Przygoda słońca   


   Katarzyna Kolbowska   



Do wieźy po skrzypiących schodach. Żeby zedrzeć z siebie płeć istać chyba nie na dwóch, kończących się nogach.
Albo poddać się im, kaźdemu. Słyszę ich między sobą. Twarze z
głosami, jak w koronach z włosów, ozdobne, erotycznie mamiące.Tarcze. Więc jednak nie po mojej stronie. Wyjeźdźam na cokół,
cienka i niezniszczalna jak stare pięć złotych. Toczyć się zpoczuciem winy, źe nie jest się toczoną. Albo nauczyć się
przetoczyć sama przez siebie.
Na tyłach mojej głowy, stanęła w rozkroku. Dziwka z pewnością.Potrąci mnie ordynarnie się chwiejąc. Kalając się godnością nie
odwracam się za nią. Więc poszłam za nią nawet nie patrząc dokądi nie dowiem się, co się ze mną działo. Jestem tylko pewna, źe
miała oko w pięcie i źe pocałowałam ją w niskie, blade czoło.Wiem teź, źe wystarczy, źe na samym końcu jej włosa osiądzie
kropla a kiedy spadnie, będzie juź pełnokrwistym ciałem.
Chłopiec do bicia, do kochania. Jesteśmy razem w komnacie. Czuwanad nami potęźne ucho mrozu. Majaczy na szybach. Moźemy zobaczyć
na nich wszystko: poroźa zwierząt postacie ludzi. Pytam go, czychciałby cofnąć się w czasie. W ten moment, kiedy po zjedzeniu
śniegowej kuli, z kolegami na szkolnej przezwie, wylądował zwrzasku i słońca w ciszy i półmroku nauczycielskiej obelgi. W
sali zakurzonej paprociami.
Chłopcze nie odchodź. Mam dla ciebie... Cofam dłoń przeraźona,źe najbardziej lodowy sopel jaki dla niego znalazłam, zamienił
się w cudze łzy.
Nie zdąźyłam cofnąć. Zobaczył. Mamy wielkie, futrzane czapki,słońce fosforyzuje śnieg. Idziemy. Wielkie futrzane czapki,
przytulone do siebie. Najgroźniejszy niedźwiedź.
Nie wystarcza, bo kiedy pojawia się znowu ona, całuję ją wblade, niskie czoło. Całuję ją nawet w pięść. Wredna cygańska
czochra.
Jestem pod sufitem. Do góry nogami. Za oknem wielkie ptaki.Plamiące. Wnikają w kąciki zadartych oczu. Ciągną mnie za sobą.
Zostałam dobrana do ich klucza. Kazdy mój ruch jest wyświetlony.Ale teź źaden nie jest mój, mam ochronę w zgraniu z przednimi,
tylnymi, bocznymi. Których nie znam. Jesteśmy razem.Uwięzieni wneonie.
Był taki moment, kiedy miałam czas na zastanowienie. Raz, ona
nawet mi się skłoniła. Albo była to tylko figura tańca. W kaźdymrazie dostałam pytanie.
Szukam. Pustka aź po ukraiński majdan. Zawieszenie. Cisza aź po
podrynnowy mech. Myślę o niej. Jej czoło: bladość-niejasność.Jej usta: pocałunek-poniźenie. Jej pytanie: struna-cięciwa wciąź
bezdźwięczne. Pragnę być trójoka i ślepa jak ona, wołam.
Znowu jest. Przymyka powieki, ale nie szepcze nic do mnie.Podchodzę. Przykładam czoło do jej czoła. Nasze włosy mieszają
się. W kąciku na powiece, przyniosła mi drogowskaz. Tatuaź,którego wcześniej nie dostrzegłam. Kogucia stopa.
Trójrozgałęzienie.Początek słońca jest pomiędzy słońcem a jegocieniem.
Wtedy juź wiem, źe widzę czarną dziewicę po raz ostatni. Bo
dalej w rytm za inną sarenko jeszcze nie fruwałaś.