Ustronnie, zacisznie, pochmurno. Turyści korzystają z ostatnichdni ciepła. Napełniają buteleczki cudowną wodą ze świętego
źródła Rabarbary. Próbują, smakują, wzdychają. Poczuwszy sięlepiej zwiedzają wolnym krokiem budynki klasztorne. Nie wiem,
czy ktoś w tym towarzystwie zna historię tego miejsca. Samiobcokrajowcy. Przewodniki mają jednak dar przekonywania...
Spoczywam na ławce i usiłuję po raz dziesiąty zawiązać
rozwiązujący się but. Nowy przebój handlu stolikowego: woskowanewiązadła. Podobno nie przemakają, doskonałe na wędkowanie.
Niestety, teź nie wiąźą. Po prostu hit.
Cykam komuś zdjęcia. Dwie starsze kobiety uradowane podskakują,źywo gestykulują. "Drobiazg" - mówię. Nie rozumieją. Wciskają do
kieszeni dziesięć marek na piwo. Kupuję cztery browary, otwierampuszki, popijam. Jest tak sennie, słońce nie moźe się przedrzeć
przez chmury. W takie dni siedziałem zwykle nad mapami ikreśliłem plany sztucznych rzek, w których woda płynie pod prąd,
albo projekty zalesiania połaci pustyni z uwzględnieniem wypasubydła rogatego. Pasjonujące zajęcie.
Teraz, siódmy rok juź bez zajęcia, cudownie marnuję sobie źycie
dzień po dniu, kropla po kropli przecieka nic nie warty czas.Zastanawiam się przez chwilę nad sensem źycia... Lepiej myśleć o
bezsensie! Przynajmniej dochodzi się do konkretnych wniosków.Jest jakiś punkt zaczepienia. Jakaś dziwna siła kaźe mi nadal
chodzić po Ziemi, moźe tylko po to aby ktoś doglądał tegoimponującego dzieła zniszczenia.
W miastach swoich wyglądem trochę odstraszam, ale na wsi mój
artyzm biorą za gorszy rodzaj pastucha. Często mi nawetproponują pracę w gospodarstwie. Taki wędrowny kowboj...
Niekiedy czuję się jakbym źył w głębokim Średniowieczu, jakbym
włóczył się z Villonem i całą tą wagabundą po zadźumionychuniwersytetach Europy, tańcząc ze śmiercią kankana,
makabrycznego kadryla wymierających miast. Jakbym sypiał podpustymi szubienicami, zawodzącymi na wietrze na nudę i brak
zajęcia. Widziałbym w nich pokrewne dusze. Jakbym grał naszkieletach marsze tureckie w oczekiwaniu na nigdy nie
nadchodzący cud...
Przeciągam się na ławce. Nie, nie jestem jeszcze takiodpychający. Przysiada się kurwa. Patrzę się i mówię:
- O Jezu, ale kurwa! - ona się patrzy i mówi:
- O kurwa, ale Jezus! - prawie jak w starym dowcipie. Liczę łaty
na dźinsach. Właściwie to uszyłem je z samych łat. T-shirta oddziesięciu lat nie prałem, tak fajnie śmierdzę. W autobusie mam
zawsze wolne miejsce, mogę nawet leźeć. Znam cały świat jakwłasną, podwójną kieszeń do której wrzucam ksiąźki w
księgarniach nie regulując rachunku, a alarm przy wyjściu nawetnie piśnie. Pewien szalony, wyrzucony z pracy za naduźywanie
alkoholu fizyk atomowy z kresów Syberii, dał mi kawałek materiiodbijającej fale radaru, stosowanej w samolotach wojskowych do
maskowania kadłubów. Moja kieszeń jest nie do wykrycia!
- Moźecie mi skoczyć! - podnoszę środkowy palec w stronę miasta.W zamian dałem mu starte jabłko Adama. Czasami wołają na mnie
Sanderus. Przeczytałem milion ksiąźek, wiem praktyczniewszystko. Z uczonych w piśmie humanistów, potykających się o
swoje togi śmieję się. Właściwie boją się ze mną rozmawiać.Fałszywa ich mowa i myśli. Jestem dla nich niebezpiecznym
heretykiem, którego najlepiej ukamienować dla przykładukoniecznie w centrum Starego Miasta... W sumie mógłbym załoźyć
jakąś sektę i obwołać się najwyźszym kapłanem, lecz uczniowiezwykle wydają swojego Mistrza.
- Wierzysz w boga? - pytam się kurwy.
- Odchrzań się zboczona świnio! - odpowiada bez oburzenia.
- To poczęstuj szlugiem siostro - częstuje i odpala. Zaciągam
się dymem. Zrobiło się jakoś swojsko.
- Co myślisz o naszym zasranym świecie? - zagaduję dalej.
- Łagodnie mówiąc jest do dupy - dobra odpowiedź. Piątka zplusem! Jaka głębia... Jedziemy dalej.
- Co byś powiedziała na małe przeczyszczenia?
- Odpada. Nie wchodzę - wygodna asekuracja. To nic.
- W tych krzakach z tyłu stoi mój Harley-Davidson. Wrzucasz tę
fiolkę do baniaka z wodą przy pompie głębinowej i płyniemy stąd- trochę się namyślała. Zerknęła do tyłu. Srebrna maszynka
błyszczała, więc nie kłamałem.
- Daj - podeszła kołyszącym się krokiem do hydroforu i wrzuciłacałą zawartość fiolki. - Znam się trochę na aptekarstwie. To
stęźony nitrofurazon dermatopitu...
- Siadamy siostro - wytoczyłem grata z zarośli. Nie wiem ilelat juź chodzę po świecie, ale z tym Mesjaszem to faktycznie
kilka razy nieźle poimprezowałem.
- Bujasz - załoźyła kask i ścisnęła mnie mocno w pół.
- Serio - niebo się nieco przejaśniło. - Wyglądała jak naobrazkach z pierwszej komunii świętej! - pokazałem ręką.
- Moźe chociaź Duch zstąpi i zrobi tu porządek. - Sodomę i
Gomorę zostawiliśmy w tyle.
Sławomir Burszewski
Opowiadanie ze zbioru "Carpe diem", który ukazał się w 1997 r.nakładem Lampy i Iskry Boźej.