Marek Sieprawski
        
     
Z tego co wiem, pech od wieków dziesiątkował moją rodzinę. To,
że przetrwała ona, w mojej osobie, do naszych czasów, jest
wyłącznie jakimś kaprysem losu. Dwóch moich przodków zmarło na
wojnach - od pocisków wystrzelonych przez ich własne wojska.
Dziadek był jedyną w powiecie śmiertelną ofiarą kolei
wąskotorowej. Prababkę zagryzły szerszenie, a moi Rodzice
dziesięć lat temu wpadli w dziurę czasową i nie wiadomo, gdzie
ich teraz szukać. Co nie znaczy, że nie widujemy się czasami w
różnych specyficznych sytuacjach. Moim prywatnym pechem było to,
że wychowywał mnie stryj Nikodem. Człowiek, którego ukształtował
powojenny zapał budowania nowej ojczyzny. Dla którego każdy
młodzieniec był junakiem gotowym cały swój zapał poświęcić
słusznym, społecznym sprawom.
Kiedy przeszedłem pod opiekę Stryja, miałem lat jedenaście i
teoretycznie mogłem jeszcze zostać jego chlubą. Mnie jednak co
innego chodziło po głowie niż stryjowe pionierskie zasady życia
obywatelskiego. Uczyłem się słabo, pierś miałem zapadłą, a w
spodniach - ciągle dziury na siedzeniu. Poza tym, od wczesnych
lat młodzieńczych, interesowały mnie dziewczyny. Podczas gdy
Stryj, był zaprzysięgłym starym kawalerem.
Mieszkaliśmy w kamienicy przy samym rynku. Kiedyś byłoby to
nobilitacją, teraz wiązało się z popsutą kanalizacją, nie
dogrzanymi pokojami i butwiejącymi po kątach parkietami.
Mieszkanie Stryja zawsze było dla mnie za duże. Najchętniej
odwracałem się do niego plecami i wspierając łokcie na
parapecie, wyglądałem na rynek. Fasady domów wokół były
odnowione. W podcieniach mieściło się kilka sklepów, apteka,
punkt naprawy sprzętu domowego i dwa warsztaty szewskie. Na rogu
przeciwległej ściany rynku znajdował się kościół - starszy od
wszystkich kamienic. Jego smukła wieża górowała nad całym
miastem.
Stryj nie wierzył w Boga, ale kościół bardzo mu się podobał.
Czasem zabierał mnie do niego, by pokazać, jak to kiedyś ludzie
pięknie budowali. Stryj znał się na budowaniu. Po wojnie stawiał
domy, a jego brygada jeździła nawet odbudowywać Warszawę.
W rynku znajdowały się też, przez wiele lat, bar mleczny
"Naleśnik" i kawiarnia "Malinowa". Przychodzili do nich
mieszkańcy śródmieścia, a czasem po lekcjach uczennice z
miejscowych szkół. Bar odwiedzały dziewczyny z wiosek, a
kawiarnię panny miastowe. Lubiłem i jedne i drugie, choć
bardziej podobały mi się te z miasta. Kiedy tylko mogłem,
zachodziłem po szkole na budyń do "Naleśnika" albo na wuzetkę do
"Malinowej". Siadałem sobie gdzieś z boczku i przyglądałem się
dziewczynom. Podsłuchiwałem ich rozmowy. Marzyłem o tym, że
kiedyś z braku miejsca, jakieś dziewczyny dosiądą się do mojego
stolika. Ale niestety, nawet w godzinach szczytu, w obydwu
lokalach, połowa stolików była zawsze wolna. Dwa razy tak się
zdarzyło, że dziewczyny w barze pożyczały ode mnie pieniądze. Na
tym jednak kończył się nasz kontakt.
Chłopcy rzadko zaglądali do tych lokali. Chodzili raczej na
boisko, a jak zgłodnieli, albo chcieli się czegoś napić,
wystarczał im zwykły spożywczy. Mój Stryj wolałby oczywiście,
żebym uganiał się za piłką niż gapił na dziewczyny. Wydając w
dodatku pieniądze, które z powodzeniem mógłbym przeznaczyć na
książki lub ubranie.
Dopóki Stryj pracował, nie miał wpływu na to, co robiłem przed
godziną piętnastą. Niemniej wiedział jak spędzam czas po szkole.
Kilkakrotnie zasiedziałem się w "Naleśniku" czy to w "Malinowej"
i Stryj nakrył mnie tam, wracając do domu. W końcu codziennie
zaglądał po drodze do moich lokali i jeśli mnie w którymś z nich
zastawał, robił mi w domu awantury. Tym sposobem, rzadko kiedy
był u nas spokój.
Stryj nie przyjmował do wiadomości moich wyjaśnień. Jego poglądy
i zasady były staromodne i nieprzejednane. Miałem wówczas
czternaście, piętnaście lat i zdaniem Stryja Nikodema,
powinienem spędzać czas na strzelnicy, jeździć rowerem za
miasto, interesować się modelarstwem, czytać książki przygodowe
o Indianach, ewentualnie należeć do klubu filatelistycznego. Ja
tymczasem byłem odludkiem i poza obserwowaniem ludzi - w
szczególności dziewczyn - niewiele mnie zajmowało. Rodzice
podczas naszych sporadycznych spotkań nie robili mi z tego
powodu wymówek. Stryj natomiast, wielokrotnie dawał mi przykłady
dobrego zachowania. Nie chodziło tu w szczególności o
przestrzeganie jakiegoś tam wielkopańskiego savoir-vivre'u, lecz
o zdrowe, otwarte podchodzenie do życia. Stryja znamionowała
iście antyczna ciekawość świata, ale nie gardził też rozrywką.
Hołdował jednak bardziej proletariackim formom zabawy: lunapark,
cyrk, wesołe miasteczko, potańcówka w rytm walczyka. Przez
ładnych parę lat musiałem towarzyszyć mu w tego typu atrakcjach,
nie mogąc do końca przekonać się do śmieszności klownów,
słodyczy cukrowej waty i emocji związanych z jazdą na karuzeli.
Stryj oczywiście wywnioskował z moich uprzedzeń, że jestem
ofermą, dzieckiem ograniczonym i zblazowanym. Co gorsza, także w
innych dziedzinach życia preferowanych przez niego, nie
wykazywałem zapału ani talentu. Godziny spędzane nad mapami
różnych części świata nie rozpalały mojej wyobraźni. Wręcz
przeciwnie, przyprawiały mnie o ból głowy, połączony z
kompromitującą zaćmą umysłową. Także albumy ze zwierzętami i
słynnymi dziełami sztuki nie potrafiły rozbudzić mej ciekawości.
Co prawda, po latach wysiłków ze strony Stryja, potrafiłem
odróżnić Rembrandta od Rubensa, ale w dalszym ciągu nie podobały
mi się ich obrazy. Nawet te z kobietami. Stryj, wybierając dla
mnie szkołę średnią, postanowił kierować się wyłącznie swoimi
zdolnościami i zainteresowaniami. I była to, poniekąd, słuszna
decyzja.
W trzeciej klasie liceum, po raz pierwszy, tak naprawdę się
zakochałem. Wcześniej, mimo licznych fascynacji, nie miałem
takiej okazji. Po prostu, nie udawało mi się zwrócić na siebie
uwagi żadnej dziewczyny. A bez skromnej choćby zachęty z drugiej
strony nie pozwoliłem sobie na tak śmiałe uczucie. Z Adelą
poznaliśmy się pewnego jesiennego dnia, w "Malinowej". Była
smukłą blondynką o długich włosach i okrągłych, dziecięco
radosnych oczach. W tamtym czasie, chodziła w granatowym
płaszczyku i krótkich spódniczkach lub sukienkach. Nosiła też
często biały beret i długi ciepły szalik w czerwoną kratkę. W
naszym poznaniu niewiele było romantyzmu, ale jak na moje
możliwości i tak było super. Przynajmniej tego pierwszego dnia,
Stryj nie wyprowadził mnie za ucho do domu. Niestety, nie
uczyliśmy się z Adelą w tej samej szkole, przez co, dopóki się
bliżej nie poznaliśmy, mogłem ją spotykać tylko w "Malinowej".
Zarzuciłem tym samym wizyty w "Naleśniku" i jak się okazało,
nigdy już do nich nie powróciłem, jako że nowe czasy przemieniły
go w elegancką pizzerię o nazwie "Pepperoni". Z kolei
"Malinowa", jeszcze w tym samym roku, stała się klasycznym pubem
z winietą Guinessa. Zmienili się wraz z tym bywalcy obydwu
lokali i panujące w nich obyczaje. Popołudniowe życie zostało
zastąpione wieczorno-nocnym, a tego mój Stryj w żaden już sposób
nie mógł zaakceptować. Nie bacząc na moje więzi z Adelą, które z
czasem poważniały, jak mi się wydawało, ze wzmożoną pasją zaczął
tępić moje nawyki i upodobania. Osiągnąwszy samemu wiek
emerytalny, poddał się uczuciu frustracji, spotęgowanej przez
przemiany społeczno-ustrojowe lat ostatnich i bardzo ciężko
znosił zarówno swoją samotność, jak i moje usamodzielnianie się.
Mało było mu zawstydzania mnie w obecności Adeli i innych osób,
przez robienie mi coraz bardziej tragikomicznych scen w pubie.
Postanowił także, nauczyć mnie moresu za pomocą swojej flinty.
Usadawiał się z nią w oknie i mając jak na dłoni, wyjście z
pubu, ostrzeliwał mnie grochem. Wściekałem się na to, choć
Stryj, ani razu nie zadał mi tym sposobem rany. Co najgorsze
jednak, Adeli bardzo się takie coś podobało. Zresztą, jak
twierdziła, gdyby nie mój ekscentryczny kuzyn, który był
postacią dobrze znaną starym i nowym bywalcom pubu, nie
zwróciłaby na mnie uwagi. Interesowałem ją jako zjawisko ludzkie
- kawiarniany odludek, tyranizowany przez starszego pana. Choć
połączyła nas także wspólna pasja obserwowania ludzi. Jakkolwiek
przyznam, że u mnie pasja ta, z czasem, coraz bardziej skupiała
się wokół osoby Adeli. Niestety, bez wzajemności. Pomimo tego,
nasza znajomość okrzepła i gdy wspólnie rozpoczęliśmy studia na
Wydziale Socjologii, zrodziła się we mnie nadzieja, że coś
jednak z tego wyniknie.
Stryj wciąż mnie ostrzeliwał ze swej flinty, nie bacząc na to,
czy jestem sam, czy w towarzystwie Adeli. Parę razy nocowałem na
klatce, bo gdy Stryj nie miał siły dłużej czekać na mnie,
zamykał drzwi na specjalny skobel i kładł się spać.
Adela cały ten czas mieszkała na stancji ale jej gospodynię
interesowało tylko regularne uiszczanie opłat i nic więcej. Z
wyjątkiem tego, że Adela nie mogła oczywiście nikogo do siebie
zapraszać. Zresztą nie wiem, czy chciałaby, żebym na przykład,
nocował u niej w chwilach potrzeby. Gdy spacerowaliśmy czasami
po Starówce, unikała mrocznych ulic, zawieszonych nie zdjętą na
czas bielizną. Trzymała się z dala od bram i furtek prowadzących
w ustronne miejsca. Właściwie przez cztery lata naszej
znajomości, nigdy nie byliśmy, tak naprawdę, sam na sam.
Stryj Nikodem dziwił się wielce, że jakakolwiek dziewczyna ma
ochotę spędzać ze mną czas. Uważał, że trudno o większego
nudziarza ode mnie. Jego zdaniem, nie byłem w stanie poprowadzić
rozmowy na żaden sensowny temat. Początkowo, gdy dowiedział się,
że spotykam się z Adelą, robił mi wykłady na różne tematy, które
powinienem potem poruszać przy Adeli. Opowiadał mi nawet stare
dowcipy o Żydach, którymi miałbym ją niby, zabawiać. Podchodził
do tego równie sumiennie, jak do pilnowania mych obowiązków
uczniowskich. Dopiero, gdy zacząłem studiować, machnął ręką i na
mnie i na Adelę. Z tym, że wciąż strzelał z grochu i mimo
pewnych protestów ze strony współmieszkańców, klientów pubu, czy
sąsiedzkiej pizzerii, nie zamierzał z tego zrezygnować.
Kilkakrotnie próbowałem wykraść Stryjowi jego flintę, ale pomimo
szczerych starań, nie udało mi się odnaleźć miejsca, w którym
ukrywał swą broń.
Jak już wspomniałem, słabo orientowałem się w naszym mieszkaniu,
gdyż większość czasu spędzałem w oknie, wyglądając na rynek.
Kiedyś odbywały się na nim wiece, w środy przychodziły przekupki
ze swymi tobołami. Teraz zjawiało się tu więcej młodzieży, a
miejsce przekupek zajęli drobni handlarze. Raz, czy dwa,
widziałem przez okno Rodziców, w otoczeniu dziwaków na
szczudłach. Ale bez względu na to, co widziałem, nie pociągało
mnie bezpośrednie uczestniczenie w rynkowym życiu. Tak jak to
było na choćby, w przypadku kawiarni.
A poza tym, w ostatnim czasie, winien byłem Stryjowi dłuższe,
niżbym sobie życzył, przesiadywanie w domu. Stryj Nikodem
dziwaczał, pogłębiając mojego życiowego pecha. Do dwudziestych
urodzin starałem się nie narzekać, ale w końcu miarka się
przebrała. Ostatecznie, nie miałem właściwie Rodziców.
Widywaliśmy się wyłącznie we wstydliwych i kompromitujących mnie
chwilach. Biologia mi nie sprzyjała, czego Adela coraz częściej
dawała dowody. Mózg miałem za słaby na skończenie studiów.
Patrzenie na ludzi też niezbyt dobrze mi w sumie robiło. Do tego
dochodził Stryj z flintą na groch, junackim widzeniem świata, a
ostatnio z obsesją terrorysty spiskującego w naszych piwnicach.
Przynajmniej trzy razy na dobę musiałem schodzić ze Stryjem na
dół, by sprawdzić, czy terrorysta nie podkłada gdzieś bobmy.
Stryj wierzył, że w końcu go przyłapiemy i dostaniemy medale za
ofiarność i odwagę. Dziesiątki razy dochodziło na tym tle do
sprzeczek z sąsiadami, których Stryj podejrzewał o spiskowanie.
Kolejne karczemne awantury, doprowadziły mnie do krańcowej
irytacji. W dodatku, raz udało się Stryjowi, przez przypadek,
nakryć jakiegoś złodzieja rowerów i odtąd zarządził dla mnie
stały, godzinny dyżur w piwnicy. Dopiero po odbyciu dyżuru,
mogłem się spotkać z Adelą.
I to podczas jednego z takich samotnych dyżurów, przyszło mi do
głowy rozwiązanie mojego marnego życia. Postanowiłem podzielić
los dużego kiszonego ogórka. Przyglądając się piwnicznym
przetworom, spędzającym smętnie czas na półkach -zjadanym,
pleśniejącym, fermentującym lub zapomnianym, uznałem że moje
życie nie zasługuje na nic lepszego. CZŁOWIEK ZAMARYNOWANY NA
ŚMIERĆ I MARNY LOS LUDZKIEJ MARYNATY! Takie nagłówki mogłyby
pojawić się w prasie, gdy będzie już po wszystkim. Pozostało mi
tylko znaleźć odpowiednio duży słoik i opanować finezyjną sztukę
marynowania mięsa.
Przypuszczałem, że w obu tych sprawach, będę mógł liczyć na
pomoc Adeli. I nie myliłem się. Moja Przyjaciółka była otwarta
na tego typu ekstrawagancje. Powodzenie mojego planu wiązało się
w jej odczuciu z kilkoma co najmniej korzyściami. Po pierwsze,
rozwiązywało problem naszej przyszłości. Żyjąc tak, jak dotąd,
nie pociągnelibyśmy już długo naszego związku. A tak, Adela
lojalnie obiecała wynegocjować ze swoją gospodynią umieszczenie
słoja z mą osobą w jej mieszkaniu. Poza tym, cała ta sprawa
przyniosłaby jej lokalny rozgłos, stanowiąc idealny temat dla
brukowców i plotkarzy. Mój przypadek mógł też posłużyć Adeli za
temat pracy magisterskiej. Stanowiło to wreszcie, samo w sobie,
ciekawy eksperyment, uatrakcyjniający nasze pełne marazmu życie.
Zabraliśmy się zatem wspólnie do działań.
Słoik udało się załatwić w przeciągu tygodnia. W zakamarkach
Starego Miasta pozostało jeszcze trochę sklepów z beztroskiej
epoki handlu czymkolwiek. Zakrętki do naszego gigantycznego
słoja, mogły co prawda budzić pewne zastrzeżenia, ale samo
naczynie było pierwsza klasa. Kupiliśmy od razu dwa zapasowe na
wszelki wypadek.
Gorzej było z kulinarną stroną projektu. Adela wyrwana z domu
rodzinnego, na czas edukacji, nie nabyła zbyt szerokiej wiedzy w
zakresie spraw kuchennych. Wzorując się jednak na dwóch
książkach kucharskich i trzech poradnikach "Domowa Spiżarnia",
udało nam się ustalić procedurę i składniki, właściwe dla
naszego przedsięwzięcia.
Stryj niczego się nie domyślał. Był nawet zadowolony, że spędzam
więcej czasu w piwnicy, przysługując się, jak sądził, dobru
społecznemu. Był to jeden z nielicznych przypadków, kiedy Stryj
Nikodem był ze mnie zadowolony. Ale w końcu odebrałem mu i tę
satysfakcję.
Oto nadszedł bowiem dzień, kiedy przyrządziliśmy z Adelą tyle
zalewy octowej, że wystarczyłoby jej, na dwóch takich jak ja.
Uświadomiliśmy sobie, tak przy okazji, że podczas tych ostatnich
dni, bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Odbyliśmy wreszcie nasze
pierwsze randez vous i naprawdę zrobiło nam się trochę żal, że
to już koniec. Przez te cztery lata, byliśmy sobie, jakby nie
było, najbliższymi ludźmi.
Ze Stryjem, nawet symbolicznie się nie pożegnałem. Nie
zostawiłem mu żadnego listu czy czegoś takiego. Adela miała
poinformować świat o moim zamarynowaniu dopiero dwanaście godzin
po zamknięciu słoja.
Gdy się rozbierałem, ukazując Adeli pierwszy raz swe nagie
ciało, miała łzy w oczach. Mnie też się, jakoś tak, rzewnie
zrobiło. W milczeniu wszedłem na krzesło stojące przy słoju,
przełożyłem nogę przez krawędź naczynia i wskoczyłem do
szklanego wnętrza. Słój wysoki był, prawie na półtora metra.
Żeby się w nim cały zmieścić, musiałem nieco przykucnąć. Gdy
przyjąłem właściwą pozycję, Adela zaczęła wpuszczać do słoja,
lekko ciepłą zalewę z octu. Była naprawdę mocno wzruszona. Gdy
już niemal cały zostałem zalany marynatową polewką, Adela
dźwignąwszy nakrętkę typu "twist", zakręciła ją szczelnie nad
moją głową. Zanim poczułem, że moje ciało zaczyna się marynować,
ona nieoczekiwanie zrzuciła z siebie sukienkę. Następnie pozbyła
się pozostałej części garderoby i zbliżyła do jednego z
zapasowych słoi. Serce we mnie zamarło, a gdzieś tam tam w dole,
poczułem konwulsyjne wzruszenie swej męskości. Naga Adela,
płacząc, napełniła słój octową polewką. Zacząłem bezradnie
szamotać się w swym naczyniu, chcąc odwieść ją od jakże
tragicznego zamiaru. Ona jednak nie zwracała na mnie uwagi. Nasz
wzrok spotkał się z sobą, dopiero gdy i nad Adelą zamknęło się
twistowe wieko. Słabo było zakręcone i nie wróżyło dobrego
zamarynowania, ale dla mnie nie miało to już żadnego znaczenia.
Zmieniwszy wymiar i czas, dowiedziałem się od swoich rodziców,
że wieść o naszym czynie obiegła całe miasto, a ludzie mówili o
nas, bez cienia ironii - Romeo i Julia.