Marcin Wroński
        
z Opowieści do trolejbusu
      
Dzień dobry! Bardzo się cieszę, że jadą Państwo tym samym
trolejbusem. Znam wiele prawdziwych historii i mnóstwo
uciesznych dykteryjek. Mogę coś opowiedzieć, podróż szybciej
zleci. Pytacie, kim jestem? Ano nikim szczególnym. To chyba wam
nie przeszkadza? Kto nie chce, może nie słuchać. Milszy mi
pantofelek od ciebie, ty skurwysynie - jak mówi poeta.
      
Prawdziwa historia, którą dziś opowiem, zdarzyła się całkiem
niedawno, najdalej w zeszłym roku. Nie! Było to dwa lata temu
tuż przed końcem owej uroczej pory, kiedy przez cienkie ubrania
kobiet widać wyraźnie zarysy piersi i pośladków. Pot przykleja
materiał do ciała, nogi zakładają się na nogi, tylko wiecheć pod
pachą może psuć obraz całości. Dzień był równie ładny jak
dzisiaj, niestety, zabrakło mi pieniędzy i całkiem zdesperowany
za marne pół litra sprzedałem diabłu duszę. Nie wiedząc, co z
sobą począć, wybrałem się na przystanek trolejbusów, a kiedy już
tam byłem, myśl mi przyszła zbawienna: Iwana Niedoruchina
odwiedzić. O pożyczkę można poprosić.
      
Dojeżdżałem już do ulicy Serdecznej - tam Niedoruchin zajmował
niewielki domek, kiedy do trolejbusu wsiadł dziwnie znajomy
mężczyzna. Chciałem mu się ukłonić, lecz tamten zrobił to
pierwszy:
      
- Dzień dobry panu. Bileciki do kontroli!
      
- Bilet? Nie mam, proszę pana - zacząłem tłumaczyć. - Jadę do
przyjaciela, żeby pożyczyć pieniędzy. Skąd ja mogę mieć bilet,
skoro jestem bez grosza?
      
- Poproszę dokumenty - kanar stanął nade mną. - Pan pił już coś
dzisiaj? Tak, czy nie, odpowiedzieć!
      
- Piłem, piłem ciupinkę. Pan się naprawdę czepia! Nie mógłbym
żebrać na trzeźwo. Co na to ma godność człowiecza? Mam tylko
butelkę wódki, aby nie z pustymi rękami.
      
- To pokaż pan tę flaszkę! O, niepełna, niepełna.
      
- Odrobinkę upiłem, ale naprawdę niewiele. A wie pan, to bardzo
miło, że tak się nam dobrze rozmawia!
      
Kanar popatrzył podejrzliwie i kazał mi wysiadać. Na szczęście
była to już Serdeczna z jej wonią gnojowicy.
      
- Pokaż pan - siegnął łapą i zabrał mi butelkę. - Chyba ujdzie -
powiedział obwąchując zawartość.
      
- Rozumiem pańską ostrożność. To konieczne przy podróżach.
Ludzie raczej są dobrzy, ale, wie pan, czort nie śpi! Jeden z
moich przyjaciół, chociaż ma zwyczaj wsiadać w byle jaki
trolejbus i jechać, póki przystanki się nie skończą, to jednak
zawsze zabiera papierosy, zapałki i parę innych drobiazgów
niezbędnych do przeżycia.
      
Trolejbus już odjechał, zostaliśmy sami. Kanar stanął na środku
paskudnie kurzastej drogi, a ja to go z lewej, to z prawej, by
chaps! - złapać flaszkę i uciec. Wtem kontroler zaśmiał się
dziko, okropnie, śmignął w bok, w tuman kurzu, na pięcie się
bydlak zakręcił. Wiedziałem już - losie! mój losie! - do kogo
był taki podobny! Że też diabli przebiegli dwa razy mi duszę
zabrali! Raz prywatną mą eteryczną, potem zaś płynną butelkowaną.
      
Znużony i bez nadziei poszedłem do domku Iwana. Niedoruchin
siedział na ganku, drzemał.
      
- Dzień dobry, drużka, dzień dobry. Chciałbym cię prosić o
pożyczkę.
      
- Nie dosłyszałem - powiedział Iwan. - Czegóż to życzyć mi
chciałbyś?
      
- O pożyczkę chciałem cię prosić. Jak przyjaciela, jak brata.
      
- Siadaj, herbaty ci zrobię, ale nie mam pieniędzy.
      
- Masz, dlaczego kłamiesz? Tyś brat-Słowianin, czy Jewriej?
Wódkę dla ciebie wiozłem, ale diabli ją wzięli.
      
- Chcesz herbaty, czy nie chcesz? Jak nie chcesz, to wynoś się!
      
Iwan Niedoruchin zaprowadził mnie do kuchni, posadził za stołem
na taborecie, sam wyszedł do sieni po wodę.
      
- Iwan - poprosiłem raz jeszcze, gdy wrócił już z pełnym
czajnikiem. - Przecież jesteśmy przyjaciółmi!
      
- Czy ja wyglądam na głupiego? No, powiedz, czy wyglądam?
      
Wyglądasz, Iwan, wyglądasz na kompletnego idiotę. Poczciwa twarz
rosyjska z pokolenia na pokolenie, ten herb rodu Niedoruchinów,
ten niezawiniony kretynizm, to dziedzictwo przodków.
      
- Ależ nie wyglądasz! Słowo daję, że nie wyglądasz.
      
- Więc nie pożyczę. Nie ma o czym mówić.
      
Wypiłem łyk herbaty i poczęstowałem się jego papierosem.
      
- Posłuchaj, Iwan, nie mam zamiaru znów czekać na trolejbus, nie
będę na nowo użerał się z kanarami, a już w żadnym wypadku nie
wyjdę stąd bez pieniędzy. Raczej cię zabiję. Zdziwisz się, ale
to zrobię! Nie będę słuchał twoich wykrętów, tylko łup, łup, bam
i trupnyj Iwan! Złapią, pewnie i skażą, ale czy wiesz, o co
poproszę stojąc na szafocie? Wywołajcie mi ducha Iwana Iwanycza
Niedoruchina - powiem, by nie myśleli, że zadowolę się marnym
papierosem. - Niech mi opowie o Petersburgu. Niech mówi przez
cały czas, nawet wtedy, gdy już zawisnę i pomerdam nóżkami.
Niech mówi, kiedy będziecie strzelać. Niech przekrzyczy świst
gilotyny, a potem niech gada do mojej głowy. Podnieście mi ją za
włosy, do ucha niech mówi, do ucha! Chcę jeszcze raz usłyszeć o
Petersburgu! - krzyknąłem wstając od stołu.
      
Iwan poruszył się na stołku, też wstał i znów usiadł.
      
- No, wiesz. - powiedział. - Dam ci chyba wódki.
      
- Dlaczego nie, Iwaniuszka?! Najlepsze lekarstwo na rzewną duszę
słowiańską.
      
Chciałem usiąść, lecz się rozmyśliłem. Przeprosiłem Niedoruchina
i ruszyłem przez podwórko prosto do wygódki. Właśnie zdejmowałem
haczyk, gdy drzwi się same otwarły i potężna siła wciągnęła mnie
do środka.
      
- To ja - powiedział Kusy. - Pogadajmy raz jeszcze.
      
- Mało ci duszy? Mało wódki? Potrzeby nie dasz załatwić.
      
- Zaprzyjaźnijmy się, co ci szkodzi? Ze mną, bracie, nie
zginiesz.
      
- Wszelki duch Pana Boga chwali! - krzyknąłem, aż wychodek się
zatrząsł. - Zgiń, przepadnij, siło nieczysta! Puszczaj, puść
mnie, ty diable, i wódkę moją oddawaj!
      
- Cóż ja mam z tobą począć?! Tyś głupi, głupi, głupiutki! Nie
mam już twej wódki. Dałem ją właśnie poecie. W życia on
wędrówce, na połowie czasu, straciwszy z oczu szlak niemylnej
drogi. Chętnie by coś napisał, a jak tu tak bez wódki?
      
- Daruję ci wódkę, kuglarzu. Poecie bardziej potrzebna. Lecz
duszę mi dawaj! Natychmiast!
      
Zły obnażył zęby, jęzor cuchnący wywalił, chętnie by mnie
pożarł, lecz zasłoniłem twarz dwiema skrzyżowanymi zapałkami.
Skręcił się diabeł ze złości, przeszły go dreszcze. Już
myślałem, że będzie płakał.
      
- Dobrze - powiedział. - Oddam. Oddam, ale oplutą.
      
- To dawaj oplutą, lecz zaraz. I wynocha stąd, czarcie! To nie
twoja wygódka.
      
Zły pogmerał w zanadrzu i duszę mą wywlókł za włosy.
      
- Masz! Nie pokazuj się więcej - tyle go widziałem.
      
Niedługo siedziałem w wychodku. Duszę otarłem rękawem, rękaw za
to o spodnie, dwa kroki i byłem w sieni. Iwan Niedoruchin
siedział smutny, nieszczęśliwy, lecz na mój widok zaraz się
rozpogodził.
      
- Jestem wredny - powiedział i urwał. Znów zaczął po chwili
milczenia: - Jestem twoim najlepszym przyjacielem, a mimo to ani
grosza nie chcę ci pożyczyć. Ja bym ci nie pożyczył, nawet
gdybym miał. Sam wiesz, co to dla mnie przyjaciel. To więcej jak
brak, a jednak. Wiesz co, daj mi w mordę! - poprosił. - Daj po
ryju!
      
Pomyślałem, że czemu nie? Skoro prosi, to wstałem, rękawy
podciągnąłem, już się kułakiem zamierzam, gdy dusza mi w oczach
stanęła, moja zapomniana duszyczka. Przez cały czas miętosiłem
ją w palcach, aż z duszy się zrobił pierożek.
      
- Chwileczkę - powiedziałem do Niedoruchina. Połknąłem, popiłem
ją wódką. Powirowało pod czaszką i zaraz jak pięknie, jak
dusznie! Rozlała się po żyłach niby setka spirytusu, jak zlewki
po smutnych alkoholikach. Było mi rzewnie za siebie, rzewnie za
Niedoruchina, rzewnie za babcię staruszkę i za Was, trzeźwi
Czytelnicy. Usiadłem karać nikogo nie zdolny. Jak mogłem
pomyśleć, by drużce-Niedoruszce jego pieniądze odbierać?! I tak
bym przecież nie oddał.
      
- O, ja nieszczęsny! - zawołałem. - Chciałem cię okraść, bić w
mordę. Świnia ze mnie, nie przyjaciel. Daj po pysku, Iwanku!
      
- Nie martw się. Dam ci pieniądze. Czy pięćdziesiąt wystarczy na
razie?
      
- Nie wezmę, bracie kochany! Nawet dwudziestu nie wezmę.
      
- Więcej jak siedemdziesiąt nie mogę. Nie obraź się, ale
naprawdę.
      
- Opowiedz lepiej o Petersburgu, Iwan. Opowiedz, brat
marnotrawny prosi.
      
Zapadła chwila milczenia i nawet Niedoruchin zrozumiał, że
pieniądz - proszę Państwa - rzecz nabyta, ale duszę ma człowiek
tylko jedną.