Gdzie dwóch lub trzech zbierze się w imię moje,
tam ja jestem pośród nich
(Jezus Chrystus)
Najpierw zaczęły umierać ptaki. Spadały z nieba, nurkując z
chmur i rozsiewając woń padliny zanim jeszcze roztrzaskały się oziemię. Był to widok przeraźający, chociaź niektórzy wydawali
się zupełnie go nie dostrzegać, zakładali ciemne okulary iudawali ślepców, którymi w istocie byli, "więc po co ta cała
farsa". Tak przynajmniej pomyślałem tego dnia, kiedyprzesiedziałem pół godziny w ubikacji, usiłując spuścić po sobie
wodę. Mój korkowy czopek za kaźdym razem na nowo wypływał napowierzchnię. Czy miało to znaczyć, źe byłem pusty w środku?
- Tak, jesteś próźny - powiedziała moja dekadencka narzeczona,
kiedy ją o to zapytałem. Była okrutna, lecz nikt nie wybierałsobie narzeczonych na kilka dni przed tragedią. Coś wisiało w
powietrzu i po prostu wypadało się zaręczyć.
Tego roku wszyscy, bardziej niź kiedykolwiek, oczekiwalinadejścia wiosny, ale ona najzwyczajniej w świecie po prostu nie
przyszła i zostaliśmy w objęciach zimy. Zwierzęta zdąźyły juźzmienić futro, więc kuliły się z zimna. Tramwaje i autobusy teź
zaczęły zmieniać maść, licząc na lepszy kamuflaź. Pociągi jakzwykle - zbuntowały się i nie ruszyły z bocznicy, dopóki ktoś
nie postraszył ich zwiększeniem napięcia w liniach trakcyjnych.A i wówczas ruszyły bez przekonania, wykolejając się na kaźdym
kroku. Nikt nawet nie trudził się liczeniem ofiar.
Zamarznięta na polach woda zniszczyła rośliny, a nowy typdezodorantu do stóp wywołał masową zagładę owadów, które nigdy
juź nie wyszły ze swoich zimowych kryjówek. Jedynie karaluchy idrobne gnojowe robaczki z opóźnieniem zainaugurowały sezon,
miały bowiem jeszcze w tej historii swoją rolę do odegrania.
Z ludźmi nie było lepiej. Nękał ich niespotykany dotąd rodzajwirusa. Objawy choroby polegały na tym, źe okrutnie puchły im
głowy. Tracili pamięć - kiedy wypowiadali jakieś zdanie, tostawiając w nim kropkę, nie pamiętali juź początku. Zapominali
proste słowa: "miłość", "zima", "bóg", "schabowy". Niektórzyzapominali teź, jak się oddycha. Myślenie sprawiało wszystkim
fizyczny ból, więc na wyścigi zamieniali się w rośliny.
Potem zaczęli umierać.
Pierwsi umierali yuppies. Ginęli na atak serca we wnętrzachswych sportowych limuzyn albo dostawali zakaźenia od brudnych
pieniędzy. Zdarzały się przypadki nagłych skoków cisnienia wczasie skoków na linie, zadławienia szampanem Dom Perignon
(rocznik 1969) albo wylewu krwi do mózgu podczas przeglądaniarozkładówki "Playboya". Yuppie nie mieli rodzin, więc nikt się
specjalnie nimi nie przejmował. Mieli za to duźe konta bankowe,więc nikt się tym nie przejmował tym bardziej, bo zawsze było z
czego opłacić pogrzeb.
Potem przyszedł czas na polityków i dziennikarzy. Podczasdługich konferencji prasowych notowano dziesiątki zgonów.
Wkrótce teź karetki pogotowia zaczęły regularnie stacjonować podsiedzibą parlamentu, rządu i największych gazet. Wyciągano
stamtąd codziennie dziennikarzy i polityków zmarłych w swoichobjęciach, kiedy właśnie krzywili się z odrazą albo wygłaszali
swoje expose. Niektórzy politycy byli uśmiechnięci po razpierwszy w źyciu, co wywołało zaźenowanie u ich sympatyków.
Na szczęście taka gorsząca sytuacja nie trwała długo, bo
wkrótce wyginęli wszyscy lekarze. Serce stawało im w czasieostrych dyźurów, o ile wcześniej nie zdąźyli go wypluć razem z
ostatnimi kawałkami czerniejących płuc. Nie było juź komu leczyćnastępnych ofiar. Moźe to i dobrze, bo dzięki temu miały szybszą
śmierć.
Wreszcie na całej planecie zostali tylko naukowcy i teologowie.Oczywiście - i wśród nich zdarzały się przypadki nagłych zejść.
Ktoś pogryzł i połknął probówkę, kto inny zatruł się opłatkiem,ale były to jedynie jednostkowe wydarzenia. Ogólnie bowiem przy
źyciu trzymała zarówno jednych jak i drugich kłótnia o istotębytu, jaką od lat stale ze sobą toczyli. By połoźyć kraniec
niepotrzebnym swarom i dać początek Nowemu Społeczeństwu,postanowili wyłonić komisję wspólną. Komisja ta przejrzała
wszystkie akta, wybrała się do galerii obrazów, wysłuchałaPieśni Ziemi Mahlera, rozbiła parę kwarków, przetłumaczyła na
nowo Biblię, zajrzała w oko Syriuszowi, wypiła po ćwiartce iwydała ostateczny werdykt, który przyprawił wszystkich (czyli
teologów i naukowców) o gęsią skórkę: jeśli Bóg jestczłowiekiem, to Człowiek jest bogiem. Zagrali więc w marynarza i
w niszczejącej kamienicy przy ulicy Kamiennej wybrali spośródsiebie Boga.
Bóg wstał, zmierzwił brodę i nastroszył brwi, po czym rzekł:
- Proszę dwa kroki do tyłu. Panie na lewo, panowie na prawo i
zaczynamy. Allez, on y va! - skinął dłonią na zastępy aniołów,które właśnie pojawiły się w powietrzu.
Wszyscy zbaranieli. Tylko jeden brytyjski filozof roześmiał się
i pokręcił głową, bo zawsze dotąd sądził, źe Pan Bóg mówi poangielsku.
A gnojowe robaczki roześmiały się i pokręciły główkami, bo
nigdy nie przypuszczały, źe tyle będzie z tym wszystkim smrodu.