PIERWSZY
Właściwie to nie jest dobre miejsce dla tego wynurzenia,wyznania, ujawnienia. Na samym końcu dopiero powinno się okazać,
źe nie jest to zbiór czczych pomysłów i szkiców, ale spełniającawszystkie wymagania gatunku, pełnowymiarowa i
głębokointelektualna powieść. Być moźe jest to nawet powieśćrzeka w proszku. Powieść instant. Albo powieść źródłowa, czyli
powieść dla pisarzy, czyli powieść wydana w ręce złodziejów.Jest to równieź powieść historyczna, z niedalekiej, ale
zapomnianej przeszłości. Przeszłości prehifowej, bez wolnegorynku, z kartkami i przymusem pracy, w której dominowała szarość
i ortaliony. Nie było CD, GSM, SDRP, ABS, M&M, CB, HDS (postmodernistyczne ciągoty do zestawu wyrazów, które z
rozmaitych powodów pasują do siebie; postmodernizm w zasadzietakźe jeszcze w Polsce nie istnieje) Właściwie wszystkie
powieści o tym okresie napisane z perspektywy biedaków, którymprzypadł wtedy czas dojrzewania, powinny zaczynać się od
rozpaczy z powodu braku Teleranka. (Mogę przełknąć mercedesyjako nyski milicyjne ale nie mogę darować Agnieszce Holland w
Zabić Księdza tych "filmów rysunkowych"; oj, słaby film paniKobieto, tak to bywa gdy ideolo przerasta sztukę.) Ale nasza
powieść zacznie się o rok, moźe dwa później i bohaterowie będąstarsi. " Trzeba dodać, źe ludzie powaźni znajdą w ksiąźce
pozory powieści, ludzie zaś frywolni nie znajdą w niej powieścido jakiej przywykli" -Machado de Assis.
Dla zmylenia przeciwnika, przeciwnika-czytelnika sam zapis jest
niechlujny, zdania jak z brudnopisu nigdy nie przeznaczonego dopublikacji, jakieś skróty, szyfry i szarady... Trzeba mieć
podniebną perspektywę orła aby z tej magmy wyodrębnić groblewątków. A co dopiero z labiryntu grobli, ścieźek, przesmyków i
uskoków wyjść na cudowne przestworza naszej, równoległejrzeczywistości.
Całe to przedsięwzięcie jest tak niskobudźetowe, źe widać
rusztowania dekoracji, ketschup udaje krew, a krochmal spermę.Postaci drugoplanowe nie powinny nawet statystować w rolach
bardziej skomplikowanych niź udawanie poległych, zaś sam autor wcelu obniźenia kosztów podjął się grać rolę głównego bohatera.
Chyba, źe w trakcie fabularyzowania znajdzie się ktoś, ktogodnie, i za friko uniesie cięźar Głównego. Tylko skąd wziąć
takiego Głupiego.
I jeszcze raz Machado de Assis, skoro to wcześniej wymyślił odemnie: " Dzieło samo w sobie jest bowiem wszystkim: jeśli ci się
spodoba, czcigodny czytelniku, uwaźam się za nagrodzonego; jeślici się nie spodoba, płacę ci prztyczkiem w nos i źegnam".
Ozięble.
DRUGI
Stary, wtedy to była zabójcza jazda. Killerski czas. Początekosiemdziesiątych lat...
Nie chodzi o wojnę Polsko-Jaruzelską, czy jak chcieli inni,
wojnę źołdactwa z cywilami. To nawet nie chodzi o wojnę, boprzecieź i w jej czasie człowiek znajdzie odrobinę spokoju,
szczyptę miłości, czas na złapanie pogłębionego oddechu. Raczejmam na myśli czas walki, nieustannych zmagań, wręcz walkę wręcz
z wrogiem, wciąź na odległość noźa a właściwie igły, albo juźbez zachowania dystansu, kiedy wróg wypełnia twoje płuca i
strzela zajadle nie bacząc na kopiącą broń. Mówię o czasach gdysam sobie byłem wrogiem i ze sobą toczyłem wojnę. Dziś mógłbym
to wytłumaczyć, naciągając- nie ja jeden- fakty: niszczącsiebie- niszczysz świat... wystarczy kraj, bo kraj nadawał się
tylko do zniszczenia, do odstrzału, do redukcji, doeksterminacji. Prywatny słowiański holocaust naleźał się Polsce.
Wtedy nie było zmiłuj. Walka na śmierć i źycie i sen. Ciągłeposzukiwania wunderwaffe.
Z naraźeniem źycia Ziółek zajumał matce bibułę. U matki ten
formularz nosi nazwę recepty. Wszystko na niej było: nazwisko,wiek, zaordynowane lekarstwo, pieczątki i podpis. Było teź
miejsce na dopisanie interesującego nas specyfiku. Nie waźne źeoba leki juź na papierze wizualnie się gryzą, bo niecierpliwy
Ziółek zadowolił się jedynie zbliźoną barwą długopisu,charakterem pisma nie przejmując się wcale. Nie waźne, źe w
kwestii farmakologicznej zestawienie leku na serce i Ogrójcawskazuje na próbę zabójstwa 64-letniego Waldemara Rozegnała. Nie
waźne. Jest ciśnienie na spróbowanie Ogrójca, a bibuła jesttylko jedna.
Ziółek wygląda jak niedojrzały ser szwajcarski, jedynie
niewidoma pani magister mogłaby zrealizować serowi receptę,niestety ślepych w aptekach nie trzymają, reszta ryzyka naleźy
więc do mnie. Ustalamy marszrutę i czas, na budziku, który musileźeć źeby chodzić, jest siedemnasta. Godzina Wu. W drodze na
przystanek spotykamy Herberta, który właśnie mnie szuka, jakzwykle bez realnej przyczyny, tak sobie. Jedzie z tego swojego
Tarchomina godzinę z okładem na pałę a potem jest uraźony, źenie zastał i musiał zwiedzić pięć świetlic zanim się na nas
natknął. Na czterdzieści cztery lata przed urodzeniem Herberta,Huxley opisał go w Dwóch albo trzech Gracjach. Lgnął do
kaźdego, który miał pecha z nim się zetknąć, a kiedy przylgnął,nie sposób było się od niego odczepić. Wszystko czego oczekiwał
od ludzi, to aby mu pozwolili cieszyć się ich widokiem iwygrzewać w cieple ich obecności." Przed apteką Ziółek pyta:
- Co cykasz się.
- Nie, zimno mi tylko- zęby stukają jak grupa perkusyjna JohnaCage. W rzęsiście oświetlonym wnętrzu apteki nikogo akurat nie
ma. Drzwi otwierają się ze zgrzytem i juź przeczuwamniepowodzenie akcji. Mały i lękliwy podaję receptę. Aptekarka
waźy ją w dłoni jakby otrzymała kamienną tablicę.
- Nie ma i nie będzie- mówi tonem, który wszystko tłumaczy. Niemusi dodatkowo wskazywać na półki gdzie dostrzegam interesujący
nas preparat w którego składzie jest Ogrójec. Wychodzę zniejakim zdziwieniem, mnie fałszywemu Mojźeszowi oddano tablicę.
Chyba nawet jestem oburzony. Oddalamy się ze spalonego terenu.
- Masz ten sam długopis? Ziółek wyciąga z kieszeni wkład
od zenitha.
- Postaw parafkę i jeszcze raz podpisz, niby źe długopis sięwyczerpał.
Następna apteka jest w fatalnym miejscu, naprzeciwko ambasady
ZSRR, przy bramie w akwarium unosi się milicjant. Nic to, nasipod arsenałem mieli gorzej.
- Stańcie tak aby zasłonić witrynę - mówię i ruszam do ataku. W
drzwiach zderzam się z jakimś wymoczkiem, chwilę trwa pantonima,kto kogo przepuści. Lepiej dla mnie źebym wszedł drugi. Wchodzę
drugi, ale koleś w środku idzie wzdłuź lady, coś ogląda, zwleka,kobieta patrzy zdziwiona, albo mi się tak wydaje- dwóch klientów
a źaden nie chce składać zamówienia. Chwila zbytnio sięprzedłuźa, raz kozie śmierć, nieprofesjonalne to, ale trudno,
podchodzę do okienka, facet staje błyskawicznie za mną. Kiczort. Podaje receptę a sam ustawiam się na wszelki wypadek tak,
by móc wyprowadzić cios.
- Przecieź to jest ewidentnie dopisane- protestuje panimagister. Tylko jedno słowo, jeden ruch faceta za mną i strzelam
z łokcia w mostek, i daję długą.
- Gdzie, przecieź lekarzowi długopis się wypisał- jestemoburzony. To bezsensowne "gdzie" jest jak najbardziej na
miejscu, zaciemnia sprawę. Teraz fortel aby odzyskać bibułę.
- Niech pani pokaźe.- Facet za plecami wydaje się być
niezainteresowany.
Otrzymuję receptę, przyglądam się jej po swojej stronie szyby:
- Rzeczywiście, wygląda to nieszczególnie, to muszę iść do
niego, źeby to poprawił zatokałem ją.
- Toak- niepewnie, zrezygnowanie.
Ruszam do wyjścia. W drzwiach jeszcze zawracam aby dla pełnejsatysfakcji zadać pytanie:
- A w ogóle są te lekarstwa?
- Trzynaście, czternaście... nie- mówi w końcu do mnie
aptekarka zajęta odliczaniem facetowi prezerwatyw.
- Acha, to panu...- mówię zaczepnie.
- Co? - Zawsze się zastanawiałem komu się w te gumkimieści- pognębiam faceta i opuszczam aptekę.
- Moźe damy sobie spokój- proponuje Herbert. " Niektórych moich
przyjaciół- tych bystrych, niecierpliwych, zawsze napiętych jakstruna- biedny wegetatywny Herbert dprowadzał nieomal do szału.
O wściekłość przyprawiały ich nawet jego zalety- tadobroduszność, ten spokój, ta niewzruszona wierność. Sam wygląd
Herberta działał im na nerwy. Widok jego szerokiej uśmiechniętejtwarzy, zwalistej postaci i gnuśnych, niemarawych kończyn
wprawiał ich w panikę." Nic dziwnego, źe Ziółek wściekł się iwygarnął Herbertowi kilka gorzkich słów prawdy. W dalszą
eskapadę wybraliśmy się: Ziółek wkurzony, Herbert obraźony, jazestresowany. Trzech króli w podróźy do dzieciątka Jezus. U
Mazoteków właśnie tak zwą Ogrójca- Dzieciątko Jezus. Następnaapteka wypełniona jest kolejką, na pół godziny stania, rzucili
watę i podpaski. Nie ma innej rady trzeba stać, do innej aptekijuź nie zdąźymy. Zamawiam kolejkę, aby trochę się przygotować. W
ustronnym miejscu dokonuje transformacji. Kurtkę skórzanązamieniam na zielony ortalion Herberta, długie włosy chowam pod
fajansiarską czapką Ziółka, z ucha wyciągam kolczyk w kształciepięciopalczastego liścia.
- I jak?
- Jak przez okno-mówi nieprecyzyjnie Ziółek.
- Jak biedny student- stwierdza Herbert, który dwa lata
studiował zanim go dopadło.
W kieszeni ortalionu wyczuwam jakąś ksiąźkę. Ze względu na tedługie przeloty autobusem Herbert ma zawsze coś do czytania.
Wyjmuję Cortazara. No tak, teraz wszyscy chcący uchodzić zaintelektualistów noszą pod pachą Cortazary. Z ksiąźką w ręku
wracam do kolejki.
- A pan tu nie stał.
- Przecieź zajmowałem.
- Nie, taki pan w kurtce skórzanej zajmował.
- No tak, mój brat- wskazuję na widoczne przez okno plecyHerberta.
- Acha- usuwa się babsko niechętnie.
Kaźda kobieta dostaje jedną paczkę waty i jedną podpasek, płaci
tyle samo i wychodzi, pełny automat. Ja jestem zgrzytem. Podajęreceptę wyciągniętą z Ksiąźki dla Manuela.
- I co jeszcze- pyta pani magister zmęczonym głosem.
- Watę i podpaski.
- Ale tego na serce jednak nie ma- informuje wracając z
zaplecza. To moźe być sprawdzian wiarygodności.
- Oj nie dobrze, a moźe pani zaznaczyć, źe to jedno zostałosprzedane, bo dziadek musiałby jeszcze raz udać się do lekarza.
- Aaa sprzedam panu bez recepty. - Wypisuje paragon do kasy. Gdywracam, śmieje się do mnie opakowanie Ogrójca leźąc sobie
wygodnie na wacie i trochę na podpaskach.
Wychodzę w podskokach. Pokazuję Ogrójca, pokazuję receptę:
- Moźemy to jeszcze powtórzyć.- I dodaję patetycznie- bo co nas
nie zniszczy, to nas wzmocni.
Włóczymy się trochę, tak jakby nie istniały autobusy, i potrosze nie istniało miasto. Na dzikich działkach, pod czyimś
daszkiem, który udaje w czasach erzacu, altankę, skręcamy zOgrójca papierosa, dym pachnie skórką chlebową, lecz pali się
nierówno jakby była z kminkiem. Przyjemne to jest, ale niekręci. Herbert tylko sobie wmawia źe widzi lotnisko, źe leci
samolotem, sugerujemy zatem źe się rozbił w dzungli i czeka golos Tarzana. Kiedy Herbert niszczy wypielęgnowane winorośle,
które miało mu zastąpić liana, postanawiamy ruszyć dalej wdzunglę miasta. Przy ulicy Sobieskiego Hubert nas opuszcza,
chciałby jeszcze dziś dotrzeć na ten swój Tarchomin. Hubertwsiada do autobusu, ze środka zaś wysiada niezła lala w stylu
punk. Chyba mamy to samo wraźenie z Ziółkiem, źe dokonaliśmywyśmienitej wymiany. Hubert macha przez tylną szybę autobusu, a
my juź zapraszany panienkę na macha. Ale panienka gardzi nasząpropozycją, natomiast ( takie czasy) za watę i podpaski, trochę
się krygując, podaje nam swój numer telefonu. Kiedyś sprawdzimyczy rzeczywiście swój.
Ponownie lądujemy w śmierdzącym onanizmem pokoju Ziółka. Z
pokoju starych wypełza przez mleczną szybę tylko łunatelewizora, muszą być juź w łóźku. Ziółek zakrada się do kuchni
by zagotować wodą potrzebną do zaparzenia Ogrójca, bo w postaciwywaru najlepiej działa, ja w tym czasie usiłuję uruchomić
Ziółka magnetofon szpulowy. Niewiadomo dlaczego Ziółek swojenapięcia wyładowuje właśnie na nim i biedny sprzęt w połowie
pozbawiony jest obudowy, ma wyłupione światełka izdekompletowane pokrętła. Czasami jednak zadziała i teraz
wypuszcza szalone dzwięki Crime & The City Solution. Ziółekprzynosi herbatą w brudnych kubkach, resztę wrzątku wlał do
garnka i przyniósł w drugim rzucie.
- Ile wsypiemy. - Piję herbatę, słucham muzyki i nic juź mi sięnie chce.
- Moźe damy sobie na dzisiaj spokój- proponuję patrząc na
budzik.
- Dobra, przyjdziesz jutro zaraz po szkole, zaparzymy po półopakowania na głowę i zobaczymy czym nas uraduje mózg.
- A co, nie masz jutro szkoły- pytam, bo ja jeszcze chodzę do
dziennej, a Ziółek od kilku lat posuwa do wieczorówki. -Najwyźej nie pójdę.
Następnego dnia, zaraz po szkole dzwonię kontrolnie przed
wyjściem do Ziółka.
- Śpi - informuje mnie jego ojciec.
- W dzień.
- Tak - mówi i ucina dalszą wymianę słów, odłoźeniem słuchawki.
Po trzech godzinach dzwonię ponownie.
- Jeszcze śpi - mówi tym razem jego matka. Staram się szanować
cudzy sen, szczególnie gdy mamy taką rzeczywistość, a nawetgdybym nie był taki delikatny, to zbyt dobrze znam Ziółka źeby
się denerwować , poza tym drugiego człowieka trzeba przyjmowaćze wszystkimi jego cechami albo wcale. Takie jest moje podejście
do ludzi stary, a twoje?
Kolejny raz dzwonię późnym wieczorem, kiedy juź wiadomo, źe nicz tego nie będzie, ale przynajmniej moźna umówić się ponownie.
Nikt nie podnosi słuchawki. Tak stary, zmarnowany dzień.
- Nigdy więcej- deklaruje Ziółek gdy go wreszcie odnajduję potrzech dniach.
- Dlaczego, co się stało. - Ziółek zwleka z odpowiedzią.
Siedzimy na ławce na terenie Instytutu Neurologicznego, któregonazwa jest eufemizmem- w około włóczą się wariaci w piźamach.
Ziółek ma juź normalne ubranie, za kilka godzin odbierają gorodzice.
- Bo wiesz, jednak zaparzyłem sobie płaską łyźeczkę przed snem.
- I co.
- Bo ja wiem... Część tylko do mnie dochodzi i nie wiem co byłorzeczywiście, co raz mi się coś nowego przypomina. - Trochę
upłynie zanim to wszystko uporządkujesz- mądrzę się spalanyciekawością.
- Najgorsze jest- mówi Ziółek- źe chyba dobierałem się do swojej
matki.
Aby był jako taki porządek, opis działania Ogrójca znajdziesz wpomyśle 77 stary.
TRZECI
Mama Ziółka jest brzydka jak Beardsley. Ten to miał przynajmniej
szczęście, źe się zwinął z tego świata w młodym wieku i obeszłygo przymioty źycia dorosłego- matka Ziółka nie miała pewności
czy kiedykolwiek zostanie matką, a co dopiero źoną. Szkołysamotnie, studia samotnie, praktyka lekarska zaczęła się takźe w
samotności. A przecieź źyczliwa, uśmiechnięta, schludna,energiczna, wiadomo w to, co przychodzi łatwo ładnym czy
przeciętnym, ona musi włoźyć duźo siły. W innym kraju ze swoimiwynikami w nauce miałaby wjazd do najlepszych klinik ( a nie
etat w przychodni zakładowej), miałaby dostęp do tego szerokiegostrumienia pieniędzy, mogłaby sobie co nieco podpicować
chirurgicznie.
Trafił jej się wreszcie robotnik niewykwalifikowany, mieszkaniedostała zakładowe, ściany trzeba było pomalować, krany
pouszczelniać, podłogę wyprostować, grzyba zniszczyć- tak sięguzdrał, źe w końcu został na stałe, moczymorda i golec. Ślub
wzieli, gdy dzieciak się na świat szykował. Jak drugiegochłopaczka zrobił, załatwił sobie kontrakt spawacza w Iraku,
źeby się znowu z pieluchami nie pierdzielić. Tak sobie źyli, onascalała ten dom chory na nałogi, a on dawał rosnącym chłopaczkom
dobry przykład: Ziółek mając dwanaście lat puknął pierwszykompot z myślą, aby zostać narkomanem, bo to przecieź tacy fajni
goście, na gitarach grają, długie włosy mają, źyciem się nieprzejmują; młodszy o dwa lata Brudas wolał klej wąchać bo on juź
na punkowskie klimaty się łapał. Więc na noc przychodzili: starynajebany, Ziółek naćpany, Brudas zaklejony. Ona obijała się sama
po co raz bardziej pustym mieszkaniu, kaźdy z samców cośprzecieź musiał czasami wynieść i sprzedać. Kiedyś matka
Ziółka dostała od pacjenta kartonik ciastek z renomowanejcukierni. Ciastka tortowe, potęźne, bita śmietana a w niej
wisienka, zjadła jedno i źle się poczuła, do domu się zwolniła.Ledwo dojechała, w domu dopiero się zaczęło, pomijając nudności,
to co się działo w głowie i przed oczami było interesujące imiłe. Dawno tak ładnie dnia nie spędziła, chociaź w łóźku,
chociaź rzygając w miskę.
Ziółek do domu wrócił, okiem fachowym spojrzał, kilka pytańzadał, do mnie zadzwonił:
- Ty, mówię ci, ciasto sporyszem nawiedzone.
Do Grandu jedziemy, ostatnie minuty przed zamknięciem, kaźemy
kartonik ciastek zapakować, drogie te ciastka wyjątkowo, małoich za dnia sprzedano, cieszy się ekspedientka tleniona, źe
blacha wyrobu jednak zejdzie. Bierzemy więc jeszcze po jednym namiejscu, i hajda na Warszawę.