Tak, znowu będzie o Dźabie, Kudłatym, Szamanie, Runiu, Kaczorze,
moźe jeszcze o paru innych osobach. Będą teź RZECZY WAŻNE.Pytania najistotniejsze. Na przykład takie: Z czego składa się
świat? Z ulotnych impresji czy namacalnych rekwizytów? Zimpresji nie? Trzeba konkretów, wyraźnych kształtów, rysu
psychologicznego postaci? Brakuje wam rekwizytów? Proszę bardzo,skoro juź napomknąłem o moim samochodzie (czerwony opel corsa,
jeśli dobrze pamiętacie) zostańmy przy motoryzacji: samochód(duźy, mały, cabrio, pick up, van, sedan, hatchback, pojemność
silnika -1200, 1400, 1600, 2000!, kolory - matowe i metaliczne).A co samochód robi? Samochód stoi na wąskiej uliczce po
kasztanem, tuź przy bramie prowadzącej do posiadłości oznaczonejcyfrą, dajmy na to 28, lub jedzie szybko główną ulicą miasta gdy
zapada zmierzch i latarnie sodowe włączają się do gry. A moźesamochód jedzie szosą prwadzącą nad morze, a jego kierowca bębni
palcami w kierownicę, kątem oka lustrując mijane pola i budynki.A jak wygląda kierowca? Ma na sobie czarne jeansy i
ciemnozieloną koszulkę polo zapinaną na trzy guziczki, a naoczach okulary przeciwsłoneczne. Poniewaź droga jest pusta,
zrzadka tylko pojawiają się na jego trawersie pojedynczesamochody, przyciska pedał gazu. Mija w pędzie przydroźne bary,
parkingi i motele. Mija drogowskaz, patrzy: jeszcze tylkokilkadziesiąt kilometrów.
Czy to jest moźe preludium do "powieści drogi"? Czyź wciąź nie
jesteśmy w drodze, nawet siedząc dzień za dniem przy biurku. Takjakby były tylko drogi odmierzane wstęgami autostrad,
nawijającymi się na licznik, setkami kilometrów stukotukolejowych torów, mijanymi krajobrazami, przekraczanymi
granicami. Kierowca prowadzi pewnie, czasami aź za bardzo. Ktobędzie pierwszy.
Na razie jednak moźna jeszcze trochę zostać, posiedzieć, wypić,
coś zjeść, rozejrzeć się wokół, chcociaź zmęczenie narasta.Popatrzeć na te znane od lat mordy i na twarze z nowego
rozdania. Popatrzeć sobie z pewnego oddalenia na to co siędzieje na tej balanźce. Jak się noszą modne kobiety, jakie kity
wciskają im obrotni bajeranci, co się mówi, gdy chce się być aucourant.
Dokładnie pierwszego listopada popijając grzane piwo z
goździkami gdy całe miasto przenosi się na cmentarze, Pawik iDźaba planują kolejną wersję powieści o litearturze. Oto
pojedynek Świetlicki versus Podsiadło zostaje przyrównany dosłynnej wojny Blur i Oasis. Jakźe wielka rola powinna tu (wzorem
brytyjskich periodyków muzycznych) przypaść mediom śledzącymkaźdy krok poetów. Świetlicki w swojej kolejnej ksiąźce
zapuszcza się coraz bardziej w eksperymenty niczym Blur napiątej płycie, zaś Podsiadło natchniony boźym darem pięknych
prostych kompozycji nagrywa kolejny tom w stylu (What's TheStory) Morning Glory?
Jest gorzej niź się wam wydawało, gdyby wszystko było tylko
kwestią nagłego pociągu do literatury, a moźe raczejnietłumionego liryzmu, którego atak moźna porównać do
podchodzących do jamy ustnej i połykanych wymiotach, któreoprzecieź i tak zaraz powrócą, więc trzeba będzie znaleźc dla
nich jakieś miejsce, to nie byłoby to jeszcze takie starszne,biorąc pod uwagę, źe z twórcami spotykam się wręcz na kaźdym
kroku. Problem polega na tym, źe Dźaba się chyba zakochał.Dobra, dobra, znamy Dźabę, mówi ktoś, ale tym razem sprawa jest
powaźniejsza, panna ma bowiem 16 lat. Pamiętasz Lewy tę starąpsiosenkę, kto to do diabła śpiewał, jakaś punkowa kapela w
kaźdym razie, a tekst był taki panna lat dwadzieścia, to starakurwa juź, panna lat szesnaście to pąki białych róź. Chyba nie
myślicie, źe Dźaba dlatego rzucił się w przygodę zszesnastolatką, bo przypominała mu się jakś punkowa piosenka
sprzed dwunastu lat? Podobno bardzo za nią tęskni, bo wyjechałana mięsiąc na jakiś obóz albo kolonie. Oczywiście, źe nie, wcale
nie dlatego, źe mu się przypominała jakaś piosenka, mówi Lewytym swoim charakterstycznie modulowanym głosem, po prostu
popierdoliło go do końca, tak jak się spodziewałem.Niewykluczone, źe niedługo go zamkną za pedofilię. Mówiłem mu,
źeby sobie mózg przeszczepił bo go ma między nogami. A źe słuchaza duźo muzyki to inna sprawa, pewnie się upodobni do tej
szesnastki i kupi sobie koszulkę Biohazardu. Podobno panna jestnad wiek roziwnięta intelektualnie, broni ktoś Dźaby, i to chyba
nawet jestem ja. O, tutaj jest rozwinięta, Lewy zatacza dłońmicharaketrtsytyczne półkola na swojej klatce piersiowej. Nie,
Dźaba nigdy nie lubił wielkich piersi, mówię. Widzę, źe z tobąteź nie jest za dobrze, martwi się Lewy. A moze ty teź się
zakochałeś w jakiejś szesnastce? No, ta panna Dźaby ma całkiemmiłą koleźankę, mówię zgodnie z prawdą, ale przede wszystkim po
to by sprowokować reaklcję Lewego. Ty teź sobie kup jakąśkoszulkę, kończy rozmowę Lewy.
Dźaba postanawia napisać swojską wersję Living In Bavaria
Skaosu, której to piosenki słucha na okrągło od kilku dni.Powinno być zatytułowane Żyjąc w Warszawie a reszta byłaby
zachowana przy niewielkich, kosmetycznych zmianach, czyliapoteoza nieróbstwa, browaru i panienek. Czysty, radosny
hedonizm. Gorąca, plaźowa noc w śrdoku listopada. Mamy wyjątkowopiękną jesień. Tempreatura sięga 15 stopni, nie pada,
słonecznie. Mam jesienną depresję, zwierza się Dźaba przeztelefon. poza tym czuję zbliźającą się grypę. Właśnie wziąłem
jakiś lek homeopatyczny, wyciąg z wątroby i serca jakiejś rybyalbo kaczki. Czujkę się jak barbarzyński wojownik, albo kapłan
zjadający serce pokonanego wroga aby nabrać mocy. Mam oczywiściejeszcze całą torbę aspieryny i witamin. Nie mogę się rozłoźyć,
bo mam wyjechać pojutzere na koncert, czekałem na to chybadwanaście lat, źeby zobaczyć The Cure, i co, teraz wszystko
miałoby się rozbić o jakąś cholerną grypę? Z drugiej strony bojęsię powikłań pogrypowych. A to całe Żyjąc w Warszawie nie da się
wyprodukować, bo zamiast czystego, radosnego hedonizmu jestraczej ponury eskapizm i zmęczenie, a dziewczyny wcale nie są,
najpiękniejsze. Obiektywnie rzecz biorąc, wydaje mi się, źemieszkają tu same pasztety, nawet hasło "Najpiękniejsze
warszawianki są przyjezdne" teź nie bardzo się sprawdza, boprzysyłają nam tutaj ostatnio same odrzuty.
A w kolejce po pieczonego kurczaka słyszy rozmowę dwóch
starszych kobiet, które licytują się zmainami reumatycznymi wstawach i bóklami w kręgosłupie. Wygrywa ta, która wyciąga asa w
postaci wytartych łoźysk w kolanach. W czwartek idzie napremierę filmu Esti Kornel Csodalatos Utozasa a dzień później
jedzie na koncert The Cure na którym doznaje autentycznegokatharsis. Trzeba co jakiś czas przeźywać artystyczne
uniesienia, mówi do słuchawki zdając telefoniczną relację wwyprawy. Optymalne jest więc łączenie oglądania filmów o
utraconej młodości i następstwach podrózy sentymentalnych orazkoncertów zespołów które kształtowały ducha epoki, która
odeszła. Gdy siedzi w najdroźszym sektorze hali widowiskowejjego uwaga co jakiś czas umyka ze sceny, na której Robert Smith
śpiewa Friday I'm In Love a właśnie jest piątkowy wieczór, w temiejsca gdzie widzi młode dziewczyny ponętnie i rytmicznie
tańczące. Nie potrafiłbym zejść tam w dół, w podskakującyściśniety tłum, myśli, mógłbym przecieź zemdleć, albo dostać
duszności, albo poniesiony przelewającą się na boki cielesnąfalą zostać zgnieciony. Stąd lepiej widać te dwanaście lat. W
drodze powrotnej autobus przeciskający się po śliskiej szosieprzez gęstą mglę wpada w dziurę czasową i zostaje cofnięty o
dwanaście lat.
Jest pamiętna czarna noc stanu wojennego. Słuchamy po domachPornography, Seventeen seconds, nie wierzymy źe Cure kiedyś
tutaj przyjedzie, te dziewczyny, które tańczyły na koncerciemają po pięc lat. Słuchamy Siouxsie and The Banshees, trwa
nieustający listopad. Kupujemy sobie rumuny, które hołubimy,gładzimy czule ich czuby, nacieramy pastą i tłuszczem, źeby nie
przemiękały na wciąź padającym deszczu. Słuchamy Joy Divison iPublic Image Ltd. Palimy tanie papierosy. Pijemy tanie piwo,
popadamy w tanie stany emocjonalne. Na razie przy IanieCurtisie, kilka lat później przy Nicku Cave'ie i Tomie Waitsie.
Duźo mówimy o śmierci. Jesteśmy niezłymi dołersami, jak zzimnofalowego katalogu. Wszędzie wokól jest zimno, kamiennie,
trumiennie, zawsze płonie wielki ogień i wieje wielki wiatr, aleogień jest zimny a wiatr przeszywający. Skały, które wyrosły
przed nami cicho drąźymu kroplami naszych myśli.
Kurwa, wyglądasz jak jakiś pieprzony amerykański raper,powiedział Dźaba do Pawika. Pawik był w garniturze, ale na głowę
miał wciśniętą wełnianą czapkę. Wolę tak wyglądać, niź jakpieprzony polski mods, odparł. W Polsce nie ma modsów powiedział
Dźaba. Ja jestem modsem, wtrącił się popijający do tej pory wmilczeniu Stocka z butelki Runio. Miał świeźo ogoloną głowę i
nową szwedkę. Nie jesteś modsem, tylko pieprzonym skinolem, powiedział Dźaba. Jestem hard modsem, prostował Runio
demonstrując swój nowy znaczek NewYorkCity SKA. A masz skuter?zapytał się Pawik. Jesteś skinolem, upierał się Dźaba, a raczej
boneheadem, bo korzenni skins a la 67, pewnie by cię zaciukali,chociaź sam juź nie wiem, którzy są faszystami a którzy
antyfaszystami, róźnią się tyko naszywkami na flekach.Spierdalaj, odparł Runio, ty za to jetseś spedalonym anglofilem,
i słuchasz pieprzonej pedalskiej muzyki. Przecieź sam mówiłeś,źe Oasis to hard modsi, przypomniał Runiowi Pawik. Sam sobie
przeczysz, poparł Pawika Dźaba. Oasis, kurwa, teź mi coś. A tewszystkie twoje pedalskie The Smiths albo Gene, czy inne
ciotowate bandy z Londynu albo Manchesteru, to co? Albo zeSzkocji, dodał Pawik. Dlaczego akurat ze Szkocji? Albo Irlandii?
A dlaczego Irlandii? Czego chcecie od Szkocji albo Irlandii,piękne miejsca. A byłeś tam, skąd wiesz? Potrafię sobie
wyobrazić, mam kurwa, pieprzoną wyobraźnię, mówi Dźaba. Jestem wstanie sobie wyimaginować pieprzone szkockie wrzosowiska i
torfowiska, Loch Lomond i Loch Ness, i irlandzkie pokryte mgłąłąki i bagna. Lepiej dajmy spokój, musimy się tu trzymać razem,
pełno tu jest pieprzonych winylowców i pedałów, załagodziłsprawę Runio kończąc Stocka. Bez przerwy leci jakieś techno,
zobacz co się dzieje, plastikowcy, kurwa, jakie to wszystkopłaskie, anonimowe, bezoosobowe. Czy taka ma być kultura nowego
wieku? To ja takiej nie chcę, ja chcę się identyfikować ztwórcą, a przecieź nie moźesz się identyfikować z kimś kto robi
plastikową muzykę. Zresztą, ona przecieź zupełnie nic nie mówi onaszych egzystencjalnych problemach, niespodziewanie uderzył w
wysokie tony Runio. To są egzystencjalne problemy, pokazał DźabaDuźą Dorotę, która właśnie niosła do ubikacji kubeł w
wymiocinami jakiejś winylowej panny, która zarzygała całykorytarz, szczególnie przestrzeń między windą w klatką schodową.
Oczywiście na jej twarzy rysował się wyraz obrzydzenia, alejednocześnie coś, co dawało powody do przewidywania, źe w
przyszłości moźe być dobrą, pracowitą źoną. Tym czymś byłaświadomość konieczności poświęcenia się, cierpienia w imię
jakichś bliźej nie sprecyzowanych ideałów. Ale to zaraz znikłozamieniając się miejscami z tłumioną wściekłością. Trzeba ją
połoźyć, powiedziała Agnieszka, ona juź rzyga swoimiwnętrznościami, moźe trzeba wezwać karetkę? Nie chcę, źeby mi
zarzygała pościel, zaprostestowała Dorota, połóźcie ją napodłodze, tylko tak, źeby się nie udławiła się rzygami, jeszcze
mi tego brakuje. Jak wyrzyga wszystkie wnętrzności, toprzestanie, powiedział spokojnie Dźaba. Winylówa go nie
obchodziła, niedobrze mu się tylko robiło na widok jakiegośprzyćpanego gościa, który niewprawnymi ruchami rozklekotanej
dłoni gładził ją po farbowanej głowie. Zastanawiał się przezchwilę nad tym, czy to jej facet, czy tylko jakiś pedalski
kumpel. Idźcie sobie wszyscy do domu, powiedziała nagle Dorota,mam tego dosyć, trzech czwartych ludzi nie znam, wynocha. Kurwa,
co jest, zaprostestował Dźaba, dlaczego stosujeszodpowiedzialność zbiorową, dlaczego ja mam iść o drugiej w nocy
w dwudzistostostopniowy mróz, tylko dlatego, źe jakaś winylówasię porzygała, bo pewnie zaźerała jakieś narkotyczne gówno, a
teraz się wyśpi. Ją, kurwa, wyrzuć. Chyba nie mówisz tegopowaźnie, twarz stojącej obok Agnieszki do tej pory prezentującą
ciepłą zmysłowość pod idiotycznym kamuflaźem przesadnegomakijaźu wzbogaconego brokatem,. który dyskretnie usiłowała
usunąc koniuszkami paznokci, teraz nabrała nieprzyjemnegowyrazu. Kurwa, to przecieź nie ja zarzygałem ten pieprzony
korytarz, jestem spokojnym człowiekiem. Ale ty siedziałeś wwannie i pobrudziłeś ją butami, odparła Dorota. W dodatku co
zrobiłeś z ręcznikiem? Jest cały wysmarowany czymś czarnym,chyba pastą do butów. A lustro wymazałeś kremem do golenia.
Bzdura, niczego nie smarowałem źadnym pieprzonym kremem. Topewnie któryś z tych pieprzonych pedałów nie mógł znaleźć
wazeliny i próbował na krem. Sam przed chwilą słyszałem, jakjeden z nich mówił do drugiego "naprawdę chciałbyś się z nim
przespać?", obzrydliwość, kurwa. Moźe byś przestał tak kląć,powiedziała jakaś panienka w czarnej sukience, która siedziała
obok i jadła indyka w maladze. Żebyś się udławiła ruro, pomyślałDźaba bo nienawiść zaczynałą w nim boleśnie narastać jak wielki
ropny pryszcz.
Reczywiście, siedzieli w parę osób w łazience, gdzie zrobilisobie alterantywną imprezę. Kaczor z źoną, Hipolit z źoną, Lewy
z źoną, Dźaba, no czasami wpadali Pawik i Runio. Skręcili dwaduźe flakony gorzały, dwa szampany, duźa colę i sok grejfrutowy.
Opowiadali sobie o tym, jak to drzewiej bywało. Pij, powiedziałHipolit dając Dźabie butelkę z wymieszaną wódką z sokiem
grejfrutowym. No, większego weź łyka, nieszczerze pijesz, i źebysam dać dobry przykład, sam pociągnął potęźnie. Hipciu,
upominała go źona, opamiętaj się. Teraz ty, podał butelkęKaczemu. Kaczy pociągnął szczerze. No wiesz, powiedziała Kacza
źona. A co tam, powiedział Kaczy. Jutro się będziesz źle czuł,tak jak ostatnio, przypomianła mu źona, wiesz, wtedy jak
rzygałeś przez całą noc, i potem przysuięgałeś źe juź nigdy sięnie upijesz, i cały byłeś zielony, i bałam się, źe trzeba będzie
wezwać karetkę, bo moźe się naprawdę niebezpiecznie zatrułeś.Przez chwilę bałam się, źe zostanę wdową. Dobra, juź, przestań,
powiedział Kaczy, reagując skrzywieniem na jejmelodramatyczność. Nie mieszaj tylko, upomniała go po raz
ostatni źona. Tymczasem Kaczy, podobnie jak wszyscy wkołomieszał na całego: wino, wódkę, piwo, od północy szampana,
którego przypadało po butelce na głowę. Alkoholowy eklektyzmwyznaczał nowe kierunki w pijaństwie.
Widzieliście jak się posunęła?, powiedziała o Agnieszcze któraś
z źon. Pamiętacie, parę lat temu była po prostu śliczna, wtedyjak miała długie włosy, a teraz kiedy je ścięła i ufarbowała, a
na twarzy ma tą okropną tapetę, wygląda na starą bladzię. Wdodatku ten jej koleś to chyba teź pedał., dodaje Runio sięgając
po butelkę z sokiem i wódką. Widziałeś jak się rusza, jak kręcidupą, te jego ruchy rąk charaktersytyczne. No i ta obcisła
pomarańczowa bluzeczka, koszmar. Runio to co innego: jasnedźinsy, koszulka Fred Perry i wąskie czerwone szelki mimo
czarnego skórzanego pasa z cięźką klamrą. Klasycznie. WłaśnieRuniowi udało się przekonać DJ'a, źeby przestał puszczać jakiś
trance i włączył Skaos. Choć DJ się wzbraniał, zasłaniając sięumową z Dorotą, która prosiła właśnie o taką muzykę. Ale dał się
przekonać zbirowym prośbom. Jak nie puścisz muzyki Runia toprzyjdzie mój mąź i ci napierdoli, powiedziała źona Kaczego. I
przez momnet wyglądało na to, źe jeśi DJ się nie ugnie to będzieniezły dym, bo jeśli Kaczy będzie się musiał bić z DJ'em, to
pewnie w jego obronie staną winylowcy, a wtedy będą musieli sięprzyłączyć Runio, Dźaba, Hipolit i Lewy. Okazało się jednak, źe
DJ był spolegliwy, dał się przekonać i Runio mógł wyjąć zpudełka kasetę Skaosu Catch This Beat No dobra, i co my widzimy.
Wszyscy ci kolesie i panny w plastikowych ubrankach znikajągdzieś a na parkiecie pozostaje kilka osób: Lewy i Kaczy z
źonami, Runio, Dźaba, wąsaty gość w koszulce z napisem TheBusters zwany Skamanem i niejaki Słowik - emerytowany punkowiec
z Żoliborza. No i tak, Do The Ska i Sally całkiem nieźle. PrzyStraihgt To Your Heart Dźaba dostaje zadyszki i kolki a Lewy się
strasznie poci. Chyba zdechnę, mówi Dzaba. Tak, powinniśmyzbastować, mówi Lewy podrygując resztką sił. Więc bastują i idą
do łazienki napić się dla ochłody.
No i jak, zapytał się Dźaba Marcina, który siedział w kącie itrzymał rękę pod spódnicą jakiejś panny. Rzyg, odparł Marcin, i
dwa palce wolnej ręki, wskazujący i środkowy wsadził sobie wusta deminstrując ruch pobudzania wymiotów. Wszystkim tutaj
wydaje się,źe są następcami Kieślowskiego. To ciekawe, odparłDźaba, panienkom teź? Nie, panienki wyobraźają sobie źe są
aktorkami następców Kieślowskiego. To tragiczne, odparł Dźabarozglądając się po sali, w kaźdym razie kilka jest niezłych. Na
przykład te dwie, które tańczą ze sobą, bardzo apetyczne.Niestety, dla nich trzeba być przynajmniej Pasikowskim, źeby się
tobą zaintereoswały, powiedział Marcin wyjmując rękę spodspódnicy panny by poprawić włosy. Chociaź ten gość od reklamówek
pasty do zębów ma naprawdę niezłą laskę. Zobacz jak się na nimwiesza. Obok Kudłaty wyrywał Szamanowi telefon. Nie dzwoń do
niej, nie poniźaj się. Muszę z nią porozmawiać, prawie krzyczałSzaman. Kudłaty ma rację powiedział Dźaba, nie powinieneś się
nią przejmować, naturalna kolej rzeczy, odpuść sobie. Ty jądymałeś przez cztery lata, teraz będzie to robił ktoś inny, a ty
się moźesz rozejrzeć za jakąś nową panną. Nie mogę, odparłSzaman wyrywając telefon i usiłując wystukać na nim kilka cyfr.
Allo... nic nie słyszę, powiedział. Allo... co, co jest? Abonentczasowo niedostępny. Wyłączyła telefon. Pewnie się pieprzy z tym
Czechem. Dokąd on dzwoni, zaintersował się rezźyser filmowyFilip Zylber który przechodził właśnie mimochodem. Uwaźaj jak
przechodzisz, powiedziała jakaś oburzona panna, której nadepnąłna kraj sukni. Widzieliście jakie miała cycki?, zapytał się
reźyser Zylber Dźaby i Kudłatego. Do Pragi, odparł Dźaba. Jegobyła panna właśnie się pieprzy z jakimś Czechem, który jest
negatywem Szamana, to znaczy jest wysokim, przystojnym brunetemi pracuje w agencji modelek, organizuje castingi. To tak jak
jak, powiedział reźyser Zylber. Teź organizujesz castinigi?zaintersował się Dźaba, mógłbyś nas kiedyś zaprosić źebyśmy
sobie popatrzyli na panny? Nie, nie orgazniuję castingów, jestemwysokim przystojnym brunetem. Myślę, źe trzeba mu pomóc,
powiedział Kudłaty, wpada w starszne doły. Allo, allo, krzyczałSzaman do telefonu, nic nie słyszę. Przecieź ona wyłączyła
telefon, koniecznie chcesz im zafundować stosunek przerywany?powiedział Dźaba. Nie to niemoźliwe, na pewno się nie pieprzą,
ona ma dzisiaj okres. Moźe lubi na Indianina? Albo po grecku?Albo przynajmniej robi mu laskę, wiesz jest mnóstwo moźliwości.
Słuchaj, natarł na niego czerwieniejący coraz bardziej Szaman,byliśmy cztery lata, to chyba coś znaczy. I wystarczy, odparł
Dźaba, znajdź sobie nową. Nie mam pieniędzy, to są wydatki,zapraszanie, uwodzenie, kwiaty, teatr, ona była juź oswojona,
dzwoniłem i przyjeźdzała, nie musiałem wokól niej chodzić. Moźewłaśnie to jej się znudziło, powiedział Kudłaty, moźe nie
chciała juź być oswojoną? Masz piękne mieszkanie, jesteśinteligentny, masz duźe białe zęby, same atuty, nie musisz mieć
kasy źeby wyjmować panny. Powinieneś trochę pouźywać. Wystawięci siostrę mojej narzeczonej, mówi Kudłaty, jak ją pierwszy raz
zobaczyłem, to chciałem rzucić Ankę. To dlaczego tego niezrobiłeś? zapytał się Dźaba. Jakoś głupio mi było, moźe to z
wygodnictwa. Nie, nie mogę, powiedział Szaman. Nie mam kasy,nie mam samochodu, co ja mogę jej zaoferować. Ona ciebie chce, o
niczym innym nie marzy, tylko źeby z tobą być, zapewnia źe jestdomatorką, moźe jeździć autobusami, a pieniądze nie są waźne, w
dodatku i tak się odchudza, więc nie będzie potzrebowała kasy naźarcie, i nie musisz jej stawiać kolacji w drogich knajpach,
reklamuje ją Kudłaty. A sam mówisz, źe robi wraźenie. Moźebędziecie z Kudłatym szwagrami. Będziecie razem, we czwórkę
spędzać niedziele i razem jeździć na urlopy. Moźe Kudłaty będziechciał dysktretnie ją posunąć gdzieś nad morzem, gdy ty z jego
źoną usiądziecie w kawiarni lub będziecie przechadzać się postarym porcie rybackim.
Jakbyś miał osiem rąk jak bogini Kali, to mógłbyś jednocześnie
czytać wsyztskie tomy W poszukiwaniu straconego czasu a jeszczejedną ręką maczać w herbacie magdalenkę, powiedziałem do gościa
w okularach, który chodził po mieszkaniu z otwartym Ulissesem.Tak, tak, śpiesz się, tak mało czasu nam dano, powiedział Dźaba.
Gość się zmył. Jedyne co mi zostało po paru latach studiów tojakźe cenna umiejętność rozmwiania o niczym przy uźyciu waźnych
słów i nazwisk. Moźna nie powiedzieć literalnie nic, ajednocześnie zabłysnąć nieprzeciętnym intelektem, a jak się uda
to i uwieść jakąś pannę. Bardzo przydatne. Pod warunkiem, źepanna nie jest tak oblatana jak ty. Ten gość z Ulissesem pewnie
osiągnie jakieś sukcesy na tym polu, jeźeli będzie mówiłcytatatmi z Joyce'a i Prousta albo mimochodem rzucał scenki z
źycia Leopolda Blooma albo Albertyny. W pokoju obok właśnietrwała zaźarta dyskusja jak naleźy wymawiać nazwisko
Chomsky'ego. Znakomity patent. Znajomość takich nazwisk jestwysoce wskazana. Mówisz na przykład: Heidegger, a zaraz potem:
Gadamer. Sukces murowany i kolosalne wraźenie. Walisz śmiało:hermeneutyka, fenomenologia. A teraz uwaźaj: DEKONSTRUKCJONIZM,
POSTSTRUKTURALIZM. Tu ich masz w ręku, wymawiasz niedbale:Derrida. Ale muszą odnieść wraźenie, źe to dla ciebie źaden
problem, jakby zjeść droźdźówkę i wypić kefir. Stary, niektórzyz nich rzeczywiście modlą się do Derridy, ale większość zna
tylko nazwisko. Moźesz podeprzeć się lekturą Maszyny do pisaniaRachwała i Sławka oraz Postmodernizmu Barana a takźe osobistą
znajomością z Dariuszem Nowackim. Lecisz dalej: Lyotard,Delleuze. Zaczynają głupieć. Nie zwalniaj, moźesz za to
spokojnie przeskoczyć na inny kwiatek, powiedzmy w stronębałkańską. Wyraźnie wymawiasz: Julia Kristeva, Tzvetan Todorov.
A teraz w stronę frankofońskiej Rumunii: Eliade, Cioran. Patrzjak miękną. W kaźdym razie nie pozwól im kontratakować,
uformować jakiegoś zdania, poglądu. A potem zupełnie mimochodempytasz się tych dwóch panienek, jak się właśnie dowiedziałeś,
studiujących psychologię alternatywną: czy psychotronika jestnew age'owa? W źadnym wypadku, mówi jedna z nich, poprawiając
włosy. I proszę, juź się znacie. Juź się lekko dotykacie.Trzecie piwo pomaga ci powrócić do spraw hermeneutyki, chociaź
na tym gruncie czujesz się trochę niepwewnie więc dryfujesz wstronę socjologii kultury. Szybko przedstawiasz wizje Stuarta
Home'a zawarte w Gwałcie na kulturze i juź jest dobrze. One mogąmieć Junga wykutego na pamięć, więc tutaj nie ma co kombinować,
bo moźna się zblamować, ale Home je załatwia. Moźesz je poprosićo wytłumaczenie jakiegoś psychologicznego problemu, zwłaszcza,
źe ty z psychologii pamiętasz tylko obrazki z małpą, która chcesięgnąć wiszącego na źyrandolu banana, więc najpierw znajduje
sobie kij, a jak się okazuje źe on nie sięga to drapie się wgłowę, i wreszcie, na czwartym obrazku wpada na pomysł
przysunięcia sobie skrzynki, na którą się wdrapuje. Żeby jednaksię nie zanudzić moźna dla oddechu moźna pogadać o muzyce. Ona
oczywiście uwielbia Świetliki i Maleńczuka, więc nie jest źle.Przyznajesz się do zaźyłej znajomości z Marcinem Świetlickim i
juź jest dobrze. Ona cię podziwa, stary, gdy podajesz jejwłaśnie nabyte w barze piwo, to prawie tak jakby to piwo podawał
jej Marcin Świetlicki. Ona go kocha intelektualnie, chciałabyźeby jej dedykował wiersze. Tobie jednak przecieź chodzi, źeby
ona pokochała ciebie i to fizycznie. Przynajmniej tego wieczoru.No dobra, to mój pomysł. Jeśli masz lepszy, to go wprowadź w
źycie, zamiast narzekać źe coś spieprzyłem. Zawsze moźeszskorzystać ze sposobów rwania panien według Borisa Viana
zawartych w cennym z socjokulturowego punktu widzenia utworzeDygresja, co z pewnością potwierdzi doktor Mirosław Pęczak.
Moźesz zresztą zostać w domu czytając jakąś antologię poetyckąalbo słuchając Portishead. Zresztą moźesz przecieź połączyć te
dwie rozrywki intelektualne. Nie łącz tylko ze sobą lektur niepasujących do muzyki. Nie słuchaj Mano Negry czytając Pessoa a
Specialsów przy lekturze Marqueza. Połączenie Sex Pistols z JoseLezamą Limą teź moźe się nie sprawdzić. Zresztą podejrzewam, źe
w takich sytuacjach nie słuchasz ani Mano Negry ani Specialsówani Pistolsów. Pewnie ambientu - Orb, Future Sound Of London,
myśląc, ach London, London, albo jakiegoś intelektualnego rockaw stylu Throwing Muses, a czytasz przy tym Kazuo Ishiguro. Albo
słuchasz Dead Can Dance przy lekturze Danilo Kisa. Nieźle pewniesię sprawdza Jesus and Mary Chain, szczególnie przy lekko
awangardyzujących powieściach. Tak, poszukująca muzyka iposzukująca literatura. Ciekawe, jak by się czytało Waltera
Abisha słuchając Einstrzende Neuebauten? Albo Finnegans Wake iMy Bloody Valentine. Niezłym wyjściem jest teź czytanie wierszy
pod poszczególne utwory. Krótkie wiersze najlepiej połączyć zpunkowymi dwuminutówkami na przykład Ramonesów albo Kortatu.
Zawsze jak słucham Kortatu, to mam ochotę pomaszerować na Madryta w kaźdym razie dokonać jakiegoś zamachu na hiszpańskich
gliniarzy albo fukcjonariuszy Guardia Civil. To samo tyczy sięMano Negry, ale w ich przypadku nastrój bojowy zamienia się w
hedonistyczny, i generalnie rzezc biorąc lirycznie-balangowy. Oile przy Nicaragua Sandinista Kortatu buzują we mnie rewolucyjne
huragany, to gdy słucham głośno Mala Vida Mano Negry to chcęwręcz tańczyć na stole. W przypadku Poguesów bliskie są mi
niepodległościowe dąźenia Irlandii Północnej, gdy słucham TheUkrainians to chcę iść rzezać Lachiw a przy Raymond Et Les
Blancs Beces juź ruszam do walki z francuskimi flicami ifaszystowskim reźimem Chiraca, zaś słysząc Scum Of Toytown chcę
się odegrać na thatcheryzmie. Bliska jest mi niedola brytyjskiejklasy robotniczej przy pięknych piosenkach Billy Bragga. Chociaź
najbliźszy jest mi on wtedy, gdy śpiewa I don' t want to changethe world, I'm not looking for new England, just looking for
another girl. Myślę, źe ta wraźliwość jest mi bardzo bliska.Dłuźsze wiersze, a szczególnie poematy wymagają dłuźszych form
muzycznych. Moźna oczywiście słuchać całych suit art rockowych,albo kompozycji elektronicznych, ale to bez sensu. Myślę, źe do
tego mogą pasować jakieś dłuźsze numery psychodeliczne, coś wrodzaju The Verve.
Zastanawiam się nad opcją pisania automatycznego, ale tak aby
nie popaść w logoreję, pułapkę bez wyjścia, w której zamknięciunie pozostaje juź nic innego jak tylko liczyć znaki w tekście. A
potem wyjmować ze skrzynki koperty z wycinkami prasowymiprzysłane przez Dźabę lub Pawika, z dołączonymi listami:
Przesyłam ci garść wycinków tyczących twej ostaniej publikacji.
Zastanaiwa mnie ich zróźnicowany ton, wydaje mi się jednak, źesłusznie zarzucają ci brak pomysłów fabularnych i "pisanie o
pisaniu". ta formuła chyba rzeczywiście się juź przejadła. Wkaźdym razie nie jest źle, choć na jakiś większy suckes chyba
liczyć nie powinieneś. To nawet nie jest kwestia hermetyczności,ile raczej totalnego chaosu, który w tym panuje. W kaźdym razie
pozdrawiam i pomyśl o czymś co by miało jakąś linearną narracjęi wyraźną strukturę. Pisanie automatyczne moźe mieć niewątpliwie
pewne zalety, na przykład moźliwość w stosunkowo krótkim czasiezapełnienia stosunkowo duźej ilości stron. Jeźeli ktoś ci będzie
płacił od ilości znaków lub arkuszy wydawniczych to wporzo, alekto to przeczyta to juź inna historia. Myślę, źe musisz po
prostu znaleźć złoty środek. Popatrz na ostanie powieściIrvinga, są coraz grubsze, nie schodzi juź poniźej 600 stron, to
ewidentnie kwestia kasy. Ale tam rozgrywa się jakaś akcja,mniejsza z tym, źe rozciągnięta do niemoźliowści, jeszcze
bardziej niź wielokrotnie przeźuta guma do źucia, ale mimo swejrozlazłości Regulamin tłoczni win i Syn cyrku są ksiąźkami
fabularnymi, i to właśnie fabuła trzyma te 600 stron w kupie.Zresztą popatrz teź na Ishiguro, jego Niepocieszony ma chyba pól
tysiąca stron, ale wszystko tam jest na swoim miejscu, ani nachwilę się nie wymyka spod kontroli.
Dobra, dobra, mówię, i tak mam na to mało czasu, nawet nie mogę
się w sobotę narąbać, bo potem przez trzy dni jestem do niczego,nawet nie mogę czytać więc o pisaniu nie ma mowy. Absolutnie nic
z tego. Nie będę pisał jak Irving, tak naprawdę topierwszorzędny drugorzędowiec, nic poza tym i nic obok tego.
Absoltnym wyjściem poza byłoby stworzenie ksiąźki, którą sięszybciej pisze niź czyta. Tak, aby narracja, czy teź
antynarracja znajdując się pod aboslutną kontrolą piszącegojednocześnie stawała się z kaźdym zdaniem i akapitem coraz
trudniejszą do przebycia dla czytającego dźunglą. A moźe raczejnaleźy się ukierunkować w drugą stronę, bardziej liryczną,
jednak z odcieniem epickim. Jakoś tak:
I oto teraz kiedy siedzimy i wydaje się, źe to się nigdy nieskończy a czas wydaje się być daleko poza nami
I oto teraz kiedy Kudłaty znowu prosi mnie o papierosy i ja
znowu odpowiadam źe ich nie mam
I oto teraz kiedy Szaman kupuje sześć butelek wina Chardonnay i znów jesteśmy nad morzem w Chłapowie i jest lipiec 1990
I oto teraz kiedy Agnieszka przysiada się do mnie i opiera na
moim ramieniu swoją głowę i wiem, źe chcę źeby to trwało wiecznie
I oto teraz kiedy juź wiem, źe nie tylko nie będzie to trwałowiecznie, ale tak naprawdę nigdy nie miało miejsca
I oto teraz kiedy Kaczor poleca mi jakiś fantastyczny proszek
przeciwbólowy, a ja szaleję z bólu i samotności
I oto teraz kiedy Lewy znowu mówi "zmieniłeś się" a ja wiem, źeto niestety prawda, więc mówię "odpierdol się"
I oto teraz kiedy Pawik znów po pijaku usiłuje grać Should I
Stay Or Should I Go i oczywiście nic mu z tego nie wychodzi
I oto teraz kiedy pijany Dźaba wznosi się na szczyty absurdu ijuź jest bliski osiągnięcia swojego małego pijanego katharsis
I oto teraz kiedy okazuje się, źe to teraz obraca się w proch i
pył.
I teraz, kiedy dzwoni Marcin i mówi: upijmy się w piątek a janie mogę nie mogę
I teraz, gdy wiem, źe te wszystkie kroki i posunięcia były
zupełnie chybione
I oto teraz to jest, jest w środku i rośnie.
Wtórny o'haryzm, w dodatku w złym wykonaniu. partactwo. MówiDźaba. Daj sobie spokój chłopie, jeśli juź, to napisz jakiś
scenariusz, moźe nawet do telenoweli, przynajmniej uczcicwyzarobek, a nie takie tam pierdolenie. I tak ci zarzucą, źe
piszesz o pisaniu, co jest zupełnie passe od momentu, kiedy pocichu zdechła nouveau roman, więc zapomnij, zapomnij.
Siedzieliśmy więc przy szamanowym stole pogryzając frankfurterki
i sałatę i gadaliśmy sobie o niewaźnych rzeczach, a im więcejpiwa wypijaliśmy, tym te rzeczy stawały się, nie tyle
waźniejsze, ile wyraźniejsze. Kaźda opowiedziana historianabierała trójwymiarowości, zaczynała obrastać kolorami.
Odgrzewaliśmy na starym oleju wspomnień nasze prywatne mity. Otym co zrobił Ojciec, a co Matka albo Hipolit na Sylwestra na
Słowacji. Właściwie to powinniśmy się byli rozwiązać tak jakzespoły, których płyt juź nikt nie chce kupować, albo z którymi
źadna firma fonograficzna nie zamierza podpisywać kontraktu, aźaden klub zaprosić na koncert. Powinniśmy się rozejść do swoich
domów, włączyć telewizory, spróbować o sobie zapomnieć,pozamykać pamięć o kumplach w pudełkach po czekoladkach
zawierających stare zdjęcia. A my tymczasem uparcie dzwonimy dosiebie, nowo poznane kobiety przedstawiamy kolegom, aby dokonali
ich oglądu i skomentowali urodę i inteligencję, byśmy potemmogli się puszyć lub tłumaczyć nagłym atakiem hormonów. Dlatego
Dźaba w sobotnie południe dzwoni do Szamana z budkitelefonicznej w Wilanowie mówiąc: fatalny tłum, chciałem trochę
pospacerować, ale te rodziny pędzące do ogrodów jak spanikowanebydło przez prerię o mało co mnie nie stratowały, więc co się
dzieje dzisiaj wieczorem? Wyzrcuca z siebie słowa, stawia z nichogień zaporowy, choć w głosie Szamana nie ma entuzjazmu. Szukuje
ze słów przygotowanie artyleryjskie. A, to ty, tak zabrzmiał,gdy rozpoznał głos Dźaby. Wiem, wiem, wolałbyś, źeby dzwoniły do
ciebie te wszysteki panny, które usiłowałeś przelecieć poimprezach, gdzieś na boku, a one sprytnie się wyślizgiwały,
chciałbyś źeby teraz mówiły: przemyślałem to, chcę się z tobąkochać, będę u ciebie za godzinę,a to proszę, tylko ja. I źeby
jęczały do słuchawki: jestem cała twoja, będziesz mógł zrobić zemną wszystko co zechcesz, dopowiada Szaman śmiejąc się. No więc,
dopytuje się Dźaba, chętnie bym gdzieś wyskoczył w miasto.Zasadniczo jest dzisiaj impreza u siostry Mikołaja, która
właśnie kończy 19 lat, i zaprosiła swoje szkolne koleźanki, a źeto szkoła źeńska, więc połów moźe być obfity.
Dźaba jest zadowolony. Nie chce wracać do swojego mieszkania, w
którym szaleje duch byłej lokatorki, zrzucający ręczniki,otwierający okno, ale w chwilach gdy jest przyjazny zmywający
naczynia. Dźaba ma tylko nadzieję, źe nigdy pod jego nieobecnośćnie odkręci wody w łazience, ani w nocy, gdy Dźaba śpi snem
śmiertelnie zmęczonego, kurka z gazem. Wczoraj duźo łaziłem pomieście, mówi Szamanowi, bo choć przed chwilą juź miał
powiedzieć mu: no to do wieczora, to czuje potrzebę rozmowy. Noi co, pyta się Szaman jakby z obowiązku, a nie ciekawości.
Pewnie duźo ładnych małolat, zgaduje. Tak, mówi Dźaba, w kaźdejknajpce, trzy i czteropanienkowe patrole szesnatolatek.
Wchodzisz do takiego "Giovanniego", na drzwiach kartka z napisem"wstęp tylko dla osób pełnoletnich" a tam pod ścainą cały rząd
świeźutkich dupeniek z drugiej klasy liceum a co druga z nich makoszulkę z napisem "I hate myself and I wanna die". I są tak
bardzo spragnione źycia, źe ta chcica rozsadza im koszulki,wyłazi z martensów, spomiędzy włosów, wydychają ją z kaźdą
chmurą dymu, które wypuszczają ostentacyjnie szeroko otwierającusta. Łaziłem do północy, wdchodziłem do tych samych knajp po
kilka razy, mówi dalej Dźaba, choć nie wie, czy Szaman jest podrugiej stronie, czy słucha, lub odłoźył słuchawkę na podłogę
obok aparatu i poszedł sobie do kuchni zrobić herbaty. W tejchciwli juź nie potrzebuje słuchacza, patrzy na wyświetlacz w
swoim budkowym aparacie i widzi, źe na karcie magnetycznej majeszcze mnóstwo miejsca, i moźe mówić o szesnastkach jeszcze
pewnie z pół godziny, a moźe jeszcze dłuźej i przez momentusiłuje przeliczyć impulsy magnetyczne na minuty, ale wtedy
odzywa się Szaman, który trochę znudzony mówi: to przyjedź domnie o ósmej i wybierzemy się na tę imprezę.
No tak, tego się moźna było spodziewać. Dźaba, jesteś gość bez
wyobraźni. Albo zaśliniony najarany buc. Zresztą jedno niewyklucza drugiego. Po co ci to, zapomnij o tych wszystkich
imprezach z licealistkami. Przecieź widzisz, źe Szaman zMikołajem i tak wolą siedzieć w domu i jarać skuna, pogryzając
sernik wiedeński przywieziony przez Mikołaja z Żoliborza igadając o jakichś siostrach, z których jedna, młodsza jest ładna
i głupia a druga starsza mądra i brzydka. Przecieź oni chcąsiedzieć przy herbacie nabijając kolejną fifkę i zastanawiając
się nad zaproszeniem tych sióstr do Bliklego na kawę i pączki,lub wspominając wyjazd z nimi do Val d'Isere i nieudane podchody
po powrocie z nart. A potem Mikołaj proponuje zadzwonić dozupełnie innych sióstr, przystępniejszych, jak uwaźa. I wspomina
nabijając ponownie fifkę i zachwalając towar jako przedni prostoz Holandii, spotkania z tymi siostrami trzy lata temu, gdy pili
wspólnie wódkę w gabinecie ginekologicznym jego matki iproponował im źeby usiadły kolejno na fotelu, a na stoliku, na
którym postawili butelkę, szklanki i popielniczkę lśniłysterylną czystością równo obok siebie połoźone narzędzia.
Dziabąg, Dziabąg, stary przyjacielu. Czy znasz tę piosenkę dladzieci: czy ktoś widział Dziabąga, jak on śmiesznie wygląda?
Jakbyś się teraz zobaczył, to byś się polał, bracie. Wyglądaszwłaśnie jak dziecko, które się kusi cukierkami, a potem cofa
rękę mówiąc: a kuku. Jak rysunkowy miś pokąsany przez pszczoły,którym chciał podebrać miód. Nie ma chuja na Mariolę, stary, nic
z tego. No woman, no fuck.
Mądry Dźaba po szkodzie. Nigdy więcej takich spieprzonychwieczorów, mówi sobie. Dlatego, gdy tydzień później dzwoni do
niego Szaman i chce się umówić na grilla u Kudłatego (Hipolitjuź tam jedzie my moźemy dojechać później, a potem wrócimy do
Warszawy i skoczymy na Pola Mokotowskie) Dźaba go spławia,mówiąc wprost, źe wybiera się na imprezę do kolegi i nie
pojedzie do źadnego Sulejówka, i widocznie mówi to w sposób takstanowczy, źe Szamanowi nie chce się nawet dopytywać co to za
impreza. Akurat, myśli Dźaba, zeźremy tam po kilogramiegrillowej kiełbasy i trzeba będzie czymś zapić, więc nie da rady
się juź stamtąd ruszyć, godzina za godziną będzie prześlizgiwaćsię jak tłusta kiełbasa przez jelito grube i okaźe się, źe
wszyscy juź trcohę wypili i nikt nie wsiądzie do samochodu.Dlatego Dźaba świadomie wybiera imprezę u Marcina, kolejną z
całego cyklu marcinowych imprez, na które przychodzi coraz mniejgości, bo jak mówi gospodarz: chcę być tylko w towarzystwie
prawdziwych przyjaciół. Więc coraz mniej na tych balanźkachładnych kobiet, a coraz więcej polonistycznych doktorantów. Więc
Dźaba popija kolejne wyciągnięte z lodówki piwo i co jakiś czaschodzi na balkon, źeby nasycać się widokiem panoramy Ursynowa.
Co za widok, myśli Dźaba, wyobraźając sobie całe osiedledoktorantów. Jednego z nich spotyka następnego dnia. To Dyzio za
pomocą swojej fryzury upodabniający się właśnie do DamonaAlbarna. Idą razem na Pola oglądać wokalne popisy Muńka, który
śpiewa Chłopaki nie płaczą. Tłum faluje, wszędzie unosi sięsmród prowizorycznych ognisk a jakieś nawalone licealistki obok
ryczą jak zarzynane krowy z Meat Is Murder, tylko źe głośniej, ana dodatek przeraźliwie gwiźdzą na palcach, której to
umiejętności Dźaba szczerze im zazdrości, bo sam nigdy nieposiadł tej sztuki, podobnie jak wielu innych: otwierania
butelki piwa kapslem innej butelki lub jednorazową zapalniczką,otwierania i zamykania kciukiem zippo czy plucia na duźą
odległość. W momencie gdy jest set z kowerami i chłopcy grają pokolei przeróbkę Out Of Time Man Mano Negry i Model Kraftwerk
Dźaba chce być jednocześnie tutaj i zupełnie gdzie indziej, choćnawet nie potrafi tego "indziej" nazwać - takie miejsce
niedookreślone. Gdzieś pomiędzy wierszami właściwego tekstu,intertekstualne "indziej" przewija się by gubić się w gęstwinie
akapitu. To jest gdzieś niewypowiedzianie daleko, choć moźna siętam przenieść w mig, wie Dźaba, ale czy tylko umysłem to moźna
uczynić czy teź da się to zrobić z ciałem? zastanawia się. Ochnie, źadnych narkotykowych wędrówek, innych wymiarów
świadomóści, spotkań trzeciego stopnia, wędrówek po wąskich,grząskich zakamarkach snów. Dotknąć ziemi innego świata,
wciągnąć głeboko w nozdrza woń tamtych roślin, zobaczyć wyraźniei bez świadomości, źe uczestniczy się w filmowym spektaklu, jak
jedno pomarańczowe słońce chowa się za horyzontem, a drugiewłaśnie wstaje na niebie, ale uczynić to naprawdę. Poznać tamte
kobiety, spędzać z nimi nieskończenie długie wieczory nadbrzegiem bezkresnego morza, nad którym świecą blado dwa
księźyce, moźe nawet obejmując jedną z nich powiedzieć: gdzieśtam daleko jest moja planeta, gdybym mógł, zabrał bym cię na
nią, źeby pokazać nasze morza, nasze słońca i księźyce.Moglibyśmy siedzieć na plaźy, pić piwo i patrzeć na zbliźający
się z kaźdą cichą falą moment rozstrzygnięcia. Moglibyśmyspacerować po gęstych lasach i stromych wzgórzach, albo wręcz
jeździć na nartach, a gdy juź zatoczyłoby się koło i znówstanęlibyśmy w obliczu lata, tym razem pojechalibyśmy do
któregoś z naszych legendarnych miast, które na milionachturystów robią kolosalne wraźenie. Mamy cudowne miejsca, w
których przechowujemy kości świętych, groby królów i nieznanychźołnierzy, mamy gotyckie katedry i barokowe pałace, straźników w
historycznych strojach, skanseny sztuki ludowej, mnóstworodzajów muzyki, mamy literaturę będącą wyrazem naszych
odwiecznych, niespełnionych tęsknot, marzeń i miłości ialkohole, którymi się otumaniamy, gdy juź nam literatura nie
wystarcza.
Ach, kiedy znów wrócą dawne pijaństwa, myśli Dźaba, gdy kolejnasobota przemija bez śladu, bez najmniejszego wydarzenia, ot, po
prostu mijają godziny i wieczór zastępuje popołudnie, ciemnieje,wkrótce noc się rozprzestrzeni po całym ogrodzie, i nic,
zupełnie nic z tego. Godziny nie wynikają z siebie, a jedyniesię zastępują zmieniając na warcie przed grobem nieznanego
przyjęcia, które się nie odbyło. Zamiast tego wracają bólebrzucha, szczypanie oczu i zmęczenie ścina głowę tępym ostrzem.
Dzieją się rzeczy powszednie: włosy się przetłuszczają, zębyzarastają ciemnoźółtym nalotem, rosną z powolną detreminacją
paznokcie, cięźko pracują nerki i jelita.
Dawne pijaństwa nie wracają, nawet wtedy, gdy wydaje się źe cośsię znów ruszyło, ale to tylko zmiana pozorna. Na boisko weszli
właśnie rezerwowi, lecz grają nieudolnie, bez zaanagaźowania,polotu, woli walki. Prawdziwi bohaterowie są straszliwie
zmęczeni. All yesterdays parties odchodzą w pomroki dziejów, niebędzie źadnych toastów za wszystkie jutzrejsze balangi. Tak jak
nie źyje Nico, która wciąź śpiewa spokojnym głosem AllTomorrow's Parties tak nie źyjemy my ze swoimi byłyby balangami.
Raczej powinniśmy wznieść toast za wszystkie dawne kace - takiemałe, ale dumne, i choć dawały się przegonić zwykłym kefirem lub
zsiadłym mlekiem, a co najwyźej butelką mineralnej to naleźałosię nimi szczycić, obnosić je z knajacką dumą. Zwłaszcza, źe
nowe kace są niewspółmiernie ogromne w stosunku do pijaństw, cocoraz większe, cięźsze, bolesne, psychicznie dołujące.
Po czasie rozluźnienia nieubłagalnie nadchodzi czas spięcia.
Tydzień póniej, gdy przebrzmiały echa imprezy wyszedłem zZagubionej austostardy Lyncha roztrzęsiony jak galareta, czując,
źe podprogowe wiertło wkręca mi się w mózg. Kupiłem w sklepiedwa piwa i poszedłem je wypić w budce telefonicznej, dzwoniąc do
Agnieszki i dzieląc się z nią spostrzeźeniami. A dobrzy ludziemówili mi, źebym na to nie szedł, biadoliłem. Mam za swoje.
Swoją drogą taką scenę pownien wykorzystać w którym ze swocihfilmów Jarmusch - gość wychodzi z koszmarnego filmu (to miałoby
fajny posmak, gdyby to był właśnie film Lyncha) i kupuje sobiepiwo, które pije w budce telefonicznej. Potem dzwonię do
Marcina. jakie było generalne przesłanie tego filmu, pytam się,a on mi odpowiada - satanistyczne. To juź wiem, skąd ta zła
energia ściskająca mnie wpół na sali kinowej, odpowiadam - toZły. Cały film ma przesłanie bardzo negatywne, mówi Marcin,
streszczając mi drugą połowę filmu, której juź nie obejrzałem.Rzeczywiście postać tego tajemniczego gościa z twarzą starego
dziecka i uszminkowanymi ustami moźna uznać za personifikacjęśmierci, ale wydaje mi się, źe po właśnie portert Szatana. Lynch
poprzez ten film mówi nam, źe Szatan jest wielki. Że nie tylkojest pośród nas, czy teź w kaźdym z nas, źe się zagnieźdza w
naszym umyśle (stąd ten starszliwy ból głowy siedzącego w celiśmierci Pullmana), ale źe jego dzieło jest wielkie. Lynch jest
apologetą szatańskiego dzieła. Mają rację ci, którzy juź poobejrzeniu Twin Peaks zwracali uwagę na satanistyczny wymiar
tego, co robi Lynch. W jedenej z początkowych scen, zdaje się wtej, kiedy Pullman rźnie się ze swoją źoną, to znaczy z Patricią
Arquette, ale jeszcze jako brunetką, w podkładzie słychaćkobeicy śpiew, który moźe być psalmem, a równie dobrze moźe być
psalmem śpiewanym od tyłu. Mlasp sześćset sześćdziesiąty szósty.Film jest idealny do szerzenia takiej ideologii. Czy zwróciłeś
uwagę na publiczność jaka przyszła na ten film? Oprócz snobów iintelektualistów, a zarówno jednym jak i drugim nie wypada nie
obejrzeć nowego Lyncha, oraz specyficznego rodzaju panienek,które gdyby nawet cały film Lyncha składał się jedynie ze scen
rzygania byłyby zachwycone, większość publiczności stanowili ci,którzy oglądają beznamiętnie nawet najbardziej przeraźające
sceny. To ci, którzy z perwersyjną przyjemnością zaczytują się wAmerican Psycho i zupełnie nie przeraźają ich najbardzieju
ohydne zbrodnie. Co więcej, entuzjazm budzą w nich scenymorderstw, krwi, bezprzyczynowej przemocy. Człowiek mający
świadomość kulturową nie moźe wytrzymać na takim filmie. Ja niewyszedłem tylko dlatego, źe zajmowałem się panną, z którą
przyszedłem. Wtedy, gdy pojawiały się najbardziej koszmarnesceny, pracowałem ręką nad tym, by była mi bardziej przychylną.
Wtedy, gdy na ekranie ogień trawił wszystko, ja czułem wilgoć.
To taki wielopłaszczynowy film, powiedziała Agnieszka. jest tammiejsce i na miłość, i na nienawiść. Ale jaki jest ogólny sens,
spytałem się, poprawiając słuchawkę przy uchu i sięgając pokubek z herbatą. Za oknem maj przechodził w listopad, niebo
czerniało jak w gangrenie a liście trzęsły się w delirycznychdrgawkach. Och, moźe być jeden nadrzędny sens, a moźe być ich
wiele. taki po prostu jest Lynch, obnaźa nasze percepcyjnesłabości na kaźdym kroku. Atakuje nas obrazami i dźwiękiem,
zaskakuje, przeraźa, pokazuje ciemną stronę naszej psychiki.Chętnie pójdę jeszcze raz na ten film.
Mówiłem ci, to klasyczne. Spotkałem juź kilka takich panienek,
którym ten film się podobał, chociaź tak naprawdę nie są wstanie powiedzieć o co w nim chodzi, mówi Marcin. Moźe zostały
nałoźnicami Szatana poprzez oglądanie go, wiesz psychiczniezgwałcone przez diabła, podpowidam. Nie, mówi Marcin, myślę, źe
taka jest ich struktura psychiczna. Wszystko czego nie potrafiąobjąć umysłem, jest dla nich fantastyczne. Właśnie dlatego, źe
wcale tego nie rozumieją. Kaźde, nawet najbardziejpretensjonalne gówno będzie im smakować, jeźeli tylko będzie
ubrane w taką przegiętą formę.
Spotkana w "Plastykach" na trzy tygonie przed ich zamknięciemznajoma powiedziała mi, źe nie moźe się zdecydować co ze sobą
zrobić - czy być dziennikarką, co robiła przez ostanich kilkalat, czy teź pójść pracować do reklamy, czy wrócić do wyuczonej
psychologii, z której juź nic nie pamięta i musiałaby sobiewszystko przypominać. A tu trzydziestka na karku, więc chyba coś
trzeba ze sobą zrobić. Chciałabym robić kilka rzeczy na raz, aleprzecieź źyjemy w czasach wąskiej specjalizacji. Paradoksalnie,
nie da się w czasach ponowoczesnych być postacią renesansową.Model leonardiański zupełnie się nie sprawdza. Żeby byc
cholernie dobrym moźna być dobrym tylko w jednej dziedzinie, aja nie wiem, w czym chcę być dobra. Niby zajmowałam się
dziennikarstwem, ale to tak trochę przypadkowo, i wcale niejestem przekonana czy to mnie kręci, a powinno kręcić jeźeli
chciałabym nadal być dziennikarką. Psychologia mnie juź od dawnanie podnieca, a reklamy nie lubię, chociaź podobno są tam niezłe
pieniądze do wyjęcia. Muszę chyba wybrać, bo źeby wszystko pokolei testować, potzreba by lat. To znaczy, gdybym poszła do
reklamy, to musiałabym kilka lat wchodzić w temat, czekać czysię przystosuję, czy nie. A gdybym się nie przystosowała, to juź
byłoby za późno wracać do dziennikarswta, nie mówiąc juź opsychologii. A nawet gdybym wróciła, to przecieź potrzeba czasu
na to, źeby pokonać kolejne szczeble drabiny, czyli będąctrzydzistoparolatką zaczynałabym jako staźystka. A co z rodziną?
Gdybym na przykład zaszła w ciąźę. Przypadkowo, albo wcale nieprzypadkowo, bo przecieź mogą się we mnie odezwać instynkty
macierzyńskie, to opodobno się pojawia w okolicach trzydziestki,a ja przecieź właśnie jestem w okolicach trzydziestki.
Wiesz, powiedział Dźaba, to głupie, ale naprawdę trudno mi się
pogodzić z tym, źe nigdy więcej nie będę miał 25 lat, źe nigdywięcej nie zrobię swojej ćwiartki na Kicu, a chętnie znów bym
przeźył tę balangę, chociaź mało co pamiętam. Mogę ciprzypomnieć, mówię, choć wcale nie jestem pewien, czy chcesz
odgrzać sobie te wszystkie źenujące akcje. Ale Dźaba mnie niesłyszy. Właśnie faluje na powierzchni swoich wspomnień,
ściągając ku sobie na siłę obrazy imprez, a w szczególnościswoich 25 urodzin, które wyprawił dla czterdziestu osób w
akademiku na Kicu wiosenną sobotą 1993 roku.
To straszne, źe być moźe Agnieszka nie będzie juź nigdy więcejnosić długich włosów, źe na pewno nie będzie taka świeźa i
soczysta jak wtedy, gdy nawet pozorna jej bliskość wydawała sięnieśmiertelna, mówi Dźaba. Kaźdemu, komu o tym powiem w myślach
stuka się w czoło, a głośno mówi: przecieź to naturalne. To jesttak, źe nigdy więcej nie będzie - zeszłego roku w Marienbadzie,
Serwach, Chłapowie, będzie tylko: wiele lat temu. Coraz więcej.Coraz więcej lat temu w Marienbadzie, tak strasznie dawno w
Serwach, tak daleko w Chłapowie. Powiedz to komuś, to cięwyśmieje. Że nie chcesz się pogodzić z przemijaniem, kurwa, bo
to przecieź o to chodzi. To nie chodzi o to, źe chcę źyć wmalolackiej beztrosce, bo nigdy tak bardzo nie bywałem
zatroskany jak mając 17 lat, a nigdy tak bardzo blisko dna, jakw wieku 22, ale przecieź mam prawo powiedzieć sobie - to nie w
porzo, tak nie powinno być. Dlaczego nie będzie juź tegogorącego lata, gdy wpadaliśmy w czasową dziurę, źywiąc się czym
popadnie, i padając na twarz z uchlania i obłędnego szczęścia.
Wiesz, mówię, nie wiem co powiedzieć. Och, kurwa, oczywście źewiesz, mówi Dźaba, czujesz to samo, tylko nie wypada ci się
przyznać. Kaźdy ci od razu zarzuci tani sentymentalizm, albonawet niedojrzałość, gówniaźerię. To nieprawdopodobne, ale
najwyźszą cnotą jest tutaj bycie straźnikiem własnej celi.Jeźeli zaraz powiesz, źe dano nam tylko jedno źycie, i nie
będzie źadnego innego, to cię chyba pierdolnę, mówię. Awierzysz, źe będzie? dziwi się sarkastycznie Dźaba. Nie ma co,
jest jak jest - zrzucono nas akurat na tym terenie i nie jestźle, mogliśmy trafić gorzej, ale zasobniki się kończą. Albo
inaczej, jeśli to porównanie ci nie pasuje proszę bardzo, otoinne: jesteśmy w jakiejś stratosferze i właśnie kończy się tlen.
Rozumiesz, szansa na to, źe ktoś nam go dostarczy jest zerowa,wiara w to byłaby czystą utopią, ale mimo to, usiłujemy zuźywać
go coraz mniej, oddychać coraz wolniej, zamiast, i to byłobybyć moźe lepszym wyjsciem, pociągnąć solidnie raz i drugi, aź do
dna butli.
Ale wyobraź sobie, mówię, hsitorię jak ze Strzały czasu MartinaAmisa, kiedy to pewnego dnia budzisz się i konstatujesz, źe
właśnie jest dzień poprzedni. Stajesz się coraz młodszy. Spójrz,właśnie idziesz na zajęcia na Uniwersytet. Na korytarzu gwarna
mnogość koleźanek, w których wybierasz co smakowitsze. Przyjaźń,uwaźasz, jest wieczna. Po ćwiczeniach siedzisz paląc papierosy
na ocienionej potęźną koroną starego drzewa ławce lub idziesz napiwo, z którego być moźe zdecydujesz się pojechać do któregoś z
często odwiedzanych akademików. Lecz co to? Ten tramwaj jedzietyłem, a gdy zatrzymuje się na przystanku na Grochowskiej
wysiadasz, chyba tylko dla źartu, z niego plecami do ulicy, istawiając kroki w odwrotną do zwyczajowo przyjętej stronę
zbliźasz się nieuchronnie do ulicy Kickiego. Tam naoprzeciwsiebie stoją dwa szare czteropiętrowe budynki. Wchodzisz wciąź
tyłem do jednego z nich, (tego po twojej prawej ręce, którynazwywany jest często "starym Kicem" jako, źe uchował się przed
remontem, który nie oszczędził drugiego z budynków, gdziemieszkają teraz głownie zagraniczni studenci i małźeństwa, oraz
garstka samotnych matek, z których jedną czasami odwiedzasz, gdyuda jej się wcisnąć swą córkę byłej teściowej.). Wchodzisz tyłem
na drugie piętro i podąźasz prawie na koniec korytarza. Tamwchodzisz do jednego z pokojów, siadasz na łóźku, zdejmujesz
buty i kładziesz się na kocu sięgająć do popielniczki poniedopałek, który cudownym zrządzeniem, nie dość, źe znów
zaczyna się palić, to jeszcze się wydłuźa, tak, źe gdzieś popięciu minutach musisz przystawić do jego końcówki płomień
zapalniczki, źeby zgasł, i źebyś mógł go schować do paczki.
Pomyśl, źe właśnie tak się dzieje, wszystko się odwraca, strzałaczasu bezlitośnie pruje do tyłu. Jesteś znów młodszy, właśnie
masz wakacje między trzecim a drugim rokiem studiów, którespędzasz oczywiście ze swoimi ukochanymi kumplami, gdzieś nad
morzem, gdzie właśnie wracacie z plaźy, źeby połoźyć się wdusznych namiotach z rozsadzająctym głowy kacem. Potem wstajecie
ledwo trzymając się na nogach, wsiadacie do samochodu pakując doniego kartony piwa i butelki wódki, które odwozicie do
pobloiskiego sklepu koło wesołego miasteczka, gdzie kasjerkawręcza wam mnóstwo przeddenominacyjnych banknotów w zamian za
piwo i wódkę, które jej oddajecie jakby skruszeni, zawsztydzenii postanawiającym źe juź nigdy nie dacie się wpędzić w takie
pijaństwo. Dlatego jedziecie do niedalekiej restauracji słynącejz dobrego, tłustego i stosunkowo taniego jedzenia, bo przecieź
juź lepiej jeść na umór niź pić na umór. Ale przesadzacie z tymźarciem, więć trzeba sobie trochę wyjąć z ust, źeby nie pęknąć.
Wyciągacie wieć nadziane na widelce kawałki befsztyka, devolaille'a, wątróbki z cebulą, schabowego, mielonego łącząc je
za pomocą noźa w jedności układacie ładnie na talerzu obokziemniaków i jarzyn. Ten ceremoniał powtarza się jednak co
dzień, prócz pojedynczych wypadków, gdy alkohol odwozicie dosklepu nocnego w Jastrzębiej Górze a jedzenie zwracacie w tanim
barze z dala od turystycznego gwaru letniska. oto są radościmłodości, uwaźasz wypluwając piwo do butelki albo powstając
bezwładnie z piasku w środku nocy. Ale to nie koniec, przecieźjesteś wciąź młodszy - właśnie zdałeś na studia, przed tobą
matura, którą zdajesz w potwornym upale patologicznej wiosny,która jest przedłuźeniem pustynnego lata, w którym nawet trzeba
obawiać się podmuchów wiatru, gdyź parzą skórę, niczym tamtenpamiętny skwar w Sewilli, gdy uliczne termometry wskazywały 46
stopni Celsjusza, i aź strach było pomyśleć ile to moźe byćFarenheita. Nie bój się, na pewno mniej niź 451, powiedziałeś
wtedy, jakby w ten sposób dając do zrozumienia, źe ksiąźki mająbyć dla ciebie najwaźniejsze, choć przecieź tyle było wokół
młodych apetycznych dziewczyn, a piwo chłodząc potrafiło zwalićw mgnieniu oka.
Teraz jesteś na szkolnej wycieczce, masz siedemnaście lat, więc
aź wstajesz z ziemi ze śmiechu, kiedy jeden z kolegów z klasynapełnia prawie pół butelki moczem wydobytym z ust. W nocy
wracacie z nocnej eskapady w pidźamach, po cichu wspinając siępo schodach, źeby cierpiący na chroniczną bezsenność przełoźeni
was nie dopadli na gorącym uczynku.
Ale patrz, strzała czasu przyspiesza, właśnie zdałeś dopodstawówki, masz więc za sobą cztery lata liceum, które dobrze
źe się skończyło, bo było coraz nudniej. O ile w czwartej itrzeciej klasie było dość zabawnie, to druga była mniej
spontaniczna we wszystkich swych przejawach, zaś pierwsza to juźzupełna nuda - tylko nauka i nauka. Ósma klasa podstawówki to
jest coś, ma się właśnie tuź przed sobą ostatnie doświadczeniaerotyczne - grę w butelkę, jakieś obmacywanie się na osiedlowej
ławce, potem jest coraz śmieszniej, w okolicach szóstej klasystosuje się "końskie zaloty" polegające na podstawianiu nóg,
ciągnięciu za włosy i rzucaniu w ukochane jakimiś cięźkimiprzedmiotami. Tak, juź coraz bliźej, niedługo poznasz smak
chińskich gumek do wycierania, które wszyscy podjadają w wolnychchwilach. Jeszcze chwila a będziesz w przedszkolu, na wybiegu,
wspinasz się na drabinki, ganiasz z innymi wokół drzewa, aleprzecieź od biegania w kólko, szczególnie tyłem moźna dostać
zawrotów głowy, więc skołowany kładziesz się na leźaku, gdyźwłaśnie skończył się koszmarny czas obowiązkowego poobiedniego
leźakowania. Niedługo wymienisz sobie klawiaturę, stałe zębyzostaną zastąpione mleczakami, juź wkrótce zaczną ci zmieniać
pieluchy.
Daj spokój, mówi Dźaba, przecieź sam wiesz, źe strzała czasuobraca się tylko pod czaszką. Stąd często ten cholerny ból
głowy, od którego aź się umiera.
Znowu śnią mi się trupy, mówi Dźaba, ostaniej nocy wszystkiemiały zamiast głów korkociągi. Albo same kadłuby, bez nóg i rąk
i teź bez głów. Albo były to świeźe trupy wywleczone z masowychgrobów, ale juź nadgryzione. Albo nadpalone, ze zdeformowanymi
przez ogień czarnymi ciałami. Dźaba czyta w gazecie informację otym, źe podmyty przez wodę umiejscowiony na skarpie cmentarz
zsunął się do rzeki i zarówno stare szkielety, jak i całkiemświeźe zwłoki wydostały się ze swych trumien na wolność. Teraz
specjalne słuźby urządzają polowanie na uciekinierów. Częśćwyłapano, niektórzy dla niepoznaki pozbyli się kończyn i teraz
płyną same torsy z brzuchami, a nawet czasami same głowy zkpiącymi uśmiechami zwycięzców tego wyścigu, którzy
przechytrzyli głupią i niemrawą pogoń. Wody rzeki nabierają więctrupiego koloru i smaku, nad powierzchnią unosi się straszny
smród i słychać trupie śmiechy. Trup w szafie, trup w wannie, wwindzie, trupy wychodzą z mieszkań odchylając powoli dzrwi jak
nagrobne płyty, trupy wyłaźą ze śmietników, z budektelefonicznych, trupy są natrętne jak osy, gdy wyczują coś
słodkiego, gorsze niź rozkaprszone dzieci, z histerycznympłaczem łapiące za ubranie. Nie mogę sobie z nimi poradzić,
przegrywam w pierwszym rozdaniu, dostaję bramkę do szatni, dajęsię okpić jakbym grał w trzy karty.
To nic, mówi Szaman, sąsiadka mojej znajomej była samotną
staruszką, która nie miała na świecie nikogo, i nikt się nią nadobrą sprawę nie interesował. Zmarła więc cicho i niezauwaźalnie
próbując doczołgać się do drzwi, źeby być moźe wezwać jakąśpomoc. Dopiero po dwóch tygodniach straszny smród spowodował, źe
wezwano odpowiednie słuźby. Podobno przelewała się juź międzyszparami w podłodze do mieszkającej piętro niźej mojej znajomej.
Teraz ona, mimo źe jest przecieź młoda, to drźy, czy nie spotkajej ten sam los, więc prowadzi oźywione źycie towarzyskie. Wciąź
przyjmuje gości, w jej domu nieustannie dzwoni telefon, awszystko tylko po to, źeby nawet nieświadomie, ale ktoś wciąź
nad nią czuwał. Dlatego zasypia i budzi się u boku zmieniającychsię straźników, na przykład młodszych braci jej koleźanek,
czasami wstaje wraz z jedną ze swych serdecznych przyjaciółek, zktórymi spędza wypełnione plotkami wolne dni, gdy juź jest
zupełnie zdesperowana i nikt nie ma dla niej czasu, jedzie nadrugi koniec miasta odwiedzić swoich starych rodziców, którzy
zawsze się cieszą z jej niezapowiedzianej wizyty, a ona siada wich kuchni, spokojna, bezpieczna i nie prostestuje, gdy
zaczynają ją karmić swymi wypiekami jak tuczną gęś, bo wie, źeza nawet za chwilowe poczucie bezpieczeństwa trzeba płacić. Więc
do diabła z dietą, niech biorą swój bakszysz bezwzględnekalorie. Najedzona śpi długo i spokojnie, i wypoczęta, trochę
cięźsza, idzie następnego dnia do pracy. Potem wraca do swojegodomu, wchodzi w jego pustkę i znów chwyta ją w kleszcze lęk, źe
przebiegła śmierć dopadnie ją właśnie za chwilę. Dzwoni więcszybko do przyjaciółek mówiąc: spotkajmy się przed kinem o
ósmej, zobaczymy co tam grają, albo lepiej nie, lepiejprzyjedźcie do mnie, mam dwie butelki niezłego wina.
Hej, Dźaba, zrzuć to diabelskie przebranie, chodź ze mną, razem
moźemy duźo namieszać - ty i ja przeciw całemu światu, mówię.Staniemy do walki ramię w ramię aź rozszerzy się oczyszczający
ogień zniszczenia a wielki wiatr rozgoni smród, który tu sięzagnieździł i stoi nieruchomo na wysokości kilku pięter niczym
mgła. Wszystko jest zamglone i zaśmierdłe, z niebieskiego smoguwyłaniają się tylko szczyty kominów i ostatnie piętra
wysokościowców, a pod gęstą duszną kołdrą cięźko oddycha całemiasto. Chodź Dźaba, rozprawimy się z tym pieprzonym miastem,
wprowadzimy tu swoje prawa, zabierzemy im kobiety i złoto apotem wygonimy ich stąd na zawsze. Będziemy się pławić w
luksusowych łaźniach, wylegiwać na nasłonecznionych skwerach ipod rozłorzystymi drzewami, przesiadywać w pachnących ogrodach,
będziemy mamić zdobyczne kobiety, pić rum z colą i tequilęsunrise, słuchać calypso i reggae - ska, aź do orzeźwiającego
świtu. Potem będziemy odsypiać, lenić się w kolorowychpościelach, wyglądać przez oszklone ściany na niedzielne
popołudnia, jeść lekkie posiłki i znów zapadać się w kolejnemiękkie wieczory. Na razie jednak to miasto nie jest nasze, a my
sami robimy się coraz bardziej nieswoi. Jakbyśmy coś złegoprzeczuwali - nadciągający lokalny kataklizm, własną rychłą
śmierć a przynajmniej jakąś źenującą klęskę towarzysko-uczuciową.
Hej, kurwa, co się dzieje, mówi Dźaba, źadna z moich miłości niema dla mnie dziś czasu. Cały dzień wiszę na szubienicy telefonu,
kręcę przeklęte siedmiocyfrowe kombinacje i słyszę te nieszczerewymówki, wcale nie słodkie kłamstwa, ale zatrute strzały.
Dzwonią za to do mnie ludzie, z którymi nie chcę by mnie łączyłyjakieś emocjonalne więzy, pijaństwa, wspólne wspomnienia a nawet
wspólni znajomi. Jakie są proporcje, zasady, prawa gry,przepisy, bo ja się juź gubię, kiedy któraś z tych zimnopięknych
intelektualistek chadzających na koncerty ambitnej muzyki ioglądających filmy ambitnych reźyserów mówi mi, źe nie moźe się
ze mną spotkać, bo się czuje chora, boli ją głowa i słabo jej, wzwiązku z tym pójdzie ze swoją koleźanką na browar?
Chodź z nami, mówi Kudłaty, zapomnij o tych wszystkich
nieszczęsnych pretensjonalnych dupach, dziś znowu idziemy wmiasto. Nie damy się łatwo, uwalimy się jak trzeba, wyrwiemy
jakieś młode laski, nikt nam nie podfika. Moźe nawet wpadniemyna którąś z tych dziwacznych imprez urządzanych przez dziwne
panny, na których one same udają kobiety z obrazów Klimta,faceci są głupsi od gówna, w całym lokalu capi hinduskimi
kadzidełkami, ale za to moźna się nieźle naźreć new age'owychsałatek. Nie musimy powtarzać tych akcji sprzed stuleci, gdy
chodziliśmy do kina na sobotnie południowe seanse. Zazwyczajwybieraliśmy te z Godzillą, dodaje Kaczor. Pamiętasz? Seans
kończył się około pierwszej po południu i moźna było juźzasiadać w knajpach i zamawiać. Kiedy to było, gdy zglanowaliśmy
tego gościa na Senatorskiej, dokładnie w połowie drogi międzyplacem Bankowym a Teatralnym? Pamiętasz, biegał, wokół znaku
drogowego a my staliśmy w kółko i sprzedawaliśmy mu fangi ikopy, gdy tylko się pojawiał. Potem ten gość, którego
uratowaliśmy z jego łap, zaprosił nas do kawiarni na Krakowskimi stawiał wszystko co chcieliśmy - szampana, winiak klubowy,
brandy. Opowiedział nam historię swojego źycia, ale płacił bezsprzeciwu.
Nie, nie, chłopaki, mówi Dźaba, dziś jestem jakiś taki dziwnie
zmęczony, wracam do domu, tam się jakoś spróbuję pozbierać,ułoźyć z siebie kompletnego puzzla, bez dziur i postzrępionych
brzegów, bo w tej chwili czuję się jak 1000 kawałkówgruchoczących w pudełku, z których trzeba będzie dopiero ułoźyć
jakiś obrazek.
Spotkaj się dziś ze mną, mówi do słuchawki Dźaba, dzwopniąc zautomatu na stacji metra. Moglibyśmy pójść na spacer, po starym
Żoliborzu, starej Sadybie, górnym Mokotowie albo po jakimśparku, lub ogrodzie. Strasznie się wczoraj uchlałem na koncercie
kultowego zespołu i teraz czuję moją nieprzystawalność do świataotaczającego. Czuję egzystencjalny niepokój, w duźej mierze
pewnie dlatego, źe wypiłem w nocy chyba ze dzwadzieścia browcówi teraz widzę całą swą małośc w perspektywie kosmosu. Mam
wraźenie jakbym był postawiony obok samego siebie, i widziałswoją źałosną postać z pewnego oddalenia. Dlatego musisz się ze
mną spotkać, bo mi smutno, niedzielna nostalgia przygniata mniejak starość i jedynym ratunkiem dla mnie moźe być spacer z tobą.
Jeśli ze mną pójdziesz, to zawsze będę o tobie pamiętał. Kaźdeniedzielne popołudnie będzie tobą, unieśmiertelnię cię na miarę
moich moźliwości.
Gdybyś zadzwonił wczoraj, mówi ona, jakoś z wyprzedzeniem,zawsze robisz wszystko w ostatniej chwili, teraz nie mogę, juź
się umówiłam, źycie trzeba sobie jakoś planować, a nie taknagle, tylko dlatego źe masz kaca. Czy gdybyś się wczoraj nie
upił to byś dzisiaj zadzwonił, albo gdyby była brzydka pogodanie nadająca się do spacerów?
Nic nie słyszę, mówi Dźaba, bo właśnie przyjechało metro, nie
rozumiem, dlaczego nie chcesz iść ze mną na spacer, pomyśl, źemoźemy się juź nigdy więcej nie zobaczyć. A jeśli jednak los
kiedyś nas ze sobą zderzy na Nowym Świecie, będziemy zupełniesobie obcy, jak z innych planet - ty z dorodnym męźem i
dorastającym dzieckiem, ja z brzemieniem choroby i niesławy,rozminiemy się prawie bez słów, a przecieź mamy jeszcze tyle
kilometrów do przespacerowania, ścieźek w ogrodach, bocznychuliczek, parkowych alejek, deptaków. Tyle filmów do obejrzenia.
Mieliśmy przecieź pójść na nowego Allena, i zobaczyć znowutamtego starego Wendersa.
Nie, nie, proszę cię, mówi ona, nic z tego, pójdź do domu i
spróbuj się przespać, albo weź na spacer jakiegoś kolegę.Przecieź masz tylu kolegów.
Dzaba idzie więc na kolejny spacer z Kaczorem. Patrz, mówi gdy
przechodzą koło dziesięciopiętrowca stojącego na skraju osiedla,to okno Tomka, czy pamiętasz co tam się kiedyś działo? Teraz
wygląda to prawie jak opuszczone zamczysko, w którym strasząduchy naszej młodości. Czasami widuję w nim światło, zupełnie
jak na filmach - opuszczone domostwo, w którym od lat nikt niemieszka, ale są takie wieczory, gdy okoliczni mieszkańcy widzą
światło, a na jego tle przesuwający się jakby cień męźczyzny,który, klną się na głowy swych dzieci, przypomina im sylwetkę
zmarłego przed laty dziedzica. Moźe Tomek teź tu wraca podosłoną nocy, co? Jak myślisz Kaczor, czy gdyby się teraz
okazało, źe on nie źyje, czy zrobiło by to na nas jakieśwstrząsające wraźenie? Gdybyśmy się o tym dowiedzieli z
kilkumiesięcznym opóźnieniem, źe na przykład stał się ofiarązamachu bombowego dokonanego przez IRA na londyński dom
towarowy, albo, źe rozwalił się w samochodzie jadąc na weekenddo Szkocji, albo dostał ataku serca na skutek przedawkowania
extasy na jakiejś techno-imprezie, na które ostatnio tak chętnieuczęszczał? Ciekawe, czy jego duch by nas tutaj odwiedzał, czy
teź przyłączyłby się do panteonu rozlicznych zjaw brytyjskichtłoczących się na bagnach, w jeziorach, nawiedzonych wiejskich
posiadłościach, nocą przemykających przez łąki, pojawiającychsię przy bocznych drogach, zasiedlających Yorkshire, Hampshire,
Cheshire, Nottinghamshire, Oxforshire, Leicester i Manchester,Norfolk i Suffolk. Tam musi być straszny tłok, Anglia jest
jednym z najgęściej zaludnionych krajów świata, więc pewnieduchom teź jest ciasno.
Czy gdybyśmy my zginęli, na przykład teraz, na skutek eksplozji
gazu w tym domu, pod którym właśnie przechodzimy, czy dowiedziałby się o tym? A jeśli tak, to czy zdąźyłby na nasze funeralne
adieu? Sypnąłby garść ziemi kryjąc się za czarnymi okularami, apotem zniknął szybko, źeby spotkać się ze swoją siostrą i
wreszcie zobaczyć siostrzeńca? No, moźe by poszedł na jakąśwódkę, gdyby ktoś zorganizował małe picie za nasze zbawienie.
Dźaba wraca do domu i z marszu zaczyna pisać list do Tomka:
Witaj, choć być moźe powinienem napisać: mam nadzieję, źe
jeszcze źyjesz i przeczytasz ten list. No więc pytam, się czyźyjesz. Jesli tak, to czytaj uwaźnie. Warto byłoby się
dowiedzieć, co się dzieje, więc pytam co się u ciebie dzieje?Kupiłem sobie nową płytę Oasis, i teraz jej słucham wyobraźając
sobie, źe siedzisz w jakimś pubie i oglądasz mecz Chelsea -Manchester United wraz ze swoimi nowymi kumplami. Pewnie
wyźlopałeś juź z tuzin lagerów. A co palisz? Bensony & Hedgesy?Ciekawe, czy ściąłeś sobie włosy? W krótkich wyglądałeś lepiej,
zupełnie nie wiem, po co sobie zapuszcałeś długie. Mógłbyś sięjakoś odezwać, napisać co się u ciebie dzieje, bo u nas tak
naprawdę nic się nie dzieje, więc moźe przynajmniej twojeprzeźycia nas rozruszają.
Nie, nie to nie jest źadna korespondencja, to tylko słowna wata,
nawet nie cukrowa, myśli Dźaba i rwie na stzrępy list do Tomka.Juź od dawna nie piszę listów, uświadamia sobie, zupełnie
wyszedłem z wprawy, nikt nigdy nie opublikuje mojejkorespondencji z lat 90. Ślad przepadnie bez śladu w pomroce
dziejów.
Tak jak te zaskakujące listy i kartki pocztowe nadchodzące zzaskakujących miejsc, które sam dostaje, a których przyczyny
wysłania pozostają dla niego niejasne. Nawet zapominane kobietyprzypominają się nagle, pod koniec kalendarzowego lata,
nadsyłając mały zestaw swoich zdjęć z mijającego sezonu - aźtrudno uwierzyć, źe mają to być dowody na to, iź tam właśnie
przebrzmiewa long hot summer. Więc Dźaba czyta bezzainteresowania:
to ja, z moją przyjaciółką w trakcie weekendowej wycieczki, a to
dom moich rodziców, gdzie czasami lubię przesiadywać - to coś zlewej strony to kot Hercules. Jest stary i złośliwy, ale wszyscy
go bardzo kochają i pozwalają mu na wszystko, więc w całym domujest straszny bałagan. No a to ja, po całym dniu pracy w ogródku
- ogródek wygłąda teraz świetnie, ja, jak widać, nie - ha, ha.
Ten dom jest niewaźny a wraz z nim jego domownicy i kotHercules. Podobnie jak cały szereg stojących ścianę w ścianę
białych domów, róniących się z zewnątrz tylko numerami idrobnymi elementami dekoracyjnymi. Ona jednak zapuściła sobie
długie włosy - być moźe to najwaźniejsza wiadomość jaką muprzesyła. Na zdjęciach widać blond kotarę opadającą na jej,
trochę kwadratowe, ramiona i Dźaba przypomina ją sobie jakokrótko ostrzyźoną blondynkę. Pamięć porastają blond włosy,
rozumie Dźaba. Zapewne nigdy więcej się nie zobaczymy, myśli, boprzecieź nie mam juź nawet czasu na to, by oglądać ludzi, z
którymi obcowanie jeszcze niedawno wydawało mi się wręczobligatoryjne. W kaźdym razie próbuje odpisać. Siada i zaczyna
zmagać się z materią słowa.
Hello! Dziękuję za piękne zdjęcia. Jak widzę, mieliście tam usiebie wspaniałe lato, czego nie moźna powiedzieć o naszym -
było po prostu okropne! Żałuję źe znwou się nie zobaczyliśmytego lata, bo tobie (jak znowu widzę) urosły włosy. Wyglądasz w
nich naprawdę świetnie. Chętnie bym się z tobą zobaczył, tylkokiedy i gdzie? tak trudno mi się stąd ruszyć. Moźe zobaczymy się
w przyszłym roku? Ja nie przesyłam swoich zdjęć, bo sobieźadnych nie zrobiłem. Moźesz mnie sobie wyobrazić - od czasu,
gdy widzieliśmy się po raz ostatni, zmieniłem się odwrotnie wstsounku do ciebie, to znaczy, źe mnie włosów ubyło. W kaźdym
razie całuję cię mocno i serdecznie i zaczynam odliczać czas doprzyszłorocznego lata. Pozdrów rodzinę i kota Herculesa. Lots of
Love.