Bermudy   


   Sławomir Burszewski   




Tego roku pojechaliśmy z papą na Bermudy. Nigdy go o to nie
podejrzewałam. Załoźyłam swoje polo, a on tylko z laseczką i naspacer. Bermudy to piękny archipelag. Naprawdę jest sporo rzeczy
godnych obejrzenia. Lecz papa niestety zabierał mnie uparcie nadługie, piesze wycieczki abym wdychała jodku. Gdybym miała
więcej niź siedem lat, nie dała bym sobą tak rządzić! Tennudziarz poprostu mnie wykorzystywał. Pokazywał mi wiatraki,
piękne pola ryźowe i plantacje agawy, pośród których jakplakietki albo małe robaczki poruszały się z motykami maleńkie
postacie ludzkie. Mijaliśmy malownicze mosty zarośnięteakwedukty z czasów dawno zaginionej cywilizacji atlantyckiej.
Stylowe domy wariatów i podupadające hotele porośnięte ozdobnymbluszczem. Widziałam nawet misia Koala, ale ojciec zabronił
zabrać mi go ze sobą, poniewaź mógł być chory na wściekliznę.Szczególny mój zachwyt wzbudzało niebo porośnięte rozcapirzonymi
jak łapki spadającego kotka cirrusami. Przestrzeń wywoływała wemnie uczycie ogromu wszechświata. Chodziłam cała taka przejęta
jak na lekcji geografii, ale papa był jakiś naburmuszony, jakbymu ktoś ukradł samochód.
- Dokąd my zmierzamy, papo? - spytałam podczas ostatniego
spaceru
- Do miejsca przeznaczenia, kochanie.
- W jakim celu my tam podąźamy papo? - indygowałam dalej.
- Na wieczne spełnienie, głuptasku - moje pytania bawiły go, a umnie potęgowały ciekawość.
- Jakiź kres, nasz papo? - to był juź prawie triathlon pytań.-
tu się zatrzymał, odsłonił poły swego abaźurowego płaszcza iczerwony na twarzy, poczciwy emeryt wykwasił z siebie: "Dzikie
poźądanie!!!". Moim oczom ukazał się wylatujący z jego spodniogromny kogut - zabójca. Dałam mu dziobać ziarno naszych
doźynek. My koloniści.