Głowa w drzwiach
        
    
Krzysztof Varga
        
      
Tymczasem jestem, niosę cztery piwa w "Plastykach", przewijam
kasetę w walkmanie, wystukuję kombinację sześciu cyfr na tarczy
telefonicznej (jednak na tarczy a nie z tarczą, nie odebrał
nikt), kupuję gazetę, wsiadam do autobusu, przesiadam się do
tramwaju, mówię: nie chce mi się, jestem zmęczony, zjadłbym coś,
nie wyspałem się, źle się czuję. No dobra, to prawda, czasami
człowiek źle się czuje. Coś go nachodzi, widzi wytrzeszczonym
okiem wyobraźni miliardowe stada zarazków rozłażących się jak
szczeniaki po całym organizmie i pożerających go
mikrokawałeczkami niczym jakieś robaki, które zjadają więcej niż
same ważą.
      
To dobrze, pomyślałem, że nie rozkwitają we mnie maleńcy
zabójcy. Nadchodził zwyczajowy czas wiosennych burz. To wtedy
zapewne Lucianno Pavarotti dawał kolejny koncert dla Sarajewa,
podobnie jak kolejny koncert dawał Paul Pavique Movement. W maju
pamiętnego roku powstała megagrupa Cukierki. Rozmowy toczono u
Muńka w pokoju, przy tradycyjnej żubrówce, słuchając najnowszej
płyty Lou Reeda. Miesiące wcześniej Kanlcerz Kohl zjadł zupę
ugotowaną przez kucharzy 169 Dywizji Piechoty Chińskiej Armii
Ludowej. Agencje nie podały jednak, jaka to była zupa. Czy armia
chińska również je grochówkę? A może kapuśniak? Albo zupę z
bambusów lub krabów. A może polowe kuchnie armii chińskiej
oferują cielęcinę pięć smaków, kurczaka w sosie słodko-kwaśnym,
wołownię z warzywami, sajgonki i grzyby "mun"? Chiny będą
supermocarstwem XXI wieku, napisano w prasie. Jedzmy więc zupy
welkich narodów, i mówmy wyraźnie że nam smakują.
Przyzwyczajajmy się. Kiedyś przyjdą i nakarmią nas na siłę.
      
Wtedy też Umberto Eco i Woody Allen nagrali epokową płytę In
the Name of the Rose. Partie fletu Eco i klarnetu Allena
przeszły do historii światowej kameralistyki. Bracia Gallagher
przelecieli balonem Atlantyk. Michael Jackson wypowiedział
historyczne słowa: "Czuję się dumny z tego, że jestem Murzynem".
Na świecie robiło się coraz zabawniej. Pojawiało się coraz
więcej ciekawych jogurtów, katastrof, rekordów, skandali
politycznych, wtórnych płyt, tomików wierszy. Jednocześnie coraz
mniej było czasu, bezcelowych włóczęg po mieście, głupich
pomysłów. Właśnie wtedy zorientowałem się, że od dawna nie
miałem kontaktu ze starymi kumplami. Mógłbym sobie namalować na
ścianie wielkimi literami motto z wiersza Piotra Bratkowskiego
"mam coraz więcej znajomych, coraz mniej przyjacół".
Postanowiłem więc dowiedzieć się, co się dzieje z różnymi
ludźmi. Oto relacja spisana przez wędrownego kronikarza,
zasłyszana przez niego w jednej z podłych portowych knajp, gdzie
każde zbyt odważne spojrzenie może kosztować życie. Zanim
znaleziono go, ze straszliwie zmasakrowaną twarzą i wypalonym na
piersi diabelskim stygmatem, w jednej z bocznych ulic, zapewne
zdążył tę relację przekazać komuś zaufanemu, tak że dziś dociera
do nas, choć może w wersji zbyt daleko odbiegającej od
oryginału. Jak jednak dobrze wiemy, literatura jest jedynie
kreacją świata i zdarzeń, więc wybaczycie nam zapewne drobne
przeinaczenia, słodkie kłamstwa i niewinne gierki ze słowami,
których tak dużo, niby chrząszczy majowych, lata wokół naszych
głów.
      
Więc jak to było naprawdę, dopytują się niecierpliwie zebrani
wokół strzelającego płomieniami kominka. Czyż nie przypomina to
wam jednego z tych rozlicznych angielskich sentymentalnych
filmów o latach, które minęły? Samochody retro na podjazdach
stylowych domów, a wokół świeża, soczysta trawa. Młodzieniec o
wzorowych obyczajach w swoim jakże eleganckim garniturze pali
papierosa, spoglądając na roześmiane towarzystwo ganiające się
po trawie. Podchodzi do niego młoda zwiewna dziewczyna i kładzie
mu rękę na ramieniu. On, odginając się lekko, przytula swoją
gładko ogoloną twarz do jej szczupłej dłoni. Spoglądają teraz
wspólnie na swoich rozbawionych przyjaciół. I jeszcze nie
wiedzą, choć może już przeczuwają, że wkrótce się wszystko
skończy, że oto właśnie rozgrywa się preludium ostatniego aktu.
Tamten zginie w płonącym samolocie gdzieś nad okupowaną Europą,
tamten już wkrótce zostanie zgnieciony w samochodzie, w
tragicznej kraksie na trasie rajdu, i nie obroni zeszłorocznego
tytułu, tamta będzie jedną z ofiar zatonięcia transatlantyku w
drodze do Ameryki, a ta ostatnia popełni samobójstwo w swoim
domu z ogrodem, bo wszystko nagle straci dla niej sens.
      
Matka wciąż suszył na piecyku olejowym swoje jedyne spodnie.
Czas spotkania zbliżał się nieubłaganie. Kudłaty dzwonił do mnie
coraz częściej, choć widywaliśmy się coraz rzadziej. Nie
zdążyłem uchwycić tej chwili, kiedy namacalna przestrzeń, w
której się poruszaliśmy, zamieniła się w niewirtualną
nierzeczywistość, i nie porozumiewaliśmy się ze sobą nawet
telepatycznie, a co najwyżej telefonicznie, choć też z rzadka.
Pewnego dnia zadzwonił do mnie też Ojciec, zapraszając do
odwiedzenia go w Starej Miłosnej. Wsiadłem do mojego czerwonego
opla corsa (masz tu Darku Nowacki utęsknione rekwizyty, patrz
czym jeździ facet z tej powieści) i pojechałem. Drogę znalazłem
łatwo, kierując się telefonicznymi wskazówkami Kudłatego, który
kilka razy tam był. W nieotynkowanym domu, na parterze pod
numerem 9 zastałem tylko Agatę. Ojciec dostał kolejnego odlotu i
pojechał do Łodzi na balangę. W domu prócz Agaty były dzieci -
duża Aniela, i dopiero co narodzona, której imienia nie
pamiętam. Był jeszcze wielki tłusty Alaskan, który śmierdział
jak całe stado skunksów.
      
Zaczynałem tęsknić do przyjaciół, do starych balang, gorących
sobót, potliwych nocy, siedząc przed ekranem komputera i
stukając w przybrudzone klawisze. Tymczasem wciąż trwała polarna
noc, zima nie chciała ustąpić, wszyscy popadali w obłęd.
Ciemności kryły ziemię, śnieg na przemian zamieniał się w
chlupiącą, wlewającą się do butów breję, i niebezpieczny dla
życia wyboisty lód.
      
Matka wciąż pielęgnował dawne obrzędy. Bladym świtem, na
ostrodze na prawym brzegu Wisły, dopalając ostatniego papierosa,
po przełknięciu ostatniej kropli wódki i zwyczajowym
wzdrygnięciu się, spluwając w ciemną, brudną wodę. Mówił wtedy,
że nie może się tego dnia z nami spotkać, bo ma trzy imprezy, i
się nie wyrobi. Jest rozrywany, lew nadwiślańskich plaż,
skomentował Hipolit.
      
Dzwonię do Matki od kilku dni i nikt nie podnosi słuchawki,
powiedział Kudłaty, pewnie się tam wszyscy wyrżnęli, i leżą
teraz martwi w kałużach krwi. Matka całymi dniami siedzi w
zaciemnionym pokoju, pali papierosa za papierosem, popija
herbatę za słoika, łyka garściami witaminy i paraleki, a tylko w
piątki i soboty wyrusza w miasto. Współżyje z opiekującą się
jego zniedołężniałą babcią ukraińską posługaczką, z którą
kopuluje, niczym panicz z dobrego dworu z prostą zdrową służbą.
Potem mówi przez telefon: no i bracie, tak się nafazowaliśmy, że
mi się filmoteka urwała, i nie pamiętam jak się znalazłem na tej
balandze, a przedtem łaziliśmy z kolesiem po Polach Mokotowskich
o czwartej rano, i przypałętało się takich trzech gości, i
okazało się że to są gliniarze po cywilu, i żeśmy wypili z nimi
dwa flakony, a już miałem w sobie osiem browarów, i kurwa,
brachu, zrobiła mi się dziura w pamięci, tylko przypominam
sobie, że potem wracałem do domu, i już było jasno, dobrze że
wcześniej, jak nic nie pamiętam, i kurwa, nie wiem z kim się
włóczyłem, nikt mi kosą po gardle nie przejechał. I potem za 15
złotych kupiłem od jakiejś babci konwalie, wszystkie jakie
miała, bo mi się jej szkoda zrobiło, taki miałem dzień dobroci,
bo wcześniej też komuś coś dałem, chyba ze dwadzieścia złotych,
tylko nie wiem komu, ale nie to, że mnie napadli czy coś, tylko
z własnej woli, znaczy z dobrego serca, i tak szedłem z tymi
konwaliami i akurat mijałem jakąś piekarnię, patrzę przez okno,
a tam jakieś panny, takie młode, więc im dałem te konwalie, a
one mi za to taką przykurwistą bułę upiekły, tak że miałem co
zjeść na śniadanie, bo to już rano było. No i brachu, następnego
dnia, to myślałem że zdechnę, tak się źle poczułem, normalnie
nie mogłem się ruszyć i bałem się, czy mi pompka nie wysiądzie,
bo spałem tylko parę godzin, i to już któryś dzień z rzędu, więc
myślałem, że umrę z przemęczenia, organizm przecież może nie
wytrzymać.
      
A Kudłaty wciskając się w wąską szparę między ławką a blatem
stolika przy którym siedzi już jego narzeczona, Hipolit z żoną,
Kaczor z żoną i ja - konsekwentny kawaler, mówi: Matka zamknął
się z Felkiem u niego w domu i zaczęli garować. I tak się
najebali, że wpadli na pomysł, żeby zejść po linach z 12 piętra
na dół, bo im odwaliło na przygodę. U Felka w domu dużo jest
takich podróżniczych gadżetów: maczety, liny, takie tam. No i
związali te liny ze sobą, a może to była jedna, tylko taka
długa, na 12 pięter, i najpierw Matka się zaczął spuszczać.
Dobrze że przywiązali linę do balkonu, bo najpierw miało być
tak, że jeden miał się spuszczać, a drugi miał go asekurować na
górze, to znaczy trzymać linę. Inny pomysł to był taki, że jak
już jeden się spuści, to będzie na dole trzymał linę dla tego
drugiego, więc dobrze przynajmniej, że ją przywiązali do
barierki balkonowej. I tak zeszli z 12 piętra, a potem wjechali
na górę windą żeby jeszcze raz zjechać, ale przez ten czas ktoś
zadzwonił po policję, bo myślał że to bandyci wspinają się po
linach, żeby zrobić włam. Przyjechały gady, z bronią i w
kamizelkach, ale byli chyba po cywilnemu, bo jak Matka wyjrzał
przez wizjer po pięciu minutach walenia w drzwi, to pomyślał że
to napad. Wzięli więc z Felkiem maczety i gdy nikogo już nie
było w polu rażenia wizjera, wyszli czujnie się rozglądając na
korytarz z tymi maczetami. Ale gliniarze się schowali i wypadli
na nich z zaskoczenia, przewrócili na ziemię, skuli kajdankami i
przystawili lufy do pleców. Chyba to Matki nie zaskoczyło, już
nie raz go skuwano.
      
Tak, pamiętam te maczety, mówi Dżaba poprawiając się w wąskiej
ławce i sięgając po szklankę z piwem. Kiedyś poszliśmy z tymi
maczetami do sklepu nocnego po wódkę i papierosy, te rejony były
słynne z nieciekawych klimatów nocnych, można było, specjalnie
się nie starając, dostać w zęby, albo nawet kosą. Kiedyś
siedziałem wieczorem na przystanku przy rondzie, czekając na
ostatni tramwaj jadący na drugą stronę rzeki, a może raczej na
pierwszą, bo tam gdzie siedziałem, była z definicji druga
strona, i nagle podeszło do mnie dwóch gości. Jeden wyglądał na
pewniejszego, zdeterminowanego, drugi trzymał się z tyłu,
niepewnie się rozglądając, może pierwszy raz był na robocie. Ten
ważniejszy wyjął zza pasa schowaną za połą marynarki wielką
kosę. Powiedział, żebym oddawał wszystko, co mam przy sobie. A
ja nie miałem nic - zegarka, pieniędzy, papierosów. Nawet fajek
nie masz, zdziwił się ten gość i poczęstował mnie marlborasem.
Przypalił mi nawet złotą zippo, pewnie zdobyczną.
      
Dżaba pamięta. Najbardziej pamięta uchwycone w fotograficzną
klatkę nieistotne chwile i obrazy. Ze szkoły pamięta piosenki.
Jesienią, gdy szkoła się rozpędzała niczym stutonowy wagon
pociągu pancernego, śpiewano melancholijną piosenkę jesienną:
           w listopadzie, w polu w sadzie
           cicho szaro mgliście
           a po lesie wicher niesie
           szaro żółte liście
      
To była wyjątkowo smutna piosenka. Słyszał ją najczęściej w
toalecie na parterze, i za oknem chyba naprawdę był listopad.
Gdy wrócił do tej szkoły po dwudziestu latach, wszedł do toalety
na parterze i okazało się, że nic nie uległo zmianie, prócz
zmiany proporcji, bo pisuary okazały się teraz być zbyt nisko,
ale panował dokładnie ten sam zapach środka odkażającego. Przez
dwadzieścia lat nie zmienił się środek odkażający, choć przecież
telewizyjne reklamy wciąż pokazują nowe osiągnięcia w tej
dziedzinie. A więc czas potrafi stanąć w miejscu, zrozumiał.
      
Była też wesoła piosenka. Śpiewano ją na zakończenie roku
szkolnego na uroczystej akademi:
           lato pachnące miętą
           lato koloru malin
           lato zielonych lasów
           lato kukułek i czajek
      
Ta piosenka była przyjemniejsza, choć z jej zapamiętaniem nie
wiązał się tak wyraźny, sensualny, bo zapachowy element. W
zatłoczonej sali gimnastycznej pachniało raczej potem niż miętą.
Za miętą nie przepadał. Pił jednak w upały zimną miętę, a
później, w czasach szkoły średniej, napój jabłkowo-miętowy. Tego
lata ekstremalne upały przekroczyły granice zakreślone datami
sprzed kilkudziesięciu lat, bijąc wszelkie rekordy. Ogromna
ilość zgonów spowodowanych wysoką temperaturą, wryła się
przerażającą liczbą w statystyczne tabele i rodzinne podania,
niczym nalot morowego powietrza, upamiętniany w średniowiecznych
kronikach. Gdy stał nad za niskim pisuarem, właśnie za oknem
rozpoczynało się to lato, które miało zapisać się w annałach,
choć przecież każde kolejne lato, od conajmniej dekady, było
najgorętszym, a ilość straszliwych katastrof i coraz
wymyślniejsze i bardziej przerażające zbrodnie, powodowały, że
tak naprawdę nic nie zostawało w pamięci na dłużej. Więc zapewne
to lato również da się zapomnieć, gdy przyjdą jeszcze
straszliwsze upały, a opuszczające się powoli, jak na
niewidzialnej linie, słońce zawiśnie nad głowami mieszkańców
przeklętych miast, niczym miecz Damoklesa. Stojąc nad za nisko
zaczepionym ściany pisuarem, spoglądał przez okno, za którym, co
być może nawet trochę go zaskoczyło, wcale nie rysował się
jesienny krajobraz jak w piosence, nie słychać było szczekania
psa (ani krakania wron), szara mgła ani dym z palenisk nie
zasnuwały perspektywy. Nie było to ciągnące się aż po horyzont
pole z wbitymi w nie, jak pokraczne rakiety, gołymi wierzbami.
Był za to dokładnie ten sam krajobraz, jaki widział dwadzieścia
lat wcześniej, z tym, że w dawnym przedszkolu była teraz
prywatna szkoła handlowa. Tak oto znikają nasze ślady,
zrozumiał, ktoś bardzo precyzyjnie je za nami zaciera, wymazuje
dane z pamięci, kiedyś ktoś się zdziwi - przecież tu nigdy nie
było żadnego przedszkola, nie było żadnej szkoły, nisko
zawieszonych pisuarów, nikt nie słyszał tu nigdy piosenek o
listopadzie, ani zapachu mięty.
      
Zapach środka odkażającego działał na niego stymulująco,
znajomo brzmiało rzępolenie skrzypiec i pojedyncze uderzenia w
klawiaturę pianina, dochodzące z pierwszego piętra. Dźwięki i
obrazy uzupełnione wrażeniami węchowymi układały się w
jednorodną doskonałą mozaikę. Miał przed oczami idealną całość,
jedność złożoną z wielości, cały film, klatka po klatce,
zatrzymane w kadrze dobrze znane miejsca, ale bez ludzi. Jeżeli
to prawda, że tuż przed śmiercią przed oczami przewija nam się z
zawrotną szybkością film z całym naszym życiem, to znaczy że
nieustająco umieramy. Dżaba przechowywał w pamięci, niczym w
kartonowym pudełku, zdjęcia, pojedyncze klatki z tego filmu. A
czas mijał i mijał i mijał. Wiatr na przemian wzmagał się i
nieruchomiał, a wraz z nim wpół słowa zamierali ludzie. Liście
opadały z drzew, leżały na ulicach, gniły w kałużach, a potem na
te drzewa, jak w odwrotnym filmie, powracały. Dżaba zauważył, że
minął czas karnawału i rozpoczął się czas postu. Po raz pierwszy
od kilku lat sięgnął po Feline Stranglersów. Słuchał tej płyty
wdychając powietrze, jakie tej nocy było w jadłospisie. Uważał
ją za jedną z najpiękniejszych w historii muzyki. Kiedyś słuchał
jej często, ale cóż, czasy sentymentalne przecież minęły. Czyż
mogą być jednak piękniejsze piosenki na gorące lepkie noce, niż
właśnie Midnight Summer Dream albo Europen Female? Potem do
ukochanych płyt powracał coraz rzadziej, miał zwyczaj nowy
nabytek wyciskać do ostatniego dźwięku, słuchając przez kilka
dni, a potem odstawiał na półkę, by nie wracać do niego więcej,
co najwyżej raz na rok, zazwyczaj tylko po to, by poprzestać na
przypomnieniu sobie jednej, może dwóch piosenek. Stąd też wiele
epokowych dokonań muzycznych pokrywało się kurzem (Dżaba raz w
tygodniu przejeżdzał po nich kolorową syntetyczną kitą,
ściągającą ten kompromitujący ślad zapomnienia), a wśród nich
znaleźć można było artystów, do których już zupełnie nie wracał,
takich jak Joy Divison.
      
No, nie, mówi Kudłaty, wolę pojechać sobie nad jezioro, tam,
gdzie jeżdżą Hipolity, i wynająć jakąś małą żaglówkę, niż znowu
dawać banię z Matką nad Soliną. Dzicz, chcę się zaszyć w dziczy,
powtarzał Matka, urwać się z miasta, łono natury, te rzeczy. A
potem trzy dni przesiedział w najgorszej spelunie nad zalewem,
trzeba go było wyrzucić z łódki, bo by nas zatopił, taki był
upalony trawą, zębami usiłował otworzyć puszkę z mięsem. Dżaba,
dlaczego mi nie powiedziałeś, że wyjeżdżasz, pojechał bym z
tobą. Wierna żona, mówi Dżaba, szkoda, że nie budzę się co rano
z Kudłatym u boku, tego by brakowało. A z kim się budzisz? Z
moim psem, powiedział Dżaba, kobiety nie dają się już uwodzić,
bo pościel przesiąknęłą zapachem psiej sierści, zresztą i tak
nie bardzo mam na to ochotę, wolę sobie poczytać jakiegoś
amerykańskiego neoawangardzistę, posłuchać Dead Can Dance, a w
sobotę pograć z chłopakami w piłkę, to rozładowuje napięcie.
Chociaż sam nie wiem, jak się mają do siebie Podwójna wibracja
Federmana i Within the Realm of a Dying Sun, albo Rozgadany o
kiepskim życiu blues Sukenicka z Into the Labirynth.
Spiritchaser było dla mnie w każdym razie dużym rozczarowaniem.
Zastanawialiśmy się z Dyziem (przegrywając u niego w domu Soup
Dragons i The Verve), którą drogą pójdą tym razem tańczące
nieboszczyki, tą średniowieczną, którą przyznam szczerze,
bardziej sobie cenię, czy też tą bałkańską. A oni, jak to bywa,
poszli trzecią, i nagrali koniukturalnie jakąś płytę world
music, etniczną, i to w dodatku nieszczerą. Dobra, Song of the
Dispossessed jest piękną piosenką, może właśnie dlatego, że
śpiewa tam Perry, to jego głos był zawsze paraliżujący, ale to
piosenka, a nie Pieśn.
      
Wolę na nie patrzeć, obwąchiwać je w tramwajach, nawet nie chcę
dotykać, wrócił do mówienia o kobietach Dżaba. Tacy goście z
czasem stają się maniakalnymi seryjnymi mordercami, zauważył
Hipolit, który pamiętał zbyt wyraźnie zajęcia z kryminologii.
Byłeś na sekcji, spytał się Dżaba, podnosząc szklankę do ust.
Nigdy nie zapomnę tego smrodu, odpowiedział sięgając po
papierosa, robi mi się niedobrze, gdy pomyślę, że sami tak
będziemy kiedyś śmierdzieć. No, chyba że damy się spalić, albo
zdematerializujemy się, albo wessie nas jakaś czarna dziura.
Będzie ci to zupełnie obojętne, powiedziała jego żona, w dodatku
nie będziesz wtedy ze mną, więc możesz śmierdzieć do woli, ale w
domu masz być zawsze czysty i pachnący. Chodźmy gdzieś na kawę,
powiedział Kudłaty, do jakiejś kawiarni, no, dopijcie to piwo i
chodźcie, nie chce mi się już tutaj siedzieć. Dobra, dobra, bo
jesteś samochodem i nie pijesz piwa. O Jezu, przecież nie chodzi
o piwo, gdybym chciał się napić piwa, to bym sobie po prostu
kupił cały karton i wyżłopał go przed telewizorem, oglądając
pornosy albo mecze piłkarskie. Szczególnie wtedy, gdy w dupę
dostają Włosi. O jak się cieszyłem, gdy odpadli w mistrzostwach
Europy po remisie z Niemcami, co przecież wcale nie znaczy, że
chciałem żeby wygrali Niemcy. Trzy-trzy Czechów z Rosjanami
spowodowało w każdym razie, że Włosi nie wyszli z grupy!
Podobnie odpadli najsłabsi w turnieju Turcy, którzy przegrali
sromotnie trzy do kółka z Duńczykami, mimo kilku fantastycznych
strzałów z dystansu Mehmeda Ali Agcy. Poprzedniego dnia Angole
spuścili totalny wpierdol Holendrom, ale w świetle klęski tych
narcystycznych włoskich symulantów, nawet to nic nie znaczyło.
Wiecie, że oni przywieźli ze sobą całe gabinety kosmetyczne,
najnowocześniejsze na świecie suszarki, wyobrażacie sobie? Może
robili sobie po meczach liftingi, albo zdejmowali operacyjnie
nadmiar tłuszczyku? Pedały jakieś, kurwa, czy co? Jak graliśmy u
nas na podwórku, to nie było miejsca na symulowanie, bo nie było
sędziego. Nie było przed kim udawać, żadnej ściemy, uczciwa
sprawa. Graliśmy na ubitej ziemi, trawa była tylko po bokach,
więc biegaliśmy w nieopadającym tumanie kurzu. Jak wróciłem do
domu i spojrzałem w lustro, to aż mi się siebie żal zrobiło. I
po co to wszystko, pomyślałem, zwłaszcza, że ból w pachwinie nie
ustępował potem przez dwa dni, i jak chodziłem to kulałem.
Kulałem udając się do sklepu po wodę mineralną, i kulałem w
"Plastykach" idąc do bufetu po piwo. Nawet jak leżałem na łóżku,
słuchając Maleńczuka, to też mnie bolało, a ból promieniował na
całą nogę. To jest ten osławiony ból egzystencji, zrozumiałem,
wtedy jak cię napierdala w pachwinie. No dobra, ale co to za
zestaw - Dead Can Dance i Maleńczuk? pada pytanie. Maleńczuk
jest wielki, możecie to sobie zapisać gdzieś, żebyście nie
zapomnieli. W Krakowie, zamieszkawszy w kuchni Świetlika,
zaopatrzony w plan miasta, kazałem się prowadzić śladem piosenek
Maleńczuka. Wszystko się zgadza, są takie knajpy, są tacy
ludzie. Widzisz Kudłaty, gdybyś nagrywał piosenki o nas, to też
może by coś z tego wyszło, jakaś legenda by się wytworzyła i
mutowała się przez kolejne lata, a ty co? Ubezpieczenia, gry
komputerowe, wideo z dupami. Niedługo zagubisz się w labiryncie
wirtualnych burdeli. A ja wracam wczoraj wieczorem do domu,
patrzę, a tu jakieś zbiegowisko na ulicy, tłum stoi, mruczy i
patrzy w górę, gestykulując żywo i chaotycznie. Myślałem, że to
znowu się objawiła Matka Boska, ale okazało się, że to jakaś
papuga uciekła z domu i zagnieździła się na drzewie. Próbowali
ją ściągnąć, siedząc w koszu na wysięgniku, strażacy, ale ona,
jak tylko się zbliżyli, od razu przeskakiwała na inną gałąź,
strasznie przy tym kracząc. A wielka była zajebiście, chyba z
metr wzrostu i półtora metra rozpiętości skrzydeł, jak orzeł
albo kondor. Paskudna, cała czerwona, i taka jakaś nieprzyjemna
na twarzy, dziub przykurwisty, oczy wyłupiaste, i krakała, jak
wrona, jak całe stado wron w listopadzie. A na dole stali jej
właściciele i rwali sobie włosy z głowy, bo to strasznie drogie
ptaszydło, za pięć tysięcy. Trzeba mieć nasrane, żeby sobie
kupować pierdolniętą papugę za pięć kawałków, która może ci w
każdej chwili ucieć albo zdechnąć. Ja tam wolę psy. No tak, to
prawda, kąsają mnie ostanio pchły, które mój pies przywlókł ze
wsi. Pogryzły mnie małe kurwy, aż się budziłem w nocy, czując
jak mnie nakłuwają. Całą pościel mam zapchloną, bo dzielę z psem
łóżko. Trzeba być pierdolniętym, żeby spać z psem? Nie, przecież
ja nie śpię z psem, mój pies nie cierpi ścisku, podobnie jak ja,
więc śpimy na zmianę, ale on często się iska w mojej pościeli,
więc te, których nie zagryzł, potem mnie gryzą, oszaleć można.
      
Oszaleć z tobą można, mówi Lewy, kiedy udaje mi się wymigać z
sobotniego meczu. Lewy myśli tylko o tym, mówi jego żona, już od
niedzieli czeka na sobotnie popołudnie, żeby pograć z chłopakami
w piłkę, to jego życie, ja z nim chyba oszaleję. Kompletne
szaleństwo, mówię wam chłopaki, takie dni zdarzają się raz na
milion lat, takich chwil się nie zapomina, a w ogóle co się
tutaj działo, przez ten czas, jak mnie nie było? Podobno pogoda
kompletnie się załamała, cały lipiec deszcz i wiatr, morze
wzburzone, nad łanami zboża ciężko wiszą czarno-granatowe
chmury. Kaczor właśnie wrócił znad morza z żoną i dziećmi, nie
wytrzymali meteorologicznego terroru, twarze mają napięte
bezsilną złością, choć Kaczego twarz zradza pewne oznaki
opalenizny. To od wiatru, mówi jego żona. Ach, więc Kaczy jest
po prostu ogorzały, niczym stary rybak, już i tak jego twarz
powoli zaczynają drążyć mikroskopijne korniki czasu. I nie było
tańców na plaży, gorących dni i upojnych nocy z muzyką, jak
sobie obiecywaliście. Gdy dzieci miały spać spokojnie, w was
miały odzywać się, zgodnie z planem, stare instynkty.
      
Powienienieś sobie transplantować mózg, bo masz go chyba nie w
głowie, ale w główce na przyrodzeniu, mówi Lewy wściekły, że
Dżaba nieudolnie miga się od kolejnego sobotniego meczu,
wymawiając się rosnącą, jak zeznaje, temperaturą jego ciała.
Dobra, wezmę aspirynę i pojadę, ale będę stał na bramce. No,
masz szczęście, mówi Lewy, odwołując nie obwieszczony jeszcze
wyrok na Dżabę. Kompletnie zwariował na punkcie tych meczów, to
cała jego rozrywka, usprawiedliwia go żona, a Dżaba obiecuje
sobie nie żenić się, choć czasami przyznaje się do tego, że
chciałby mieć dziecko. Dobra, dobra, mówię Lewemu, już
rozpoznaję go nawet po dźwięku mojego telefonu, po prostu wiem,
że to on. W porządku zagram, potakuję, bardzo chętnie, czuję że
zaczyna mnie pokrywać jakiś dziwny lakier krępujący mi ruchy,
sztywnieję, muszę się rozciągnąć. Robię to przede wszystkim dla
dobra psychiki. Fizyczne zmęczenie pomaga po całym tygodniu
siedzenia przy biurku, względnie czytania na leżąco. Ale
rozumiem Dżabę, sam przeleżałem pół zimy, walcząc z temperaturą
oscylującą w okolicach 39 stopni, zastanawiając się, jakie będą
ewentualne powikłania tej grypy. Czy raczej będzie to zapalenie
opon mózgowych, czy też, o nie, tylko nie to!, zapalenie mięśnia
sercowego, w przypadku którego śmiertelność wynosi 50%. Więc
mierzę sobie puls, który według podręcznika, w przypadku tego
schorzenia ma być zwolniony, i wyraźnie czuję, że on mi zanika,
i wiem już prawie na pewno. Jeżeli jednak nie zapalenie mięśnia
sercowego, to na pewno jakieś powikłania z oskrzelami, moje
rzężenie i gwizd, gdy wciągam głęboko powietrze słychać chyba
trzy piętra w dół i w górę. Funduję więc sobie inhalacje wodne,
czując, zamknięty za pomocą ręcznika w wielkim garze z
wrzątkiem, jak parzy mi skórę. Tamta zima, a wraz z nią choroba,
będą mi się kojarzyły z płytą Life The Cardigans, osobliwie zaś
z piosenką Sick And Tired, do której przywiązuję się na pewien
czas bardzo mocno, co jednak nie zmienia generalnie mojego
niechętnego stosunku do muzyki szwedzkiej. Oczywiście, nade
wszystko jestem zachwycony płytą Great Blondino Stakka Bo. Ale
jeśli chodzi o Szwecję to tyle. Lewy już nie słucha muzyki,
wystarczy mu to, co usłyszy w radiu. Dajesz sobie wciskać kit,
mówię, jakieś plastikowe tandety, muzyczną oranżadkę w proszku.
Wściekam się pamiętając, że to właśnie Lewy miał kiedyś bogatą
punkową płytotekę w domu, a teraz dał się skazać bez oporu na
radiowe playlisty. Wszędzie pachnie zdradą. No i ta pogoda, co
się dzieje, czy ktoś wie naprawdę, co się dzieje?
      
Tymczasem, nie klnąc raczej, w przeciwieństwie do większości,
na pogodę, Dżaba słucha The Pogues i wczuwa się w niepowtarzalny
klimat ich piosenek. W pewnym momencie zwycięża w nim pragnienie
tworzenia tekstów do muzyki wykonywanej przez tę grupę, stąd też
wyraźnie inspirowany poetyką Shane'a McGowana fragment liryczny,
którzy tworzy się w jego głowie, a następnie spływa na papier w
postaci lekko grafomańskiej, pod roboczym jak na razie tytułem:
SŁUCHAJĄC THE POGUES I WCZUWAJĄC SIĘ W KLIMAT
      
Wiatry wieją jak szalone. Idziemy w deszczowe popołudnia przez
ulice wymyślonych miast. Epoki wirują między naszymi palcami,
pory roku zmieniają się częściej niż dni tygodnia.
      
Refren: Żegnajcie, żegnajcie. Dziś wyruszamy w światy, których
nie ma na żadnych mapach. Poznać tajemnice kosmosu i smak
orientalnych kobiet.
      
Kończą się nasze życia, wybuchają planety, na których
wzrastaliśmy. Nasze matki starzeja się i brzydną. Trzeba
spakować bagaże, w portach czekają już statki.
      
Gdzieś zniknęły dawne pijaństwa, starzy kumple i kochanki młode.
Wyblakły zdjęcia i ucichła muzyka.
      
Są jeszcze miejca, gdzie czekają na nas. Kolorowe smoki i
jadowite rośliny. Spienione wody wymyślonych mórz. Atlantydy i
Antarktydy, niezbadane gąszcza, niezdobyte góry.
      
Refren: Żegnajcie, żegnajcie. Dziś wyruszamy w światy, których
nie ma na żadnych mapach. Nie wrócimy stamtąd nigdy, więc
popatrzcie na nas ostatni raz.
      
Są jeszczcze miejsca, gdzie nas nie było, owoce, których nie
jedliśmy, potwory, których nie pokonaliśmy, ludzie, którzy nas
nie widzieli i nie pokochali.
      
Od Macao do Acapulco, od Hawany do Sewilii. Zobaczymy dziwy
natury i bogów wchodzących na wysokie skały. Przez cieśniny i
podziemne oceany, połaskoczemy od dołu Europę i Afrykę. Tysiące
lat w portowych barach i ramionach tanich dziwek, uciekając
przed śmiercią, biegnącą do nas po falach zimnych wód.
      
Refren: Żegnajcie, żegnajcie. Dziś wyruszamy w światy, których
nie ma na żadnych mapach. Wypijmy za zdrowie starych kumpli, a
potem uśpi nas kołysanie łodzi na czarnych wodach mitycznej
rzeki.
      
Na naszych trupach wyrosną chwasty i dzikie kwiaty, zgniją wraz
z ciałem barwne tatuaże. Znikną po nas ślady, znikną z ziemi
miasta, Barcelony i Paryże, pachnące ogrody i wrzosowiska,
znikną tajemne księgi.
      
W ten oto sposób Dżaba dołącza do niepoliczalnej rzeszy
kreślących nieporadnie teksty autorów, o których mówi się, że
piszą. Dżaba wierzy w (i widzi) moc tajemną promocji, ufa więc,
że kiedyś (choć skończył się przecież czas Norwidów) zostanie
dostrzeżony i wylansowany, jak na artystę przystało. Mało tego,
pewnego czasu razem z Pawikiem zaczynają szkicować zarysy
powieści kultowej, która ma dokonać rewolucji mentalnej w
umysłach rozkwitających, kwitnących i przekwitających pokoleń
literackich, zarówno poprzez warstwę narracyjno-skandalizującą,
jak też formalną, bo zauważamy przecież wszyscy wyraźną
dyskryminację literatury poszukującej. Powieść rozpoczyna się w
Skierniewicach, gdzie mieszka poeta Foks, który codziennie
dojeżdza stamtąd do nieodległego (45 minut pociągiem
pośpiesznym, do którego wskakuje zawsze w ostatniej chwili,
przez moment zatrzymując się na stopniach, zanim zamknie za sobą
drzwi) Nowego Jorku. Tamże pracuje w barze fastfoodowym, gdzie
kroi ogórki podług słynnego skierniewickiego sznytu. I chociaż w
jego pracy jest bardzo duża rotacja i co jakiś czas płacz
zbliżający się od strony zaplecza i kulminujący się w krótki
atak histerii, oznajmia kolejne zwolnienie młodej pracownicy, to
Darek Foks nie zostaje zwolniony, ponieważ kierownictwo bardzo
sobie ceni jego umiejętność krojenia ogórków. Pewnego dnia do
baru, w którym pracuje Foks, wchodzi w ezoterycznej poświacie
sama Manuela Gretkowska i zamawia gulasz z serc, który ma jej
dać szamańską siłę do tworzenia kolejnych arcydzieł. Jednakowoż
okazuje się że bar, w którym pracuje Foks, nie prowadzi gulaszu
z serc, co więcej, jako amerykański bar w sercu Nowego Jorku
proponuje jedynie hamburgery, cheesburgery, frytki i sałatkę z
białej kapusty oraz ciastko "Independent Day Pie". Przez
uchylone drzwi z zaplecza, Darek Foks obserwuje jak Manuela
Gretkowska opuszcza lokal, i przez chwilę się waha, lecz nie
starcza mu odwagi by za nią wybiec. Z jeszcze większym zacięciem
kroi kolejną partię ogórków. Wróci więc sam, ostatnim pociągiem
do Skierniewic i wieczór spędzi samotnie czytając Ashbery'ego.
      
Tak miał wyglądać początek powieści Dżaby i Pawika, jednakże
lenistwo, niezgranie terminów, a przede wszystkim, jak się
wydaje, strach przed ewentualnymi procesami sądowymi i kąśliwymi
recenzjami w prasie branżowej powoduje zaniechanie tego pomysłu.
      
Dżaba źle śpi tej nocy, choć okno ma szeroko otwarte, by dopływ
świeżego powietrza chłodził pokój, w którym, mimo częstego
wietrzenia i spryskiwania odświeżaczem cytrynowym, panuje dziwny
zaduch. Dżabie śni się spacer po wielkim cmentarzu w ogromnym
lesie, w którym nagrobki wyrastają ze ściółki, jak kapelusze
grzybów, więc co jakiś czas się o nie potyka. Budzi się
chwytając płytko i pazernie powietrze, usiłuje wyrównać oddech,
by uspokoiło się tętno, idzie do kuchni, gdzie wypija pół dużej
butelki wody mineralnej i patrzy na zegar. Trzecia z minutami,
najgorsza pora, jasno zacznie się robić dopiero za dwie godziny,
dobrze chociaż że to nie jesień, gdy o siódmej jest jeszcze
ciemno. Wraca do łóżka, kładzie się w wilgotnej od potu
pościeli, ciężko wzdycha, ale oddech, jak zauważa, ma już
zdecydowanie głębszy, spokojniejszy. Przewraca się na brzuch,
wkłada jedną rękę pod poduszkę, drugą wyrzuca za siebie, tak by
padła bezwładnie wzdłuż boku, w tej pozycji najłatwiej mu
zasnąć. Nie chce nawet zastanawiać się, co mógł oznaczać taki
sen. Stara się nie wierzyć w sny prorocze, choć nie da się
ukryć, podbudowuje go trochę zapewnienie pewnej Cyganki, że
dożyje 92 lat. Myśli, przynajmniej niech będzie 62, już dobrze,
nie chciałbym umierać w churchillowym wieku, srając pod siebie,
nie poznając ludzi, gdy wszyscy przyjaciele i kobiety będą dawno
martwi, a ja bezgranicznie samotny, głuchy, ślepy,
zdziecinniały. Nie będzie się więc zastanawiał czego nadejścia
znakiem miałby być ten spacer po leśnym cmentarzu, tak, jak nie
zastanawiał się, czy wypadający przez dziurę w policzku ogromny
ząb miał być, jak zapewniają znawcy snów, znakiem zbliżającej
się śmierci. Jak przepowiednie indiańskich starców z
południowoamerykańskich powieści. Umrzesz, umrzesz, indiańskie
duchy, klątwy zmarłych, amulety chroniące przed mściwymi
demonami, głosy po nocy, zawodzenia od strony rzeki, znamię na
ciemnej skórze głuchoniemego przybłędy.
      
Dżaby wędrówki po cmentarzach prawdziwych, od tego najbardziej
oczywistego, którego słynną paryską nazwą sygnują swoje wiersze
co poniektórzy poeci, i na którym zbierają się wyznawcy kultu
martwych idoli, poprzez mały, na skraju lasu, nieopodal jeziora,
cmetarz Mazurów z drugiej połowy XIX wieku, o których mogiły
nikt już się nigdy nie upomni, zwłaszcza że nie zginęli w żadnej
hekatombie, ale po prostu umierali często, bo okolica jak
powiadano, była dziwnie chorobotwórcza. Odwiedzał też inne
cmentarze, jak ten ewangelicki przykościelny, mały i zadbany, na
holenderskiej wyspie Texel, po którym krążył w sierpniowe
popołudnie nastawiając obiektyw aparatu fotograficznego, żeby
uchwycić flamandzkie nazwiska na podobnych do siebie płytach,
ale błąd niewpranej ręki nie przywykłej do obsługiwania
delikatnego, skomplkowanego aparatu spowodował, że nie potrafił
już zdecydować się, czy na rozmazanym zdjęciu widnieje nazwisko
Koorn czy Hoorn, albo czy Boom czy Boch.
      
Jakież podłoże musiały mieć te żałosne śpiewy na Młocinach, gdy
w zupełnie inny sierpniowy sobotni wieczór urządzili ognisko w
miejscu, w którym legalnie urządza się ogniska, zaopatrując się
w drewno nie na chronionych prawem wydmach, lecz na wielkim
stosie gałęzi wcześniej odciętych z drzew na ulicach miasta i
przywiezionych tam przez odpowiednie służby miejskie. Kilka
stanowisk na paleniska, gdzieniegdzie grille, samochody stoją w
równym rzędzie jak zdyscyplinowane konie kowbojów przed
saloonem, piwa jest w sam raz, zwłaszcza że połowa nie pije, bo
prowadzi, za to kiełbasy naliczono pięć kilo, a ci obok, którzy
z samochodowego magnetofonu puszczają na cały regulator jakieś
gówniane dyskotekowe przeboje lata, częstują jeszcze świeżutką,
soczystą smażoną polędwicą. Z najdalej położonego ogniska
dochodzą kobiece śpiewy wyciągające na wysokich tonach Rezerwę,
co budzi uzasadnione podejrzenia, ale nawet nikomu nie chce się
tam podejść, zwłaszcza że wszyscy są z żonami, względnie
oficjalnymi kochankami, więc po co się fatygować. I wtedy
chłopaki też zaczynają śpiewać, na dobrą sprawę na trzeźwo, bo
tylko Kaczor i Hipolit są lekko trafieni, wszystkim za to już
nie mieści się kiełbasa. No tak, nie mogło się bez tego obejść,
wiecie, jakieś pieśni słowiańskie, ułańskie, marynarskie. Aż
wreszcie ryczą "Witajcie nasze Serwy kolorowe", a potem
zaczynają wspominać, jak to Mały coś tam zrobił. Ale teraz Mały
nie jest już przecież Mały, tylko DJ Dready, i ma nie piętnaście
lat, ale dwadzieścia trzy, a i chłopaki już niedługo przekroczą
smugę cienia. No tak, wypad do sklepu nocnego po sześć piw, z
których wypite zostają tylko dwa też należy uznać za lekką
żenadę w porównaniu z dawnymi rekordami, choć Lewy przytomnie
tłumaczy: to se ne vrati, nie te lata, a i tak następnego dnia
Kaczor najpierw się porzyga, a potem prześpi cały dzień, a idąc
w poniedziałek do pracy będzie czuł, że umiera między jednym
przystankiem autobusowym a drugim. A Dżaba mówi o pierwszej w
nocy: my już jedziemy, chcę się wyspać. I wsiada do samochodu.
Lubi prowadzić przez puste ulice w sierpniową ciepłą noc.
      
Tymczasem następnego dnia powstaje kolejny projekt powieściowy,
który nigdy nie zostanie wprowadzony w życie. Pawik z Dżabą
siedzą w domu u tego drugiego, pijąc hektolitry wody mineralnej
przegrywają płyty i dochodząc do wniosków. Oto one:
1. Manic Street Preachers to hochsztaplerzy, a przynajmniej
kolesie bez pomysłu muzycznego. Najciekawsze w historii tego
zespołu było zniknięcie gitarzysty Richeya Jamesa.
2. Angielska prasa muzyczna (dla tych co lubią Premier Leauge -
prasa sportowa) jest potężna niczym flota Jej Królewskiej Mości.
Dowód? Wylansowanie Manic Street Preachers.
3. Amerykańska prasa muzyczna jest beznadziejna. Dlaczego? Bo
nie docenia Oasis i uważa że na Wyspach nie dzieje się nic
ciekawego.
4. Trzeba założyć fanklub Britpopu. W lokalu przypominającym
konserwatywny klub można byłoby oglądać teledyski i czytać New
Musical Expres, Melody Marker, Select, Vox i Q oraz wysłuchiwać
czasami gościnnych wykładów np. Jarvisa Cockera (jak się golić),
Bretta Andersona (jak się narkortyzować), Damona Albarna (jak
być postmodernistą)
5. Między Żoliborzem a Dolnym Mokotowem jest różnica czasowa -
pół godziny. Gdy u Kostki dzwonią na szóstą, u Najświętszej
Marii Panny jest dopiero wpół do szóstej. Na tym ma też się
opierać szkielet powieści. W warstwie fabularno-narracyjnej ma
on czerpać z doświadczeń takich tuzów literatury jak: Jules
Verne, Arthur Conan Doyle, Edgar Allan Poe. Ważne są tu też
wrażenia wyniesione przed laty z lektury Edmunda Niziurskiego.
Oto zarys akcji, która ma się rozkręcać i przyśpieszać z akapitu
na akapit, doprowadzając po jakimś czasie czytelników do
pomieszania zmysłów: Jest jesienne przedpołudnie, koło
jedenastej czasu lokalnego. Profesor Pinkerton wraz ze swoim
asystentem, francuskim młodym wolnomyślicielem Alainem, wychodzą
po spożyciu herbaty i rogalików z dżemem i wypaleniu
przedobiedniej dawki tytoniu na spacer, w celu zbadania fenomenu
różnicy czasowej między Żoliborzem a Dolnym Mokotowem. U tych,
którzy pokonują drogę z Żoliborza na Mokotów środkami komunikcji
miejskiej stwierdzono bowiem przypadki choroby czasowej.