Pozbawiona włosów głowa Alfreda, wyglądała jak napuchnięty,róźowy balon pokryty dziwnymi wypustkami oczu i nosa. Nigdy nie
chciały jej golić kupione w budce źyletki, krem do golenia nieprzyklejał się do twarzy, zaraz odpadał pozostawiając czerwone
plamy wyglądające jak ślady oparzeń trzeciego stopnia.
W błękitnym świetle spowijającym całe prosektorium,niedoskonałości znikały. Martwe ciała leźące na sztywnych
prześcieradłach okrywających blaszane stoły, wyglądały jak twarzAlfreda, zimno i bezpłciowo. Czasem Alfred pstrykał światłem,
robiąc leźącym na łóźkach ciałom psychodeliczny rodzajdyskoteki. Ciała nie ruszały się, ale wszystko błyskało w rytm
muzyki zespołu "Kostropatość" Hansa Deska. Alfred byłprzekonany, źe któregoś dnia ruszy się czyjść palec, albo drgnie
warga. Czekał na ten dzień z prawdziwym utęsknieniem, wierzył źeto nastąpi.
Tak, tak. - mawiał ze stoickim spokojem, łaskocząc piórkiem
ciała. Był przekonany, źe owe "tak, tak" wszystko tłumaczy, nietrzeba było nic więcej dodawać. Brzmiało to jak charkot, jak
dźwięk wydobywający się z gnijącej krtani 223-letniego starca.
Kiedyś było inaczej - mówił leźącym kawałkom materii z głowami,rękami i nogami. - Kiedyś nic mnie nie obchodziły trupy, teraz
jest inaczej. Tak, tak.
* * *
Alfred czuł prawdziwy niesmak na myśl o grobach. Zdanie sobiesprawy z gnijących pod ziemią ciał, napawało go niesmakiem.
Marnotrawstwo zimnego mięsa.
* * *
Głowa w sporym słoiku napełnionym formaliną, była delikatniezabarwiona na sino - błękitny kolor. Alfred nie miał zamiaru
wyrzec się swoich przyzwyczajeń. Jadąc pociągiem linii TVG - II,delikatnie pieścił opuszkami palców czerwoną walizkę, z której
co jakiś czas dochodził chlupot formaliny.
Głowa, głowa - zamlaskał Alfred. Siedząca naprzeciwko niegozakonnica, splotła dłonie w białych rękawiczkach.
Boli pana głowa? - spytała.
Nie, mam tu głowę - wyjaśnił Alfred. - Ludzie nie doceniają
głów. - zaczął się zwierzać. - Nie doceniają takźe palców,karków, łokci. Nie mówię tu oczywiście o gnijących kawałkach
ciał, które pod ziemią są konsumowane przez ślepe robaki. Niechpani popatrzy.
Nie bacząc na protesty zakonnicy, Alfred wyjął z walizki słoik.
Głowa patrzyła się martwymi oczami, jej rozchylone ustaodsłaniały poźółkłe, a jednak czyste, zęby. W formalinie pływały
resztki czarnych włosów trupa. Zakonnica otworzyła szerokoszczękę.
Oto bezbłędna głowa - zaczął zachwycać się Alfred. - Nie
przelewają się przez nią źadne, obrzydliwe, ustrojowe płyny, niewyskoczy juź na niej źaden pryszcz. Nawet brud w uszach, zwany
potocznie miodem, dawno został wypłukany. Gdyby widziała pani,jakie marnotrawstwo jest chociaźby w Idorpo, ile
nieoczyszczonych ciał wrzucanych jest do grobów. Gdyby chociaźustawić je w jakieś pozy... rozumie pani, małe "performence" dla
gawiedzi... - Alfred zacmokał z niezadowoleniem.
Zakonnica zamknęła szczękę, powoli mrugając oczami.
Miałem odczyty w Gubertagimdaszt - kontynuował Alfred. - "Umrzyji daj umrzeć innym". Jak pani myśli, czy ktokolwiek coś
zrozumiał? Banda zaseksowanych kretynów, kult płciowości i takdalej. Dopadł mnie ekstazochista, wessał mi się wargami w ramię,
krzyczał źe mnie kocha. Odrzuciłem go ze wstrętem. Ludziepowinni uczyć się od robaków. To jedyne stworzenia, które nawet
kiedy źyją, wyglądają na martwe. Śmierć to kwintesencja źyćka.Nie ma to jak postępujące gnicie, dance macabre tkanek, rozlewy
krwi pod powierzchnią pięknej, błękitnej skóry. Człowiekukończony w swojej martwocie przypomina mi młode lata. Wylewy,
zawały... - Alfred zaczął gestykulować, głowa w słoiku zadrźała- raki, białaczka, stwardnienie rozsiane. Oto prawdziwy dar dla
wybrańców, powolne staczanie się w rozkosze cielesnego bólu. Zniecierpliwością czekam na swoją kolej... źyczę sobie powolnego
i rozkoszującego się moimi płucami raka. Dlatego palę, choć wzasadzie nie lubię... z drugiej strony, dym wygląda tak
błękitnie i martwo. Zapali pani? Rakotwórcza rakotwórczość... -zanucił i lekko przymknął oczy. Gdy je otworzył, zakonnicy nie
było w przedziale. Zostawiła nawet bagaźe. Alfred mlasnął.
* * *
Ostatnia stacja stała samotnie na szczerym polu. Pociąg zacząłsię cofać, Alfred stał i patrzył za oddalającą się machiną. Po
chwili został sam. Poprawił krawat. Na horyzoncie widać byłowyjącego psa. Trupie światło księźyca oświetlało okolicę,
nadając jej błękitno - biały kolor. Alfred ruszył do przodu.
Wieźa znajdowała się 10 kilometrów od stacji. Juź z daleka czućbyło słodki zapach trupiej zgnilizny. Alfred wciągnął powietrze
do płuc i uśmiechnął się jak Bela Lugosi.
Trupy, tworząc dziwne kształty, wznosiły się na wysokość 30metrów. Cała konstrukcja trzymała się mocno, wzmocniona deskami
wyrwanymi z cmentarnych krzyźy. Gdzieniegdzie widać było ciałaokryte przezroczystą folią. Masa lodu i śniegu, prawdziwego i
sztucznego, wytwarzanego przez specjalne maszyny, pokrywałacałość dzieła Alfredowego źyćka.
To znowu ja! - krzyknął Alfred i pomachał ręką. Nieboszczycy
milczeli. Alfred wyjął głowę ze słoika i po chwili zastanowieniaprzytknął ją do jednej ze stóp, dotykających ziemi. Przez chwilę
sam próbował przyjąć jakąś pozę, wtopić się w tło konstrukcji.
Było bardzo śmiesznie.