Marian podjechał nową gabloterką pod sam blok. "Moźe nie zaczną
od razu strzelać", pomyślał. Pies, lekko kulejąc, przebiegłprzez ulicę. Na podwórzu nie było nikogo, z okien nikt nie
wyglądał.
"No tak, dopiero dziesiąta, nie ma co czekać", Marian podrapałsię po brodzie. Zapalił silnik i ruszył w stronę Gdańska.
"Jasne, przecieź o wpół do jedenastej miałem czekać naBulońskiej... ".
Bulońska, Morena.
Stanął przy kiosku z gazetami. To chyba dobre miejsce. Po
drugiej stronie ulicy widział wszystkie trzy wejścia do bloku.Mógł zareagować na to, co ewentualnie zaczęłoby się dziać w ich
pobliźu. Przeszkadzał tylko ból zęba. "Wszystko się kończy", powiedział do siebie i do radia. Radio zaśpiewało: "Teraz mam
cię szyszko, od drzewa padasz blisko... "
Marian zapalił papierosa. Dymek moźe pomóc, ukoić ból czyskierować uwagę na coś innego.
Koło kiosku kręcił się męźczyzna w podniszczonej brązowej
skórze. Przykrótkie spodnie odsłaniały gołe kostki (brakskarpetek). Chodził nerwowo, oglądał wystawkę gazet i czasopism.
Nie mogł się zdecydować. Napięcie w jego ruchach rosło z kaźdąchwilą. Kilka razy spojrzał na Mariana i zmarszczył brwi.
Wreszcie męźczyzna pochylił się nad okienkiem, kupił czasopismoz piersiastą dziewczyną na okładce i uciekł.
Minęło piętnaście minut. Ból zęba nie ustąpił. Ogólna sytuacja
teź nie uległa zmianie. Z bloku naprzeciw wyszedł w tym czasietylko kilkunastoletni chłopak i dziadek z trzęsącą się na
wszystkie strony głową. "Niemoźliwe, trzeba stąd będzie wyrwać",pomyślał Marian "Co jest?... Nic. Ale jak się zacznie, to
koniec. Ktoś przypierdoli zdrowo i nie zdąźę nawet pomachaćchusteczką... Dochodzi jedenasta... "
Słońce zaczynało juź nieźle przygrzewać. Karoseria pracowicie
zbierała porcyjki energii. Marian starł z czoła pierwszą kroplępotu. "I jeszcze to gówno... Jak długo mam tu sterczeć... ".
Zapalił następnego. "Przecieź nie zrobię sobie im... plantów...
dziesięć baniek sztuka... Wystarczy, źe maluch poszedł naimplanty Marioli. Sama wybrała... Taki los, ale zaraz... jak tak
dalej pójdzie, to wszystko się skończy, sru i... ".
Z bloku naprzeciwko wyszła starsza kobieta. Trzymała parasolkę wlewej ręce, w prawej wypchaną nielicho siatkę. Poszła w kierunku
ulicy, a potem, tuź przed kioskiem skręciła w lewo i szybkoprzepadła za horyzontem najbliźszego pagórka. Marian odetchnął.
Kilka następnych kropelek potu spłynęło po czole.
"Parasol w taki upał... Głupi purchawiec... Przez takie człowiekwięcej się poci... ".
Jedenasta. "To juź przesada. Wszystko ma swoje granice...
Powinienem coś zjeść... ". Zapalił silnik i pomyślał razjeszcze. "Niech się nie wiem co... ". I ruszył.
Zjeźdźając Jaśkową Doliną myślał dalej. "Ale jak tu dobrze
jeść... Przez te zęby... Mariola... Mam ja szczęście dopopierdolonych bab... Moźe zresztą dobrze zrobiła... Sprzedać
malucha na implanty... Na sześć zębów cały wóz... No bo przecieźpo dziesięć baniek sztuka... Ma teraz zęby w porządku i jeść
moźe... bez myślenia... Za duźo myślę o tym... ".
Jechał za szybko. Spostrzegł to w porę i zwolnił. Dlatego domieszkania jechał dwadzieścia pięć minut.
- Jezu, gdzieś ty był? - spytała Mariola.
- Daj coś jeść, zaraz muszę jechać dalej.
- A skąd miałeś na tego golfa? Widziałam, jak wysiadasz z nowego
golfa, co, Marian? Skąd?... To po co ja tego malucha na implantysprzedawałam?
- Daj spokój, jest jakaś zupa? - Marian zajrzał do kuchni. Sam
odgrzał zupę i ukroił kawał chleba, bo Mariola gadała przez całyczas, coraz bardziej napastliwie, zaczepnie. Chciała wiedzieć,
skąd wziął nową gabloterkę.
Zjadł szybko, umył ręce i wyszedł.
- No powiedz wreszcie! - wydarła się Mariola zanim trzasnęłydrzwi.
Pojechał z powrotem na Bulońską i zaparkował przy kiosku.
Rozejrzał się: sytuacja jak przedtem. Słońce z zadowoleniemnacierało na unieruchomioną karoserię. Marian wyszedł z wozu
kupić papierosy.
- Paczkę kameli proszę - powiedział. W tle jego słów pojawiłasię syrena karetki pogotowia. Marian nie zauwaźył, źeby
kioskarka zareagowała na zamówienie.
- Paczkę kameli proszę... - i wrzucił na tackę pięć złotyli.Kioskarka drgnęła.
- O, przepraszam pana, ale ta syrena... wie pan, ja tam byłam...
jak ta hala się paliła... i te dzieciaki uciekały stamtąd,krzyk... i te syreny przez cały czas... od tego czasu, jak
słyszę syreny, to mnie paraliźuje, wie pan... jak ta hala się...- i kioskarka powtórzyła to jeszcze dwa razy. Potem wydała dwa
złote reszty.
- Rozumiem - powiedział Marian i wrócił do wozu. Zapaliłpapierosa. Chciało mu się spać. "Trochę się człowiek naje i juź
mu wszystko zwisa. Ale, cholera, nie mogę tak sobie zasnąć, bowtedy juź na sto procent sprawa się spierdoli. Chociaź i tak...
", spojrzał za siebie, bo z duźą szybkością nadjeźdźał z tamtejstrony motocykl, czterosuw. Minął gabloterkę Mariana i pognał
dalej, prosto na górę, która wyrosła przed nimi, kiedy nagle jązauwaźyli. Oczywiście była tam od zawsze, ale dopóki na nią nie
wjechać, jakby jej nie było...
I wtedy do kiosku zbliźył się męźczyzna w podniszczonej brązowejskórze i przykrótkich spodniach. Ten sam co dwie godziny
wcześniej. Tym razem interesowała go nie tylko wystawa kiosku.Gość posterczał chwilę przed szybą, a potem podszedł do
gabloterki Mariana i powiedział:
- W kulki se pogrywasz, facet?
- Co? - Marian zgasił papierosa i poprawił się w siedzeniu. "Coza dym?".
- Wystawasz tu, facet, nie wiadomo po co, mącisz, spokoju przez
ciebie nie ma...
- O co chodzi?
- Co, niewyraźnie mówię? Wystawasz tu gabloterką, stoisz tu, niewiadomo co o tym myśleć... Ludzie tu mieszkają, chodzą, nie
widzisz?...
- I co z tego? - Marian na wszelki wypadek połoźył ręce nakierownicy.
- Jak to, kurwa, co? Jak to, kurwa, co?!
- No co?
- Ja nie będę duźo mówił, lepiej stąd zjeźdźaj, mówię... -
męźczyzna wymierzył w Mariana palec wskazujący. - I to szybko,bo... - powiedział zdenerwowany męźczyzna. Potem podszedł do
kiosku i pochylił się nad okienkiem. W tym momencie sąsiedniąulicą przejechała karetka pogotowia na sygnale. Zniecierpliwiony
chwilowym uwiądem kioskarki oddalił się męźczyzna w kierunkudrugiego bloku.
"Pierdolona robota. O co tym facetom chodzi?", Marian poprawił
się w fotelu "Nie za bardzo wiadomo, o co chodzi, a i tak jakieśpojeby kręcą się wszędzie, prawdziwa plaga... Powinienem zmienić
pracę, moźe skoczę do Władka... Ale co powie szef i ten jegopindol, Romek... Nie będą zadowoleni... Lepiej o tym nie
myśleć... ".
Do kiosku podszedł pięćdziesięcioletni gość. W prawiej ręcetrzymał zgrabny neseser. Kupił gazetę i podszedł do gabloterki.
Zamachał gazetą jak wachlarzem i nachylił się nad okienkiem, przy którym siedział sobie Marian.
- Jesteś od Bronka?
- No... - Marian patrzył przed siebie.
- To co tu, kurwa, wystajesz? Miałeś być o szóstej.
- Gdzie, miałem tu być między wpół do jedenastej a pierwszą.
- Co ty pierdolisz...
- Naprawdę, tak mówił.
- Ale ja ci mówię, źe jebiesz, gościu. Spierdalaj stąd i widzę
ciebie w tym gracie punkt szósta.
- Nie wiem, kurwa... - Marian przetarł oczy. - Jak to...
- Nie filozofuj, tylko rób to! - powiedział męźczyzna i powoliodszedł.
Marian stał jeszcze chwilę. Zastanawiał się, dokąd pojechać. Nic
mu nie przychodziło do głowy. "Bo gdzie ja teraz mogępojechać... Do Bronka zadzwonić nie mogę, kazał nie dzwonić...
Wszyscy są w pracy albo... no co ja będę zawracać komuśgłowę... nagle... ".
Ruszył z miejsca. "Jeszcze tyle lat do emerytury, jak to
będzie?... Gównianą drogą to się toczy... No bo co by trzebaumieć, źeby jakoś spokojnie odhaczać latka?... Lekarzem?...
Grzebać we flakach, gardłach... nakłuwać tyłki... ee... Jakimśwaźniakiem... Chyba przez przypadek... Szkoła przypadku... Tak,
prowadzą nabór, strzelają z procy do noworodków... Czasem komuśsię trafi... Albo nauczycielem... Czy mógłbym zostać
nauczycielem?... Ale oni są tacy niepewni... W kaźdej chwilijakieś zarządzenie i są upierdoleni... Przewaźnie upierdoleni są
pensyjką od samego początku... I ta dzieciarnia... O czymmowa... Gównianą drogą to się toczy... Żadnego sposobu...
Sytuacja jest zajebana od pierwszej sekundy... ".
Pojechał na obwodnicę, a stamtąd do lasu. Znalazł zgrabnąścieźkę, potem stanął w cieniu drzew. Wreszcie trochę chłodu.
Rozłoźył się wygodnie we fotelu i zapadł w sen. Zobaczył tamrzecz następującą:
Wędrowali od wzgórza do wzgórza, czujnie wypatrując świateł
Złotego Miasta. Ścieźki, którymi przemierzyli dźunglę, byłyzdumiewająco czyste. Pod stopami ani gałązki, ani jednego
listka. Dbano tu o wygodę wysłanników Kamiennego Królestwa.Musieli oni przemierzać nitki traktów z duźą szybkością, nieść
wiadomości o tym, co działo się na świecie.
Byli juź blisko Złotego Miasta. Zachód słońca odbił się naszczycie Świątymi Węźa i oślepił na chwilę Mariana. Z tego
wzgórza widać było sporą część Jukatanu. Złote Miasto wychodziłoz zieleni jak dywizjon wielkich łodzi podwodnych. Przewodnik
pokazał jedną z budowli na obrzeźach miasta.
- To tam.
Na dźwięk tych słów mechanicznie zwiększyli tempo marszu.
Tarcza słońca tkwiła między wielkimi bryłami dwóch ŚwiątyńUrodzaju, kiedy dotarli do płaskiego budynku. Przewodnik dał
znak dwóm stojącym przy wejściu wojownikom. Ustąpili.
Marian i przewodnik weszli do obszernego pomieszczenia. Podścianą palił się kaganek. Na macie siedziało dwóch męźczyzn.
Jeden stary, w uroczystych szatach, drugi młody, tylko wprzepasce na biodrach.
- Oto kapłan, który udzieli ci potrzebnych informacji.
Marian usiadł na wolnej macie. Podniósł rękę w powitaniu. Kapłan
teź podniósł.
- Słyszałem, źe rozwiązaliście tu parę problemów - zaczął Marian.
- No cóź, pracował nad tym cały zespół ludzi - odparł kapłan.
- On teź naleźy do zespołu? - Marian wskazał na młodegomęźczyznę, który wpatrywał się zawzięcie w otwór wejścia.
- Nie, ten gościu jest przygotowany na powitanie Słońca jutro o
świcie. Wyrwiemy mu serduszko, a potem... to jeszcze wymagaopracowania... Za duźo tu dowolności, przypadkowych rzeczy... Co
pana interesuje, przybyszu?... Nie mamy nic do ukrycia. Chcemy,źeby nasze wynalazki upowszechniły się na świecie jak
najszybciej. To najprostsza droga podboju... a nie głupiemachanie dzidami...
- Słyszałem, źe macie tu bardzo ciekawie rozwiązany fundusz
emerytalny...
- Dotknąłeś, podróźniku, bardzo waźnej kwiestii. Jest to jednakproblem, wyjaśnieniu którego musiałbym poświęcić bardzo wiele
czasu. Masz tu ten oto zwój, przewiń go w wolnych chwilach, topodstawy naszego systemu emerytalnego... Lecz jego istota tkwi
gdzie indziej...
Kapłan zaklaskał trzy razy. Dwóch niewolników wniosło wielkizwój. Połoźyli go przed Marianem, ukłonili się i wyszli.
- A teraz, jeśli pozwolisz, zapraszam ciebie, przybyszu, na
nocny mecz tenisa międzypiradmianego. Dla wyjaśnienia dodam, źezawodnicy mają po dwie paletki i zawsze kilka piłek w zapasie.
Walą gdzie popadnie. Kiedy trzeba, nie pogardzą głowami starców,którzy czasem zbyt emocjonalnie podchodzą do gry. Hejźe,
chodźmy! Od wczoraj mamy mistrzostwa Jukatanu!
Kapłan wybiegł przed budynek i pomachał do Mariana.
- Zostaw tego nudziarza! Chłopak i tak jest juź bez serca,wiesz, do jutra to nawet nie będzie miał serca do walki! Hejźe,
wygrywać sety i gemy! - zawołał kapłan i pobiegł w dal, gdziemrowie graczy kłębiło się z niepojętą zaciekłością.
Do Mariana podszedł męźczyzna w olbrzymim pióropuszu.
- Chodź stąd, to zabawa dla maniaków. Czasami Jukatan wariuje
na jakimś punkcie, ale istnieje teź bardziej istotne obliczepółwyspu. Chodź, bo jeszcze wcisną nam paletki do rąk...
Poszli na tyły budynku administracyjnego. Przy małym kamiennym
podium stało dwóch wojowników i młody męźczyzna, który jeszczeprzed chwilą siedział wewnątrz.
- Otóź i to, zaraz zrobimy z nim porządek... - męźczyzna w
wielkim pióropuszu zatarł ręce. - Jestem Pierzasty Bilon -uśmiechnął się i mrugnął porozumiewawczo.
- Ale przecieź ten człowiek miał zostać poświęcony rano bogu
Słońca... - zaprotestował Marian.
- Po co czekać do rana, zabawimy się teraz! - odparł zentuzjazmem Pierzasty Bilon. - Jest ciemno, moźe trzeba będzie
próbować dźgać gościa kilka razy! Ciekawe, jak się zachowa?!
Wojownicy zarechotali. Niewolnik przeznaczony do kłucia takźe.
- Ale zabawa, czujecie to?! - Pierzasty Bilon zaczął wymachiwaćwielkim sztyletem, coraz mocniej i mocniej, zadyszał się,
spocił, aź wreszcie nieszczęśliwym pchnięciem zabił jednego zwojowników. Drugi wojownik zabił dzidą Pierzastego Bilona. Kiedy
zobaczył, do czego doszło, wojownik wypowiedział tajemne słowa,które go w mig zabiły.
Niewolnik spojrzał na Mariana.
- Uciekajmy. Masz szczęście przybyszu. Tylko ja znam zasadę
działania funduszu emerytalnego na Jukatanie! Chcieli mniezabić, źeby zniszczyć społeczeństwo Tolteków przed przybyciem
Corteza i jego kumpli. Potem wiesz co było. Teraz byle gównianylud moźe zdobyć przewagę i rządzić rozkochanymi w tenisie
ludźmi. Wystarczy zwiększyć liczbę piłek na jednego mieszkańca,powiększyć średnicę paletek i wprowadzić pewne inowacje do badań
psychomotorycznych. Okrzykną nas Cezarem i Kleopatrą!
Pobiegli na skróty do Świątyni Słońca. Dobiegli, popatrzyli, atam wszyscy zabici. Marian pomyślał, źe teraz z łatwością
przejmą władzę na Jukatanie, gdy zza kamienia ofiarnego wyłoniłsię przewodnik.
- A ty co tu rozrabiasz, huncwocie?! - wrzasnął.
- Kto?! - zawołał Marian.
- Kto?! - zawołał niewolnik.
- Tak, to dobra odpowiedź, ale ja nie mogę dać się tak łatwo
przechytrzyć. Pamiętajcie, źe to ja posiadam 95% obligacjipiramidalnych, a jutro mija teramin ich wykupu. Moźemy się
podzielić, ale trzeba najpierw zadźgać tego niewolnika, boinaczej słońce nie wstanie i z wykupu będzie kupa jak stąd do
Wejherowa!
- Nie daj się na to nabrać! - krzyknął niewolnik.
- Dlaczego?! - spytał Marian.
- No kurwa nie! - krzyknął niewolnik.
- Podoba mi się jak przeklinasz, ale wolę 42,5% zysku zobligacji piramidalnych. Co mi z twojego kurwienia...
- Ty kurwico pokopernikańska! - niewolnik przestał nad sobą
panować. - Zajebany pizduchu w podkoszulku z Tajwanu! Miej choćmilimetr honoru, kutasie nadłamany! Smoluchu z kliszy!
- A co ty moźesz o tym wiedzieć? Jesteś parszywym kłamcą, nikt
przed ukończeniem pięćdziesiątego roku źycia nie zna się nafunduszu emerytalnym! Blagier!
- I chuj! - wrzasnął niewolnik po raz ostatni, bo nadeszła
błyskawiczna burza, a z nią piorun, który spalił niecnegokrzykacza.
- Ej, i co teraz będzie z dniem jutrzejszym? Słonko nam nie
wstanie... Chodź tu niebogo, uratuj ten kraj z ciemności, niedaj umrzeć świętej roślinności Jukatanu! - przewodnik pomachał
sztyletem w kierunku Mariana.
- Nie moźesz tego zrobić... - powiedział Marian.
- Bo co?
- Miałem dostać 42,5% zysku ze sprzedaźy obligacji.
- I to cię nie ominie... - przewodnik nagle spowaźniał. Jegogłos był potęźny i dźwięczny. - Wyciągniemy twoje serce na
tackę, a w zamian wstawimy pikawkę jednej z naszych najbardziejuzdolnionych małp. Jedna wynalazła juź trzy koła, silniczek na
gumkę i przewodnika...
- Ciebie?
- Tak, mnie... Serce mego ojca ci oddam... obligacje ci oddam...gówno warte... ale z tajemnicy funduszu emerytalnego kupa....
- Pierdole ten wasz Jukatan...
- I my pierdolimy ciebie... - odgryzł się przewodnik i zniknął w
ogólnej wrzawie, która ogarnęła Złote Miasto. Jedna z druźyngrała na harfach, druga na rojach pająków, trzecia na
dogmatykach, czwarta na zwłokę, piąta na odsetkach od poźyczkilombardowej, szósta na siedem, siódma na suchej bułce z
prywatnej piekarni, ósma na trzecim rozdziale poczytnej ksiąźki,dziewiąta na źonie rozmraźającej lodówkę, dziesiąta na godzinie
czwartej po południu...
Była czwarta po południu. Marian obudził się nagle i od razu chciał wstać. W porę zauwaźył, gdzie jest.
"Czwarta? Jeszcze dwie godziny... Z grubsza cała sytuacja... "
pomyślał. A powiedział:
- Pić.
Włączył radio i powiedział:
- Pić i pić.
Radio zaśpiewało radośnie, pozdrowiło wszystkich miłych ludzi,którzy codziennie przerywali pasma przykrości szerokim uśmiechem.
- Pić - Marian ruszył z miejsca. Jechał do domu, bo nie tylko
pić mu się chciało. Był niemoźliwie spocony, ale nie chciałsterczeć pod prysznicem. "Jestem za bardzo zmęczony... źeby
pracować... Spałem i gówno z tego wyszło... Coś zjeść i moźejakiś film... Odpręźyć się... ". Spojrzał na zegarek. "Dziesięć
po czwartej... Pół filmu... wychodzą, jadą dokądś, a tuzaskoczenie... nic nie idzie jak powinno... siadają przy stole i
gadają o całym zamieszaniu... wtedy ja wsiadam do wozu...spóźniam się... gość drze morde... i okazuje się, źe znowu coś
nie tak... ale wreszcie sprawa kończy się szczęśliwie... przedzaśnięciem moźna strzelić uśmiech... ".
Radio kołysało całym światem. Gładki rytm sortował minuty w
klomby i równe trawniki. Drzewa ustawiały się w zgrabne szeregi,świeźe i radosne. Marian myślał o właściwej decyzji. "Właściwa
decyzja to taka... która się nie poci... ". Zjechał z obwodnicy.Słońce dopadło gabloterkę i rozgrzało ją na dobre. "Właściwa
decyzja to taka... która się nie poci i nie świeci w świetlelamp ani w ogóle... Chyba tam nie dojadę... No więc właśnie...
jak myśleć, to źeby chociaź coś mądrego wpadło do głowy... ".
Wóz zaparkował pod drugim blokiem. Marian. I potemprzespacerował się kawałek do swojego mieszkania.
- Gdzie masz ten wóz? - zapytała Mariola, chowając za siebie
szczotkę od klopa.
- Ktoś dzwonił?
- Co z tym wozem, pytam. Moźe wytłumaczysz?
- Z jakim wozem, z jakim wozem?...
- A co, ślepa byłam? Gdzie ty się podziewasz?...
Marian poszedł do kuchni i wyciągnął z lodówki duźą parówkę ibutelkę soku jabłkowego. Zjadł jedno, wypił drugie. Pomyślał, źe
to w zasadzie naturalne i nic dziwnego, ale trudno zebrać myślii myśleć i myśleć ciekawie w taki dzień.
- No co, nie powiesz mi?
- Nikt nie dzwonił?
- I jak ty chcesz dziecku świecić przykładem?! Pomrukami go nie
wychowasz!
- Przecieź z tym dzieckiem to jeszcze nic nie wiadomo... - Marian usiadł na tapczanie. Spojrzał na Mariolę, a potem na
telewizor. Koszykówka. Łyknął jabłkowy.
- Jutro idę po wyniki badań. Dla mnie drugi miesiąc jak nic... -powiedziała Mariola.
- Nic to będzie...
- Co? Co tam brzęczysz? Ciebie nie moźna ostatnio w ogóle
zrozumieć... Brzęczysz coś pod nosem... No co z tym wozem?...
- Daj mi spokój... Czy ja go mam w zębach?
- O co ci chodzi?
- Dzwonił ktoś?
- Nie.
- Moźe ktoś tu był?
- Nie, a kto tu miał być?...
- Skąd mam wiedzieć, pytam się...
- Ale zaraz, ktoś dzwonił... jakiś Juk... Jukie...
- Jukatan?
- Co?... Nie... Ty, co za Jukatan?...
- Nic, czytałem kiedyś...
Marian przełączył na inny kanał. Film. Kobieta wsiadła dosamochodu. Potem męźczyzna wsiadł do samochodu. Potem dwaj
męźczyźni wsiedli do samochodu. Potem inny samochód zapiszczałoponami, ale nikt do niego nie wsiadł.
- I co powiedział? - Marian wyłączył telewizor.
- Nic... Ty, słuchaj, znów czepiasz się moich implantów?
- Co, kiedy? - Marian przetarł oczy. Był pewien, źe są
zapuchnięte.
- Zapomniałeś? Przed chwilą. Zapytałeś ironicznie: czy ja go mamw zębach? To o moje implanty chodziło. Że sprzedałam malucha!
- A nie sprzedałaś?
- I co z tego?!
- Nic - Marian dźwignął się z tapczanu. Chciał iść do łazienki,
ale zrezygnował. Wolał nie oglądać swojej twarzy. "Bo nie dojadęna czas na Bulońską i będą jaja. Powiedzą: sramy na to, trzeba
było tego nie brać. Jest tylu chętnych... Na twoje miejsce jedenmilion i dwa tysiące... ". Ubrał buty. Mariola patrzyła na niego
jak na uciekiniera.
- Gdzie masz ten wóz, przed blokiem nie stoi?...
W drzwiach Marian odwrócił się do niej przodem i powiedział:
- Jaki wóz? Coś ci się przywidziało... Lecę do roboty, bo mniewyleją... - i wyszedł.
- Co to dziecko będzie z ciebie miało... - usłyszał przez
zamknięte juź drzwi.
Najpierw pojechał na Kartuską sprawdzić, czy wszystko jest wporządku. Przejechał dwa razy przed domem szefa i nie zauwaźył
nic podejrzanego. Wchodzić do środka nie wchodził, bo szefwyraźnie powiedział: wchodzić tylko raz, na końcu, jak będzie
finał. Wcześniej moźna się tylko upewnić.
Teraz mógł pognać na Bulońską. Jechał wolno, kilka razy kierowcytrąbili, źe zatyka drogę. Zjeźdźał posłusznie na drugi pas, a
tam teź trąbili. Miał ich gdzieś, zmęczenie zeszlifowało munerwy do nędznych kikutów. Było duszno. Moźe tylko jemu.
Myślał, źe oddycha tym, co właśnie wyrzucił z płuc. "Nawet z
oddychaniem jest nie tak". I wtedy znowu poczuł ból zęba."Zasrane gówno! Potrzebuję jednego wielkiego implanta...
Powinien być mojego wzrostu... mojej wagi... być wypoczęty... iw ogóle... same ekstra rzeczy... ". Zjechał na pobocze. W
skrytce miał mnóstwo szpargałów, między innymi gumę do źucia iplan miasta, ale aspiryny nie było. "Jakaś apteka i szlus... ".
Ruszył. Jechał jeszcze wolniej, filując, czy nie ma gdzieśapteki. Apteki po drodze nie było źadnej.
W ten sposób dojechał do Bulońskiej. Była za piętnaście szósta.
Stanął jak zwykle koło kiosku. Kiosk był jeszcze czynny, chociaź
kobieta w środku ruszała się bardzo źywo, szykując się dowyjścia.
"Jak teraz coś stanie się nie tak, to jestem gorszy od przebitej
dętki... Kompletny flak... A na pewno coś nie wypali... Ciągniesię to od rana i nic... ".
Pod blokami ruchu nie było praktycznie źadnego. Gdzieś daleko
chłopak z pieskiem. Piesek szczekał, napręźał smycz, chłopakszarpał raz po raz za smycz, podduszał kundla, wściekłego coraz
bardziej. Chłopak napręźał, napręźał, napręźał. Pies szczekał,szczekał, szczekał. Nie mogli ruszyć z miejsca.
"Co za gnój robi tyle szumu. Zaraz wszyscy pobiegną do okien...
A ja tu sterczę juź trzeci raz... Wszystko zobaczą, wszystko...Będą nawet wiedzieć, źe boli mnie ząb... Znak rozpoznawczy... A
jakbym miał implanty... Kurwa, jeszcze gorzej... Ci ludzie mająrentgena w oczach... ".
Nagle pies szarpnął tak mocno, źe chłopak puścił smycz.
Ucieczka. Pogoń. Wrzask. Ujadanie. Spod ziemi wybiegło kilkainnych psów. Cała gromadka pognała w klomby, trawniki, place
zabaw, parkingi... Wyszczerzali zęby bez oporu...
Zaraz potem do wozu podszedł pięćdziesięcioletni gość, ten sam.Trzymał ten sam co przedtem neseser. Ale gazety przy sobie nie
miał. Gość powiedział:
- Teraz to rozumiem... Trzeba było tak od razu. Po co fatygowaćsię tyle razy... Wystarczy nie robić głupot i jest pięknie...
- Dobra, jestem... - Marian nie wiedział co powiedzieć. Najpierw
chciał zaznaczyć, źe jest osiemnasta, a potem "Dobra, jestem".To ostatnie było bardziej suche i na miejscu. Kiedy Marian
powiedział "Dobra, jestem", zrozumiał, źe zabrzmiało tośmiesznie. Śmieszny, zmiętolony człowieczek w takim sobie
woziku. Jeszcze wczoraj nie mógłby o sobie tak pomyśleć. A juździsiaj pomyślał.
- Ja teź, ja teź tu jestem - powiedział męźczyzna. Zrobił to z
wdziękiem. Wcześniej brakowało mu wdzięku, a teraz proszę...
- Otwórz lepiej bagaźnik, cwaniaku.
Marian zwolnił blokadę bagaźnika. Męźczyzna włoźył tam neseser.Włoźył i wrócił do Mariana.
- No i trzeba było tak od razu... Raz, dwa i po krzyku... Teraz
kołuj do Bronka, bo się chłopak stopi z emocji...
- Wszystko w porządku? - spytał Marian. Jak brnąć, to do końca...
- A co ja mówię? - męźczyzna przekrzywił głowę i wygładził fałdna rękawie swojej marynarki. Miał ciemnopopielatą marynarkę w
rzucik. Marynarka odwróciła się, męźczyzna się odwrócił, poszedłtam, gdzie niedawno zniknęła sfora psów i chłopiec.
"Mogę jechać. Co ja tu jeszcze robię?", pomyślał Marian, ale nie
zapalił silnika. Z kiosku wyszła kobieta. Zasunęła kratę naoknie wystawowym, zamknęła drzwi na dwie kłódki. Poszła
wydeptaną przez środek trawnika ścieźką w stronę góry, na którąrano wspinał się motocykl. "Teraz juź chyba nic się nie stanie",
pomyślał Marian i ruszył. Zmęczenie czuł właściwie takie samo. Ból zęba trochę zelźał, chociaź moźe nie. Ot, przyzwyczajenie.
Ulice oddychały z niemałą ulgą. Przemykał nimi gładko. Wolne
pasy. Nikt nie trąbił.
Marian nie zdąźył nawet zebrać myśli w zwartą kupkę, kiedyzajechał pod dom Bronka. Zaparkował przed bramą, wyszedł,
zamknął wóz.
Dzyń do drzwi. Nie otworzyli od razu. Ale oczywiście w końcuotworzyli. Najpierw pokazała się źona Bronka, chyba Maryla. Za
nią mały chłopczyk.
- Jest Bronek?
- Nie, nie ma.
- Jak to nie ma?... Miał być...
- Nie ma. Dwie godziny temu Romek go wziął.
- Jak to wziął?
- Wziął go, bo Bronek dostał delirki, no... Czekał, czekał nacoś, dopijał, dopijał, nie mógł się doczekać i chyba
przesadził... nie wiem. Od niedzieli z nim nie gadam. Delirkidostał, zadzwoniłam do Romka. Romek wziął go za wszarz i
powiedział, źe zawiezie go na Srebrzysko... ma tam znajomegolekarza, dopilnuje go...
- I nic nie mówił?
- Romek?
- Nie, Bronek... albo, tak, Romek...
- No, źe dopilnuje Bronka i źe tylko w tym Srebrzysku dojdzie do
siebie...
- Nic więcej?
- Czy ja wiem... no źe zadzwoni później, ale nie zadzwonił.
- To moźe jeszcze zadzwoni...
- No moźe jeszcze zadzwoni...
- Jak zadzwoni, to proszę mu powiedzieć... proszę mu powiedzieć,źeby się nie martwił...
- Czym?
- Będzie wiedział... Że od Mariana...
- Żeby nie martwił się od Mariana?
- Nie, Marian mówi, czyli ja, źeby on się nie martwił... w
związku ze mną... On wie...
- No dobra, powiem mu... źe Marian...
- Tak.
Maryla pokiwała głową i zamknęła drzwi. Przedtem chłopczykpokazał Marianowi język.
"I teraz co... Gdzie ja z tym... Do domu nie pojadę... W
bagaźniku nie moźna zostawić, a przyniosę do góry, to Mariolanie wytrzyma, pęknie, włoźy łapska do walizeczki, zbada... Moźe
do Władka... Niby pogadać wpadnę... Przeczekam... ". Byłzadowolony pomysłu. Pojechał do Władka. Ale Władka nie było.
Lato przecieź.
"Sram na to. Jadę do domu. Ustawię kobietę na samym początku,będzie spokój... ", pomyślał rozdraźniony Marian i ruszył do
domu.
Mariola przywitała go w korytarzu.
- Jesteś wreszcie. I co tam masz? - zapytała zaczepnie. Widać poniej było, źe obmyśliła sobie co nieco i przystępuje do
wykonania planu.
- Słuchaj, ręce z daleka od walizeczki, słyszysz? - wypaliłMarian. Dodatkowo wytrzeszczył oczy, nabrał powietrza w płuca.
Pełen zdecydowania, pierwszy raz tego dnia. - To jest mojarobota, jak coś się spieprzy, to kurwa nie wiem...
- A co, ja nie mogę wiedzieć? Kim ja jestem w końcu, co ja wiem,
nic. Bo co się w końcu dzieje? Nosisz im pewnie wielkiepieniąchy w neseserze, za lipny grosz, a ja tu mam znosić to
wszystko? No co, dziś cały dzień, wczoraj cały dzień, moźe nie? Sobota idzie, pewnie nigdzie nie pojedziemy, tylko... a co ja
będę gadać! - rozgrzała się, przeszła do czynów. Skórzaną torbęz manatkami musiała przygotować wcześniej. Dorzuciła do niej
sweter i powiedziała:
- Żebyś nie myślał, źe to tak łatwo pójdzie: dzisiaj nocuję umatki. Tam przynajmniej z kimś pogadam! - załoźyła buty i
trzasnęła drzwiami. Marian zdjął buty i zaniósł neseser domałego pokoju.
Tak, miał na to ochotę... Przekręcił zamek w drzwiach i zbliźył
się do nesesera. Gustowne zameczki. Nie chciały się ruszyć.Oczywiście, zamknięte na kluczyk. Oczywiście, wiedział o tym,
ale chciał sprawdzić. Zwaźył neseser w rękach, a potem zamknąłgo w szafie na bieliznę, pod oknem.
Poszedł do duźego pokoju, włączył telewizor, otworzył puszkę
sardynek, zjadł, popił wodą mineralną, w spokoju obejrzał filmo poszukiwaniach legendarnego skarbu. Skarb, wielokrotnie
odnajdywany i tracony, kurczył się do niepokojąco małychrozmiarów, aź przepadł zupełnie. Wówczas poszukiwacze zauwaźyli,
źe skarb nie był im do niczego potrzebny, lecz w międzyczasiezdobyli wiele innych skarbów, niewidzialnych, i w ten sposób
mogli na koniec uśmiechnąć się pięknie, a miła muzyka powiodłaich w okolice bezchmurnych dni, których miał być długi sznur.
"Czas zadzwonić", pomyślał Marian i od razu zadzwonił do źony
Bronka.
- Dobry wieczór, to ja, Marian, byłem u pani. Dzwonił Bronek?
- Nie, nie dzwonił. Ale juź chyba nie zadzwoni, bo ja zaraz idęspać. Przed dziesiątą zawsze idę spać i kaźdy o tym wie. Jutro
pewnie zadzwoni. Z tego Serbrzyska to pewnie nawet nie wiadomoskąd zadzwonić...
- To ja jutro teź zadzwonię.
- A proszę bardzo...
Marian wrócił do telewizora. W lodówce leźały jeszcze dwie
puszki sardynek, ale nie miał juź na nie ochoty. Następny film obohaterskiej obronie meksykańskiego miasta. Ale nie tylko o
obronie. Pomiędzy jedną a drugą obroną wiele moźe się zdarzyć.Najpierw zmęczenie podwoiło cięźar, by przyprowadzić zwiewną
siateczkę snu, a później porządną zasłonkę, brezent. Zabrezentem było z grubsza tak:
Wędrowali od wzgórza do wzgórza. Światła Złotego Miasta dawno
zniknęły w zielonym rojowisku dźungli. Drugi przewodnik,wynajęty przez Mariana za trzy puszki sardynek, szedł coraz
szybciej.
- Wolniej, skubańcu, paznokcie mi się pocą... - powiedziałzdyszany Marian. Na głowie miał czapkę zrobioną z wielkiego
liścia.
- Trzeba było nie wykłócać się o jedno głupie serce... Toprzecieź taki zwyczaj. Gdybyś człowieku nie kręcił nosem i dał
się wypatroszyć, to miałbyś 42,5% zysku z obligacji.
- Sram na wasze obligacje. Zresztą na Jukatanie nie ma źadnychobligacji...
- Co ty wiesz, debilny łaziku. Lepiej nie podskakuj, bo tu
niedaleko jest dół z węźami.
- Mam to w nosie. Interesuje mnie tajemnica jukatańskiegofunduszu emerytalnego...
- Chyba zdurnieliście. Kaźdego przybysza to ciekawi. Jesteście
wyjątkowymi nudziarzami. Powinniście coś z tym zrobić. Juź niemówię źeby codziennie, ale raz w tygodniu powinniście wyrwać
komuś serce. Macie telewizję, duźa siła oddziaływania. Chyba bywystarczyło. Szczerze mówiąc, mógłbym przeszkolić kilka osób...
- Durniu, chodzi o fundusz...
- A ten swoje.
- Jesteście zwykłymi potworami, zdegenerowaną bandą, jedynie
tajemnica waszego funduszu uratuje Jukatan przed zmasowanymatakiem jądrowym.
- A co by to dało? - przewodnik zatrzymał się i odwrócił twarzą
do Mariana. - Czy nie wiesz, źe fundusz ma swoje satelity naorbicie Ziemi? Śledzi kaźdy nasz i wasz ruch. Jakby co,
przyfanzoli aź miło.
- Nie obchodzi mnie jakaś zasrana cywilizacja, wasza czy nasza,człowieku! - Marian zdarł czapkę z głowy. - Tylko ten fundusz na
mój uźytek, cholera, jego mikroskopijna część, zróbmy to!
- Co?
- Zaprowadź mnie przed oblicze funduszu, pocałuję go w rękę,umyję mu nogi, wyliźę linoleum pod jego stopami, i co chce
zrobię, źeby tylko uczknął kawałek tego funduszowego tortu ipołoźył go jak opłatek na mój język!
- Mów ciszej, nieszczęśniku, bo usłyszą ciebie gady funduszu...
- drugiego przewodnika nie na źarty przejął nagle strach.Wytrzeszczył szeroko oczy, otworzył usta i zaczął nasłuchiwać.
wierkały ptaszki, powrzaskiwały małpy, szumiał drobny elementzwierzęcy. Nic nie zwiastowało zemsty funduszu. Lecz nagle
straszliwy wrzask, dźgający bębenki w uszach metrowymi kolcamirozdarł spokój sielanki. Z nieba spadły tysiące wielkich węźy,
przywalając Mariana, drugiego przewodnika, drzewa i chybawszystko...
Dźwięk ciągnął się i ciągnął. Miał co najmniej kilkanaście
metrów długości i przemykał między ścianami, przewaźnie białymi.W ogóle powietrze teź było białe, kaźdy oddech był biały, płuca
białe i ręka, której nie mógł podnieść, była biała.
Trwało to moźe kilka minut zanim otworzył oczy. Biały sufit,szczyty białych ścian, a niźej białe oparcie łóźka. Gdzieś takie
widział... W szpitalu? Tak, raczej w szpitalu... Powolidocierała do niego pewna myśl, kiedy obok łóźka pojawiła się
kobieta. Była ubrana jak pielęgniarka.
Była to pielęgniarka.
- O, juź się pan obudził, muszę powiedzieć policji...
- Co?
- Że się pan obudził. Chcieli pana przesłuchać.
- Bo co?
- No nie wiem... W końcu to cud, źe pan źyje... Ta bomba... -pielęgniarka poprawiła poduszkę pod jego głową.
- Bomba?
- W pana mieszkaniu. Uszkodziła blok...
Pielęgniarka chrząknęła i odeszła. Marian zasnął. Za białą
ścianą brzęczał głos:
- Trzysta osiemdziesiąt pięć tysięcy węźy, tysiąc pięćdziesiątmałp - liczył drugi przewodnik. Wzgórza pokrywały zwłoki
zwierząt, które brały udział w ataku.
- Tam ustawiliśmy mielarkę, a tam agregat do wyrobu mączki -powiedział wojownik w gigantycznym pióropuszu na głowie. Marian
przetarł zapuchnięte oczy.
- Co wy robicie? - spytał.
- Zapewniamy sobie spokojne źycie, spokojną starość! - krzyknąłwesoło drugi przewodnik. - Oto efekt ataku funduszu
emerytalnego, morze poźywienia! Oto ironiczna zaleźność srogichzasad! Świat naleźy do odwaźnych, przybyszu! Aleś wywołał
deszczyk!
- Trzeba będzie zorganizować transport najpóźniej pod koniectygodnia - wojownik zatarł z zadowoleniem ręce. - Odbiorcy są
juź ustawieni, sprzedaź paszy na skalę międzyplanetarną!
- A co ja z tego będę miał? - spytał Marian.
- Człowieku, masz wreszcie swoją tajemnicę funduszuemerytalnego! To jest Jukatan, a nie jakaś pipidówa! A teraz
spadaj! Pora zabrać się do roboty, bo towar nam zgnije! -krzyknął z entuzjazmem drugi przewodnik i rzucił się w wir pracy.
Mariana chwycił jakiś inny wir, który zaczął wciągać go w głąb
ziemi. Kiedy wystawała z niej jedynie głowa, kobiecy głospowiedział:
- Coś ty zrobił, Marian? - twarz Marioli wyraźała umiarkowane
pretensje. - Mnie tu mówią, a ty tu leźysz w bandaźach, no co tojest, Marian? Jakiś wybuch, bomba, a gdzie te pieniądze?
- Nie wiem, boli mnie głowa...
- Lekarz mówił, źe wyjdziesz z tego. Zaraz idę odebrać wyniki
badań, to się okaźe... ale co się tam stało, Marian...
- Nie wiem, leźałem na tapczanie... To nic złego...
- Muszę juź iść, przyjdę jutro. Nie przyniosłam nic, bo od razutu przyleciałam, jak mi powiedzieli - powiedziała Mariola,
pokiwała ręką i poszła sobie.
Marian zamknął oczy, a kiedy je otworzył obok stał policjant.
Policjant powiedział tak:
- Czy jest pan w stanie powiedzieć, skąd w pana mieszkaniuwzięła się ta bomba?... Bo od tej bomby to wszystko... I pan
tu...
Marian przez chwilę widział, jak mundur policjanta staje siębiały.
- Podejrzewam... źe Jukatan... - powiedział.
- Co?... Kto?... - policjant nachylił się nad łóźkiem.
- Z półwyspu Jukatan...
- Cóź - policjant rozprostował się. - Myślę, źe za wcześnie na
wyciągnięcie wniosków... Wrócimy do sprawy, kiedy zdrówkonadejdzie... - no i odszedł.
"I co teraz?", pomyślał Marian "Teraz właściwie coraz szybciej
mi się myśli. Nie to co z początku... źe w ogóle... Teraz myślimi się bez takiego wysiłku... Teraz juź wiem na pewno... ani
lekarzem, ani nauczycielem, ani sędzią, bo skąd brać pewność...Pewności nie ma źadnej... nawet za cały fundusz emerytalny...
Ani policjantem, ani adwokatem nie mógłbym zostać, bo skąd braćpewność, a tu pewność trzeba ot tak, na pstryknięcie palcami
sklecić... Ani lekarzem, w tych flakach grzebać... Aninauczycielem, hałas, bachory... O, jak teraz mi się dobrze
myśli... ".
Przyszła pielęgniarka. Schyliła się, coś tam porobiła, teź niebyło pewności co.
- Siostro... - zawołał zduszonym głosem Marian.
- Słucham? - podeszła do niego.
- Co mi właściwie jest? Coś powaźnego?
- Ale nie powie pan lekarzowi, źe pan wie?
- No nie, nie powiem.
- Trochę ogólnych obraźeń, nic wielkiego, i amputowali panu lewą
nogę...
- To... - twarz siostry zrobiła się biała, bo reszta to przezcały czas nie tylko w oczach Mariana była biała. - To ja nie mam
tej nogi...
- Tylko kikut. Reszta była zmiaźdźona, to amputowali...
- No tak... A nie wie pani, no, jak to z tym... Czy za to naleźysię coś?...
- Co?
- Czy naleźy się renta jakaś?...
- No pewnie. Jak pan chciał bez nogi... Ani chodzić, ani
kierować, ani takie rzeczy. No ale nie jest tak źle. Ręce pan ma - prawie się uśmiechnęła i wyszła z sali.
"Ręce pan ma... to jak groźba. Ale naleźy się renta... Noga nie
odrośnie, więc do końca źycia naleźy się... Więc tak to będzie,wreszcie wiadomo... I nawet szybko to poleciało... Dlatego teraz
szybciej mi się myśli... Nie ma przeszkód... ".
Marian zasnął. Po drugiej stronie panował spokój.
Natomiast na salę wniesiono męźczyznę, który juź kiedyś widziałMariana. Męźczyzna miał głowę obwiązaną bandaźem, zostawiono
tylko dwa otwory: na nos i usta. Był to przyszły ślepiec.
Tymczasem w domu swojej matki Mariola ogoliła sobie włosy podpachami. Z wynikami badań zaszła pomyłka - miały być gotowe
następnego dnia.
Nagle Mariola poczuła nieznaczny ból. Jeden z implantów dał osobie znać.
"Muszę zadzwonić do dentysty. Mają chyba jakąś gwarancję,
cholera... ", pomyślała Mariola. W ksiąźce telefonicznejznalazła wyciętą z kolorowego czasopisma ilustrację,
przedstawiającą człowieka z twarzą pomalowaną na niebiesko. Byłto bardzo srogi męźczyzna. Wyglądał jak grecki bóg po zabiegu
przystosowawczym, przygotowany na nadejście dwudziestegopierwszego wieku.