To tylko mucha
        
    
Jacek Egoya Laskowski
        
Nigdy nie lubiłem much. Chyba nikt ich nie lubi. Nie byłem więc
wyjątkiem. Czasem zastanawiałem się czy można je polubić? Za co?
Za to, że chodzą po gównach i padlinie, a potem po kanapkach? A
może za to, że nie są jadowite? Albo, że zdychają gdy
potraktować je muchozolem. Pewnie nawet entomolog z powołania
znajduje mniej przyjemności w obcowaniu z muchami, niż z
jakimkolwiek innym gatunkiem owadów. Po prostu są one niemiłe i
nieprzyjemne. Gdyby chociaż reagowały na głos, przychodziły na
zawołanie i tak też odchodziły. Ale nie, są głuche jak pień.
Sprawdzałem to wielokrotnie to wiem. Na dźwięk gwizdka też są
obojętne. Nie można z nimi nawiązać żadnego sensownego kontaktu.
Można je tylko tępić. Choć z drugiej strony nie jest błędem
uważanie ich za stworzenia pożyteczne. Bywają przecież głównym
składnikiem menu wielu ptaków. A ich larwy pożerając padlinę
stanowią ważny element łańcucha pokarmowego, którego następnym
ogniwem są wędkarze. Białe robaki - bo tak je nazywają
wielbiciele mokrego kija - to doskonała przynęta na niemal każdy
gatunek białej ryby, a nierzadko i drapieżnej. Są więc
integralną częścią ekosystemu, w którym egzystujemy także i my,
ludzie. Nie można jednak tego współistnienia nazwać symbiozą w
pozytywnym tego słowa znaczeniu, raczej kombinacją komensalizmu
z helotyzmem. Tak to mniej więcej wygląda, my im dajemy jeść,
one nam dają popalić. I bynajmniej nie mam tu na myśli wyrobów
jointopodobnych. Jedynym racjonalnym posunięciem pozostaje nadal
packa, łapka czy jak ją tam zwał. Nikt, kto choć raz miał
bliższe kontakty z muszym narodem, nie zaprzeczy. A kto nie
miał, niech modli się zaciekle, by ta wątpliwa przyjemność
ominęła jego osobę, w przeciwnym razie będzie to ostatni dzień w
jego życiu spędzony bez zbawczej obecności packi, łapki czy jak
ją tam zwał.
Obudziłem się tego dnia wcześniej niż zwykle. Poprzez sklejone
snem powieki nie docierał do mojego mózgu żaden obraz, który
można by poddać analizie dla ustalenia przyczyn tak wczesnego
napływu świadomości. Jednak narząd słuchu pracował bezbłędnie
(błędnik?), dzięki czemu po chwili zorientowałem się, iż pobudka
moja spowodowana została natrętnym bzyczeniem natrętnej muchy,
której natrętne dreptanie poczułem na trętnej twarzy mojej. W
pierwszym odruchu samoobrony szybkim machnięciem dłoni
pozbawiłem się dopiero co osiągniętej pełnej świadomości, lecz
już po kilku minutach powróciłem do poprzedniego stanu. Rzekłbym
nawet, że po powrocie stan mego umysłu stał się bardziej
przejrzysty i funkcjonalny, dzięki czemu zdołałem przypomnieć
sobie dawno zapomniany wierszyk, który poznałem kilka lat temu
na wycieczce szkolnej. Zatytułowany "Mucha" brzmiał mniej więcej
tak:
Lata sobie mucha
Wkurza mnie od rana
Brzęczy mi do ucha
Ma mnie za barana
Lecz poczekaj chwilę
Zaraz ci pokażę
Śmiejąc się dość mile
W dłoni młotek ważę
Usiądź gdzieś już wreszcie
Młotek już gorący
O! Usiadłaś - mam cię
Co? Krzesło? - niechcący
Znowu siadłaś - koniec!
Teraz cię dopadnę
Stłukłem siedem donic
Szkoda, były ładne
Siadłaś na ekranie
Na telewizorze
Pewnie cię dostanę
Albo tylko może
Telewizor złomem
Wszystko już śmieciami
Ruina mym domem
Mucha? - wyszła drzwiami
Uśmiechnąłem się sam do siebie, po czym, przegoniwszy błąkającą
się po pościeli muchę, szybko popędziłem w kierunku
pomieszczenia służącego jednocześnie za łazienkę i wychodek. Tam
opróżniając się ze zbytecznym ciężarów zostałem powtórnie
zaatakowany przez muchę. Po chwili do tej pierwszej dołączyły
jeszcze dwie i równowaga sił została zachwiana. Byłem osaczony.
Jednak nie bez potrzeby uczęszczałem na lekcje szkółki
przetrwania prowadzonej przez kółko harcerskie mojej szkoły. Tam
przyswoiłem sobie wiele cennych chwytów dżudo i innych walk
wschodnich, co wybawiło mnie z obecnej opresji. Rozłożone na
łopatki muchy stękając wgramoliły się na sufit i przynajmniej na
razie nie zdradzały zainteresowania kontynuowaniem walki. Byłem
z siebie dumny. Nie zmarnowałem tych lat, które system
przeznacza na edukację. Za to teraz byłem głodny, jak twierdził
żołądek, dlatego ślady moich stóp, spłaszczone przez twarde
podeszwy kapci, powędrowały do kuchni. Śniadanie konsumowałem
bez większego entuzjazmu, w końcu jem po to by żyć, a nie
odwrotnie, i rozmyślając o niebieskich migdałach, przestałem
kontrolować zjadliwość obiektów, które umieszczałem w otworze
gębowym. Dopiero czując w gardle ruch oprzytomniałem i
wykaszlawszy garść bułki z serem wprost do kubka z mlekiem
pojąłem, że tym razem jestem bardziej niż zwykle zainteresowany
tym co spożywam. Jeśli już jem by żyć, to powinienem jeść rzeczy
raczej jadalne, a mucha do takich, o ile mi wiadomo, się nie
zalicza. Przynajmniej dla mnie. Pojąłem to i stwierdziłem, że to
już o jeden raz za dużo jak na moje nerwy. Jeśli muchy chcą
wojny, to wojnę ową będą miały. I to natychmiast. Posprzątałem
stół, sprawiający wrażenie nawiedzonego przez trąbę powietrzną i
uzbrojony w packę i cierpliwość zająłem stanowisko bojowe. Był
nim fotel otoczony dwoma krzesłami, ławą, taboretem i lampką
nocną. Z tyłu stała szafa. Byłem z góry nastawiony na wygraną,
toteż na stanowisku zajmowanym przez siły sprzymierzone
przeciwnikom much, nie zabrakło szampana, który współpracując z
odpowiednim kielichem, podnosił morale żołnierskie na
wystarczająco wysoki promil. Wojnę uznałem za rozpoczętą i
niewiele mnie obchodziło czy wróg jest tego całkowicie świadomy.
W ogniu pierwszych wystrzałów spadły, nadlatujące ze wschodu dwa
obce myśliwce, złowrogo bzyczące, pomalowane dla kamuflażu na
ciemny kolor. To był taktyczny błąd, gdyż na tle bieli
sufitowego nieba, były one łatwym celem. Spadając jeden z
samolotów prowadzony, jak podejrzewam, przez doświadczonego
pilota uderzył w stanowisko szampańskie, powodując
zanieczyszczenie głównego zbiornika z paliwem. Morale wykazało
tendencję spadkową, lecz, będąc naczelnym wodzem i nielada
strategiem, podjąłem szybką decyzję o wymianie zbiornika. Już po
chwili, odremontowane naprędce stanowisko, pyszniło się pełną
butelką rumu, zdobytą podczas walk na południowym wybrzeżu
pewnej zgrabnej rudowłosej blondynki, która w końcu, po
wyczerpujących obie strony walkach, uległa. Spadek morale został
zahamowany, a żołnierze strzelając na vivat, przypadkiem trafili
w nadlatujący nisko nad ziemią, dla nierozpoznania przez radary,
obiekt, którego fragmenty nie pozwoliły ustalić jego gatunku ani
pochodzenia, ale za to stały się przyczyną jeszcze większej
euforii. Jako wytrawny wojownik nie pozwoliłem jednakże na
zbytnie rozluźnienie i po zwołaniu narady, zaproponowałem
przedyskutowanie kwestii wypadu na stanowiska wroga w celu ich
zdobycia z zaskoczenia. Pomysł, jak się domyślałem, przypadł do
gustu wszystkim uczestnikom narady i pozostało tylko omówienie
szczegółów akcji, której miałem być dowódcą. Stanęło na tym, że
pod osłoną mroku, panującego po zasunięciu żaluzji, podejdę
wrogie bazy od tyłu i znienacka, ogniem koszącym, odetnę im
drogę ucieczki, wzmagając tym samym panikę wśród wrogich
jednostek, co przyczyni się do zdobycia przewagi i być może
zakończy tę krwawą rzeź. Towarzyszył mi muchozol w spreju, packa
i noktowizor w postaci latarki zakupionej na bazarze od
rosyjskiego handlarza. Obszar leżący na terenie, który przyszło
mi przeczesać, podzieliłem na sześć prostokątów. Dla
uproszczenia nazwałem je: podłoga, sufit, ściana lewa, ściana
prawa, ściana przednia i ściana tylna. Następnie, przy pomocy
noktowizora, badałem kolejne połacie prostokątnych obszarów w
poszukiwaniu skupisk bądź pojedynczych stanowisk zajętych przez
wroga. Po natrafieniu na wyżej wymienione, kierowałem w ich
środek ogień packi lub, gdy było to większe zgromadzenie sił,
strumień broni chemicznej, którą dysponowałem czyli muchozolu.
Złamałem chyba tym samym jakieś umowy czy konwencje, ale nie
dbałem o to. W końcu broniłem własnych terytoriów przed
natrętnym agresorem, a mając na celu bezpieczeństwo własnego
narodu byłem gotów użyć każdego środka by cel ten osiągnąć. Po
powrocie do bazy spowodowałem nadejście świtu, by ocenić straty
wroga i swoje. Znakomita przewaga, którą zdobyłem i oczywiście
zdążyłem już uczcić, w jednej chwili została zrównana z ziemią.
Oczom moim ukazał się nieprawdopodobny widok. Przetarłem oczy.
Ze wszystkich możliwych szpar, szczelin i fug zaczęły wydostawać
się hordy nieprzyjacielskich posiłków. I nie były to tylko
muchy. Zauważyłem kilka oddziałów karaluchów, stonki
ziemniaczanej, pająków (w tym oddział prawdziwych krzyżaków)
oraz innego robactwa, jak szczypawki, rybiki, świerszcze, a
wśród nich także eskadrę szerszeni, których się najbardziej
zlękłem. Przez głowę przefrunęła mi myśl, jakby wspomnienie. Coś
o jakichś plagach, szarańczach... Postanowiłem natychmiast
wzmocnić fortyfikacje. I przygotować je już nie tylko na ogień
powietrzny, ale i naziemny. W czasie przygotowań, zostałem ranny
w policzek. Kula przeszła na wylot i użądliła mnie w język.
Słusznie obawiałem się szerszeni. Moja zdolność dowodzenia, a
konkretnie wydawania rozkazów, została upośledzona. I to
podwójnie, gdyż podczas poprzedniego wypadu zostałem trafiony
rykoszetem własnej broni gazowej. Na chwilę zrobiło mi się
ciemno w oczach. Nie załamałem się jednak i nie straciwszy ducha
bojowego kontynuowałem budowę umocnień. Po jakimś czasie
zabezpieczenia były gotowe i, jak się spodziewałem, powinny
wytrzymać pierwszy szturm obcych sił. Na mury wtoczyłem dwa nowe
działa, które stanowił mały ręcznik zwinięty w rulon, oraz
lakier do włosów mający służyć jako miotacz ognia. Czułem się
teraz pewniej. Postanowiłem dla próby w pierwszej kolejności
wypróbować nowy miotacz. W momencie gdy to pomyślałem zza
załomów szafy wyprysnął prosto w moją stronę dywizjon os, jak mi
się wydawało, rozwścieczonych, gdyż złowieszczy pomruk silników
spowodował transformację mej brzoskwiniowej dotąd cery w coś co
przypominało z wyglądu skórkę cytryny. W smaku chyba też.
Niemniej jednak uznałem ten moment za doskonały na wypróbowanie
miotacza i podpaliwszy jednorazową zapalniczką strumień lakieru
wygarnąłem nim w środek roju. Skutek był natychmiastowy.
Pierwsze spadły te obiekty wroga, które znajdowały się na czele
pędzącej na mnie kolumny. Potem spadły następne, lecz jak
zauważyłem łączność wróg miał zorganizowaną doskonale. W ułamku
sekundy reszta nieuszkodzonych statków powietrznych zdołała
rozpierzchnąć się na wszystkie strony, czyniąc me zabiegi mniej,
a wkrótce w ogóle nieskutecznymi. Postanowiłem zatem zmienić
taktykę. Wytoczyłem w tym celu z czeluści magazynów wojskowych
wentylator, zachowany na czarną godzinę. Miał za zadanie
wywołanie tajfuna uniemożliwiającego lub w znacznym stopniu
ograniczającego skomasowany atak z powietrza. Ustawiłem go na
taborecie, osią śmigła prostopadle do podłogi, tuż ponad moją
głową i włączyłem zasilanie. Po chwili cichy szmer pracującego
urządzenia miło koił moje zszargane już nieco nerwy. Efekt tego
posunięcia był średniopozytywny. Średnio z powodu podciśnienia
tworzącego się pod łopatami wentylatora, które zasysało co
chwilę moje uczesane rano, a zmierzwione obecnie, włosy. Dało
się jednak przeboleć ów minus, tym bardziej że i plusy tego
posunięcia już się uwidaczniały. Niedobitki wspomnianych
jednostek lotniczych, na powrót zorganizowane, ponowiły atak, co
jednak nie odniosło większego skutku w strumieniu powietrza
pędzącego z szybkością około 35 km/h. Tymczasem ze stanowisk
naziemnych dały się słyszeć pojedyncze wystrzały, z każdą chwilą
celniejsze i częstsze. Wkrótce przerodziły się w jeden ciągły
ogień. Jak się po chwili zorientowałem były to zmotoryzowane
brygady biegaczowatych ze szczypawkami na czele, wspomagane
piechotą w postaci czarnych i czerwonych mrówek. Pociski w
postaci kropel kwasów żołądkowych poczęły delikatnie trawić
moje, nieuzbrojone w skarpety, stopy. Musiałem szybko zdecydować
jaką przyjąć formę obrony naziemnej, gdyż linia frontu
niebezpiecznie szybko zbliżała się do stanowisk dowodzenia mych
sił. Z pomocą przyszła mi butelka oleju słonecznikowego stojąca
obok nogi fotela na którym odbywały się narady, a którą w
zamieszaniu potrąciłem. Struga gęstego, lepkiego płynu potoczyła
się w kierunku okopów wroga powodując w większości jego
unieruchomienie lub wręcz cofnięcie do bezpiecznej strefy.
Wykorzystując chwilową niedyspozycję obcych wojsk ustawiłem
nieopodal plamy oleju dwa żelazka. Jedno po lewej, drugie po
prawej stronie plamy, które po włączeniu tworzyły barierę
termiczną nie do przebycia dla sił lądowych. Odcinek pomiędzy
żelazkami, zalany olejem nazwałem dumnie Linią Słonecznikową i
będąc pewnym jej bezpieczeństwa wycofałem z tamtego rejonu
resztę swych wojsk, pozostawiając jedynie obserwatorów.
Większość sił postanowiłem skierować tymczasem w jeden punkt
wroga, by go osłabić i wkrótce całkowicie wyeliminować. Tym
punktem miała być zdezorientowana obecnie piechota, zajęta w
większości ewakuacją rannych i zabitych. Plan zrodził się w mej
głowie błyskawicznie. Zanieczyszczony na początku bitwy szampan
miał posłużyć jako nośnik ładunku wybuchowo-zapalającego, którym
była nafta wydobyta ze starej lampy górniczej dziadka,
przechowywanej jako pamiątka. Lampę tę zapalaliśmy w każde
święta dla stworzenia odpowiedniego klimatu. Teraz ten klimat
miał być ultratropikalny. Naftę wyssaną z lampy wlałem przez
lejek do butelki z resztą szampana, po czym zatkawszy jej wylot
palcem, zdrowo nią zabełtałem. Płyny oczywiście nie wymieszały
się ze sobą całkowicie, były jednak pod dość dużym ciśnieniem
toteż, gdy raptownie wyjąłem palec z szyjki (jeśli ktoś pomyślał
to co ja, to jest niezłym zboczeńcem), strumień mieszanki, zwany
przeze mnie Koktailem Naftowym, wytrysnął z niezwykłą siłą
wprost na wrogie stanowiska. Zanim butelka zdążyła się opróżnić,
nakierowałem jej ogień na inne naziemne stanowiska moich
przeciwników, powodując pokrycie większej części obszaru zwanego
podłogą koktailem zapalającym. W chwilę później rzuciłem butelką
w nadjeżdżający z północy pułk gąsienicowatych, które
niewzruszone pruły koktailowe fale i przytknąłem do ziemi
zapaloną pochodnię. Efekt piorunujący. Cała ziemia w jednej
chwili stanęła w ogniu. Zewsząd dawały się słyszeć przeraźliwe,
ścinające krew w żyłach krzyki rannych i konających. Zapach
śmierci i bólu miksował się z sinymi kłębami duszącego dymu
tworząc piekielną mgłę ogarniającą wszystko i wszystkich. W
szeregi wroga wdarł się popłoch sprzężony z paniką, czyniąc z
dobrze zorganizowanych wojsk chaotycznie rozbiegany tłum. Z
każdej strony docierały do mnie odgłosy eksplozji. To pewnie
składy amunicji zajęte ogniem poczuły wreszcie wolność. W ślad
za nimi leciały w górę duszyczki niewinnych żołnierzy. Nawet
czwórkami. W cumulonimbusach szczypiącego w płuca i oczy dymu
niewiele już można było dojrzeć. Na polu bitwy robiło się
gorąco, wręcz parno. Zanosiło się na deszcz. Na twarz nałożyłem
maskę PeGaz skonstruowaną pospiesznie ze sznurowadła i chustki
do nosa. Całość zamoczona w wodzie nieźle emulowała wojskowy
oryginał. Dym jednak dał mi się we znaki podwójnie, gdyż
poczułem nagle serię z jakiegoś ciężkiego sprzętu. Oberwałem po
plecach. Trzy kule trafiły pomiędzy łopatki, powodując nieznośne
pieczenie, czwarta ugrzęzła w szyi. Nawet nie wiem kto do mnie
strzelał, ponieważ snajperzy zniknęli w tumanach dymu i tyle ich
widziałem. Szybko zrobiłem sobie okład z octu (babcine rady),
gdyż opuchlizna już się odezwała, a nie miało to być krótkie
przemówienie. Zacząłem też prace nad nową bronią chemiczną,
zauważyłem bowiem, że owszem ściana ognia pomogła, ale tylko w
eliminacji ciężkiego sprzętu, piechota, w odpowiednich
termoizolowanych skafandrach, nadal przedzierała się w moją
stronę. Nowa broń była prawie gotowa. Stanowił ją cukier i
drożdże, wydobyte z głównego magazynu armii. Wymieszane ze sobą
składniki rzuciłem w kierunku nadciągających sił i obserwowałem
reakcję. Zobaczyłem niezły taniec. Mrówki dopadłszy przynęty
zapomniały nagle o szturmie. Sprawiały wrażenie chwilowo nie
zainteresowanych wojną, a być może postanowiły tylko wzmocnić
się przed kulminacyjnym momentem. Tym niemniej wszystkie zabrały
się do pałaszowania słodkich drożdży, pakując je szybko w swe
trzewia. Na wynik nie musiałem długo czekać. Już po chwili
pierwsze z nich zaczęły dziwnie się zachowywać, kręcić w kółko,
przewracać, by wkrótce najzwyczajniej w świecie pęknąć.
Przypomniała mi się legenda o Smoku Wawelskim. Też zgubiło go
łakomstwo. Po dłuższej chwili dziewięćdziesiąt dziewięć procent
żołnierzy leżało z rozprutymi bebechami, rozsadzonymi przez
wciąż rosnące drożdże. Niektórzy z nich jeszcze się ruszali. By
nikt nie posądził mnie o brak humanitaryzmu pociągnąłem po
leżących serią z muchozolu, kończąc tym samym ich straszne
męczarnie. Po bitwie postanowiłem zapalić na ich cześć znicz. W
końcu zginęli na polu chwały i to w bardzo bohaterski sposób.
Moralnie byłem w porządku. Teraz jednak ważniejsze sprawy
zaprzątały mój spracowany umysł. Oto bowiem bateria złożona z
lakieru i muchozolu, była na wyczerpaniu, a wróg nie zdradzał
chęci wywieszenia białej flagi. Przedarłem się w ogniu
nieprzyjacielskich dział do zlewozmywaka, gdzie na rurę kranu
nasunąłem gumową końcówkę szlaucha ogrodniczego podkradniętego z
pawlacza, który zajęty ogniem nie miał nic przeciwko temu. Po
powrocie wtoczyłem nowe działo na mury i ze świeżym entuzjazmem
począłem celować strumieniem wody w nadlatujące zewsząd wrogie
jednostki latające. Trafione opadały ciężko w płomienie. Tam
ginęły. Tak myślałem przez pierwsze minuty ostrzeliwania, lecz
wkrótce dojrzałem wśród kłębów burego dymu, że samoloty spadały
przeważnie w bezpieczne miejsca, gdzie w wysokiej temperaturze
szybko wysychały i gotowe do nowych działań podrywały się do
lotu. Musiałem coś z tym zrobić, gdyż siły powoli zaczęły mnie
opuszczać robiąc miejsce dla toksycznych gazów wdychanych przeze
mnie bezustannie. Wyjście było jedno, zmuszony byłem uziemiać
lądujące jednostki przy pomocy zwiniętego w rulon ręcznika. To z
kolei zmuszało mnie do ciągłego przemieszczania się po polu
bitwy i tak też czyniłem. Nie przewidziałem jednak, że i pająki
będą tak dokuczliwe. Otóż cała przestrzeń powietrzna obsiana
była setkami gęstych pajęczyn. Błądząc po domu zbierałem je
wszystkie na ubraniu i twarzy, co po jakimś czasie zaowocowało
odczuwalnym ograniczeniem zakresu mych ruchów. Stały się one
ociężałe i bardziej męczące. A sieci nie ubywało. Już nie mogłem
zdążyć z uziemianiem trafionych pojazdów powietrznych, które
szybko startowały ponownie biorąc mnie na cel. Byłem coraz
bardziej obolały i oplątany. A wróg był coraz bardziej agresywny
i zorganizowany. Kiedy potknąłem się o taboret na którym buczał
wentylator, moja chęć walki stała jeszcze na przyzwoitym
poziomie. Upadając w plamę oleju, zwaną dumnie Linią
Słonecznikową, nie zdążyłem uniknąć bezpośredniej wymiany ciepła
mej twarzy z rozgrzanym do czerwoności żelazkiem. Zapragnąłem
zerwać się jak oparzony, lecz sterowany siłami grawitacji
wentylator pozbawił mnie nie tylko wszelkich złudzeń, ale i
równowagi. Mój drugi policzek również posmakował przyjemności
prasowania. Ze wstydu aż się zaczerwienił. Dopadły mnie też
sprawczynie tej masakry, muchy, kąsając bezlitośnie gdzie
popadnie. Nie znałem ich z tej strony. Chciałem resztą sił
wyczołgać się z zagrożonego rejonu, lecz tłusta plama oleju
stanowczo się temu sprzeciwiła. Z pomocą przyszedł mi sznur od
wentylatora, który zakotwiczony w ścianie, posłużył mi za linę
ratunkową. Dopadłszy ściany próbowałem zdobyć postawę godną
człowieka XX wieku, lecz nisko przelatujący oddział myśliwców
wymusił na mnie przyjęcie postawy człowieka z innej epoki. Nie
wiem dlaczego, ale kojarzyłem tę epokę z kamieniem. I to
łupanym. Schylony przetransportowałem swój wyczerpany organizm w
okolice kwietnika. On, podobnie jak telewizor, stanowiły jedyne
nie nadgryzione zębem ognia i walk przedmioty. Sprawiły to, jak
przypuszczałem, metalowe nogi, których ogień nie potrafił
strawić. Usiadłem pod kwietnikiem i wtedy pojąłem swą
bezsilność. Zdobyłem się na spojrzenie prawdzie w oczy. I to
prawdzie całkowicie roznegliżowanej. Byłem nikim przy garstce
wkurzonego robactwa. Całą moją ambicję, godność ludzką i
stosunkowo za wysokie mniemanie o sobie w jednej chwili szlag
trafił. Byłem zerem. Skończonym zupełnie zerem. Nie potrafiłem
poradzić sobie z tak prozaicznym problemem jak zwykła mucha. Nie
chciało mi się już nic. Mój przegrzany mózg ostatkiem
nieistniejących sił wydał funkcjonującym jeszcze organom mego
ciała rozkaz wstrzymania wszelkich działań. Przystały na to bez
wahania. Powoli przymknąłem oczy i umarłem, pośród pogorzeliska,
popiołów pola bitewnego i okrzyków tryumfu płynących z
rozdziawionych gardeł owadziej armii.
Blask promieni słonecznych, wędrując po zmierzwionej i mokrej
pościeli dotarł wreszcie do mych oczu. Otwierałem je powoli
zastanawiając się co będzie dalej. Nic szczególnego jednak się
nie wydarzyło. Było dosyć spokojnie. Powietrze było przejrzyste
i pachniało życiem. Cała materialna powłoka kilku lat mych
cywilizacyjnych zmagań stała na swoim miejscu. W tle tykał
miarowo budzik, zza okien wraz z blaskiem płynął szczebiot
ptasiej zgrai, a z żyrandola gapiła się na mnie tłusta, szeroko
uśmiechnięta mucha domowa.