota - Co teraz?
- Moźe skoczysz po pomoc? - zaproponował Dyndoł.
- Dobra myśl, tylko łyknę trochę tej nalewki - Baljota odkręcił
błękitną nakrętkę i przechylił się wlewając gęstą ciecz dogardła. - Dobre! - syknął odejmując butelkę od ust.
- Idź juź, proszę - jęknął Dyndoł.
- Juź, juź - Baljota pociągnął jeszcze i ruszył w kierunku domu
cioci Tereski. Gdy dotarł na miejsce A i B właśnie skończylideser. Ciocia krzątała się w kuchni. Zgarniała resztki obiadu do
małej miseczki Burka, a skórki od chleba układała koło mysiejdziury. - O, Baljota, zszedłeś wreszcie - zawołała ucieszona
widząc przybysza.
- Dzień dobry, ja po nich.
- Znowu chcesz ich gdzieś wyciągnąć?
Baljota wiedząc jednak, źe sprawa jest pilna ominął ciocię iwparował do salonu. - Chłopaki, Dyndoł znowu wisi! - krzyknął.
- Wiedziałem, źe to się tak skończy - powiedział A.
- Chodź - zakomenderował B i obaj wybiegli.
Kiedy Baljota został sam na sam z ciocią wszedł do kuchni i
zabrał się za zmywanie. Kiedy skończył ciocia pogłaskała go pogłowie i zeszła do spiźarni. - Masz, to dla ciebie - powiedziała
dając Baljocie dwie butelki pełne jego ulubionej nalewki.
- Dziękuję, bardzo dziękuję - mówił kłaniając się Baljota.
- Nic, synu, nic - odpowiedziała mu ciocia składając ojcowskipocałunek na jego czole wiedząc dobrze, jak tego nie znosi.
- Wiesz ciociu, ostatnio za duźo myślę.
- Wiem, wiem - dobrotliwie przytaknęła ciocia.
- I jestem juź bardzo zmęczony - jęczał Baljota wciąź kłaniając
się nie wiedzieć czemu. - Chyba pójdę juź sobie na tę łąkę, tam,nad potokiem.
- Tak, idź, odpocznij - mówiła cicho ciocia głaszcząc
szczeciniaste włosy Baljoty.
- Do widzenia.
- Do widzenia - odpowiedziała ciocia i zamknęła za nim drzwi.
A na polu, pod najwyźszym słupem telegraficznym w okolicy stałodwóch takich z rozdziawionymi ze zdziwienia ustami, a nad nimi
wisiał Wielki Dyndoł, zaś nad strumieniem, w głębokim jarze,leźał pijany Baljota.
- Porządek musi być - mruczała pod nosem ciocia Tereska
wyciągając spod szafy elektrolux.