To tylko mucha         



     Jacek Egoya Laskowski         




Nigdy nie lubiłem much. Chyba nikt ich nie lubi. Nie byłem więc wyjątkiem. Czasem zastanawiałem się czy można je polubić? Za co? Za to, że chodzą po gównach i padlinie, a potem po kanapkach? A może za to, że nie są jadowite? Albo, że zdychają gdy potraktować je muchozolem. Pewnie nawet entomolog z powołania znajduje mniej przyjemności w obcowaniu z muchami, niż z jakimkolwiek innym gatunkiem owadów. Po prostu są one niemiłe i nieprzyjemne. Gdyby chociaż reagowały na głos, przychodziły na zawołanie i tak też odchodziły. Ale nie, są głuche jak pień. Sprawdzałem to wielokrotnie to wiem. Na dźwięk gwizdka też są obojętne. Nie można z nimi nawiązać żadnego sensownego kontaktu. Można je tylko tępić. Choć z drugiej strony nie jest błędem uważanie ich za stworzenia pożyteczne. Bywają przecież głównym składnikiem menu wielu ptaków. A ich larwy pożerając padlinę stanowią ważny element łańcucha pokarmowego, którego następnym ogniwem są wędkarze. Białe robaki - bo tak je nazywają wielbiciele mokrego kija - to doskonała przynęta na niemal każdy gatunek białej ryby, a nierzadko i drapieżnej. Są więc integralną częścią ekosystemu, w którym egzystujemy także i my, ludzie. Nie można jednak tego współistnienia nazwać symbiozą w pozytywnym tego słowa znaczeniu, raczej kombinacją komensalizmu z helotyzmem. Tak to mniej więcej wygląda, my im dajemy jeść, one nam dają popalić. I bynajmniej nie mam tu na myśli wyrobów jointopodobnych. Jedynym racjonalnym posunięciem pozostaje nadal packa, łapka czy jak ją tam zwał. Nikt, kto choć raz miał bliższe kontakty z muszym narodem, nie zaprzeczy. A kto nie miał, niech modli się zaciekle, by ta wątpliwa przyjemność ominęła jego osobę, w przeciwnym razie będzie to ostatni dzień w jego życiu spędzony bez zbawczej obecności packi, łapki czy jak ją tam zwał.
Obudziłem się tego dnia wcześniej niż zwykle. Poprzez sklejone snem powieki nie docierał do mojego mózgu żaden obraz, który można by poddać analizie dla ustalenia przyczyn tak wczesnego napływu świadomości. Jednak narząd słuchu pracował bezbłędnie (błędnik?), dzięki czemu po chwili zorientowałem się, iż pobudka moja spowodowana została natrętnym bzyczeniem natrętnej muchy, której natrętne dreptanie poczułem na trętnej twarzy mojej. W pierwszym odruchu samoobrony szybkim machnięciem dłoni pozbawiłem się dopiero co osiągniętej pełnej świadomości, lecz już po kilku minutach powróciłem do poprzedniego stanu. Rzekłbym nawet, że po powrocie stan mego umysłu stał się bardziej przejrzysty i funkcjonalny, dzięki czemu zdołałem przypomnieć sobie dawno zapomniany wierszyk, który poznałem kilka lat temu na wycieczce szkolnej. Zatytułowany "Mucha" brzmiał mniej więcej tak:
Lata sobie mucha
Wkurza mnie od rana
Brzęczy mi do ucha
Ma mnie za barana
Lecz poczekaj chwilę
Zaraz ci pokażę
Śmiejąc się dość mile
W dłoni młotek ważę
Usiądź gdzieś już wreszcie
Młotek już gorący
O! Usiadłaś - mam cię
Co? Krzesło? - niechcący
Znowu siadłaś - koniec!
Teraz cię dopadnę
Stłukłem siedem donic
Szkoda, były ładne
Siadłaś na ekranie
Na telewizorze
Pewnie cię dostanę
Albo tylko może
Telewizor złomem
Wszystko już śmieciami
Ruina mym domem
Mucha? - wyszła drzwiami
Uśmiechnąłem się sam do siebie, po czym, przegoniwszy błąkającą się po pościeli muchę, szybko popędziłem w kierunku pomieszczenia służącego jednocześnie za łazienkę i wychodek. Tam opróżniając się ze zbytecznym ciężarów zostałem powtórnie zaatakowany przez muchę. Po chwili do tej pierwszej dołączyły jeszcze dwie i równowaga sił została zachwiana. Byłem osaczony. Jednak nie bez potrzeby uczęszczałem na lekcje szkółki przetrwania prowadzonej przez kółko harcerskie mojej szkoły. Tam przyswoiłem sobie wiele cennych chwytów dżudo i innych walk wschodnich, co wybawiło mnie z obecnej opresji. Rozłożone na łopatki muchy stękając wgramoliły się na sufit i przynajmniej na razie nie zdradzały zainteresowania kontynuowaniem walki. Byłem z siebie dumny. Nie zmarnowałem tych lat, które system przeznacza na edukację. Za to teraz byłem głodny, jak twierdził żołądek, dlatego ślady moich stóp, spłaszczone przez twarde podeszwy kapci, powędrowały do kuchni. Śniadanie konsumowałem bez większego entuzjazmu, w końcu jem po to by żyć, a nie odwrotnie, i rozmyślając o niebieskich migdałach, przestałem kontrolować zjadliwość obiektów, które umieszczałem w otworze gębowym. Dopiero czując w gardle ruch oprzytomniałem i wykaszlawszy garść bułki z serem wprost do kubka z mlekiem pojąłem, że tym razem jestem bardziej niż zwykle zainteresowany tym co spożywam. Jeśli już jem by żyć, to powinienem jeść rzeczy raczej jadalne, a mucha do takich, o ile mi wiadomo, się nie zalicza. Przynajmniej dla mnie. Pojąłem to i stwierdziłem, że to już o jeden raz za dużo jak na moje nerwy. Jeśli muchy chcą wojny, to wojnę ową będą miały. I to natychmiast. Posprzątałem stół, sprawiający wrażenie nawiedzonego przez trąbę powietrzną i uzbrojony w packę i cierpliwość zająłem stanowisko bojowe. Był nim fotel otoczony dwoma krzesłami, ławą, taboretem i lampką nocną. Z tyłu stała szafa. Byłem z góry nastawiony na wygraną, toteż na stanowisku zajmowanym przez siły sprzymierzone przeciwnikom much, nie zabrakło szampana, który współpracując z odpowiednim kielichem, podnosił morale żołnierskie na wystarczająco wysoki promil. Wojnę uznałem za rozpoczętą i niewiele mnie obchodziło czy wróg jest tego całkowicie świadomy. W ogniu pierwszych wystrzałów spadły, nadlatujące ze wschodu dwa obce myśliwce, złowrogo bzyczące, pomalowane dla kamuflażu na ciemny kolor. To był taktyczny błąd, gdyż na tle bieli sufitowego nieba, były one łatwym celem. Spadając jeden z samolotów prowadzony, jak podejrzewam, przez doświadczonego pilota uderzył w stanowisko szampańskie, powodując zanieczyszczenie głównego zbiornika z paliwem. Morale wykazało tendencję spadkową, lecz, będąc naczelnym wodzem i nielada strategiem, podjąłem szybką decyzję o wymianie zbiornika. Już po chwili, odremontowane naprędce stanowisko, pyszniło się pełną butelką rumu, zdobytą podczas walk na południowym wybrzeżu pewnej zgrabnej rudowłosej blondynki, która w końcu, po wyczerpujących obie strony walkach, uległa. Spadek morale został zahamowany, a żołnierze strzelając na vivat, przypadkiem trafili w nadlatujący nisko nad ziemią, dla nierozpoznania przez radary, obiekt, którego fragmenty nie pozwoliły ustalić jego gatunku ani pochodzenia, ale za to stały się przyczyną jeszcze większej euforii. Jako wytrawny wojownik nie pozwoliłem jednakże na zbytnie rozluźnienie i po zwołaniu narady, zaproponowałem przedyskutowanie kwestii wypadu na stanowiska wroga w celu ich zdobycia z zaskoczenia. Pomysł, jak się domyślałem, przypadł do gustu wszystkim uczestnikom narady i pozostało tylko omówienie szczegółów akcji, której miałem być dowódcą. Stanęło na tym, że pod osłoną mroku, panującego po zasunięciu żaluzji, podejdę wrogie bazy od tyłu i znienacka, ogniem koszącym, odetnę im drogę ucieczki, wzmagając tym samym panikę wśród wrogich jednostek, co przyczyni się do zdobycia przewagi i być może zakończy tę krwawą rzeź. Towarzyszył mi muchozol w spreju, packa i noktowizor w postaci latarki zakupionej na bazarze od rosyjskiego handlarza. Obszar leżący na terenie, który przyszło mi przeczesać, podzieliłem na sześć prostokątów. Dla uproszczenia nazwałem je: podłoga, sufit, ściana lewa, ściana prawa, ściana przednia i ściana tylna. Następnie, przy pomocy noktowizora, badałem kolejne połacie prostokątnych obszarów w poszukiwaniu skupisk bądź pojedynczych stanowisk zajętych przez wroga. Po natrafieniu na wyżej wymienione, kierowałem w ich środek ogień packi lub, gdy było to większe zgromadzenie sił, strumień broni chemicznej, którą dysponowałem czyli muchozolu. Złamałem chyba tym samym jakieś umowy czy konwencje, ale nie dbałem o to. W końcu broniłem własnych terytoriów przed natrętnym agresorem, a mając na celu bezpieczeństwo własnego narodu byłem gotów użyć każdego środka by cel ten osiągnąć. Po powrocie do bazy spowodowałem nadejście świtu, by ocenić straty wroga i swoje. Znakomita przewaga, którą zdobyłem i oczywiście zdążyłem już uczcić, w jednej chwili została zrównana z ziemią. Oczom moim ukazał się nieprawdopodobny widok. Przetarłem oczy. Ze wszystkich możliwych szpar, szczelin i fug zaczęły wydostawać się hordy nieprzyjacielskich posiłków. I nie były to tylko muchy. Zauważyłem kilka oddziałów karaluchów, stonki ziemniaczanej, pająków (w tym oddział prawdziwych krzyżaków) oraz innego robactwa, jak szczypawki, rybiki, świerszcze, a wśród nich także eskadrę szerszeni, których się najbardziej zlękłem. Przez głowę przefrunęła mi myśl, jakby wspomnienie. Coś o jakichś plagach, szarańczach... Postanowiłem natychmiast wzmocnić fortyfikacje. I przygotować je już nie tylko na ogień powietrzny, ale i naziemny. W czasie przygotowań, zostałem ranny w policzek. Kula przeszła na wylot i użądliła mnie w język. Słusznie obawiałem się szerszeni. Moja zdolność dowodzenia, a konkretnie wydawania rozkazów, została upośledzona. I to podwójnie, gdyż podczas poprzedniego wypadu zostałem trafiony rykoszetem własnej broni gazowej. Na chwilę zrobiło mi się ciemno w oczach. Nie załamałem się jednak i nie straciwszy ducha bojowego kontynuowałem budowę umocnień. Po jakimś czasie zabezpieczenia były gotowe i, jak się spodziewałem, powinny wytrzymać pierwszy szturm obcych sił. Na mury wtoczyłem dwa nowe działa, które stanowił mały ręcznik zwinięty w rulon, oraz lakier do włosów mający służyć jako miotacz ognia. Czułem się teraz pewniej. Postanowiłem dla próby w pierwszej kolejności wypróbować nowy miotacz. W momencie gdy to pomyślałem zza załomów szafy wyprysnął prosto w moją stronę dywizjon os, jak mi się wydawało, rozwścieczonych, gdyż złowieszczy pomruk silników spowodował transformację mej brzoskwiniowej dotąd cery w coś co przypominało z wyglądu skórkę cytryny. W smaku chyba też. Niemniej jednak uznałem ten moment za doskonały na wypróbowanie miotacza i podpaliwszy jednorazową zapalniczką strumień lakieru wygarnąłem nim w środek roju. Skutek był natychmiastowy. Pierwsze spadły te obiekty wroga, które znajdowały się na czele pędzącej na mnie kolumny. Potem spadły następne, lecz jak zauważyłem łączność wróg miał zorganizowaną doskonale. W ułamku sekundy reszta nieuszkodzonych statków powietrznych zdołała rozpierzchnąć się na wszystkie strony, czyniąc me zabiegi mniej, a wkrótce w ogóle nieskutecznymi. Postanowiłem zatem zmienić taktykę. Wytoczyłem w tym celu z czeluści magazynów wojskowych wentylator, zachowany na czarną godzinę. Miał za zadanie wywołanie tajfuna uniemożliwiającego lub w znacznym stopniu ograniczającego skomasowany atak z powietrza. Ustawiłem go na taborecie, osią śmigła prostopadle do podłogi, tuż ponad moją głową i włączyłem zasilanie. Po chwili cichy szmer pracującego urządzenia miło koił moje zszargane już nieco nerwy. Efekt tego posunięcia był średniopozytywny. Średnio z powodu podciśnienia tworzącego się pod łopatami wentylatora, które zasysało co chwilę moje uczesane rano, a zmierzwione obecnie, włosy. Dało się jednak przeboleć ów minus, tym bardziej że i plusy tego posunięcia już się uwidaczniały. Niedobitki wspomnianych jednostek lotniczych, na powrót zorganizowane, ponowiły atak, co jednak nie odniosło większego skutku w strumieniu powietrza pędzącego z szybkością około 35 km/h. Tymczasem ze stanowisk naziemnych dały się słyszeć pojedyncze wystrzały, z każdą chwilą celniejsze i częstsze. Wkrótce przerodziły się w jeden ciągły ogień. Jak się po chwili zorientowałem były to zmotoryzowane brygady biegaczowatych ze szczypawkami na czele, wspomagane piechotą w postaci czarnych i czerwonych mrówek. Pociski w postaci kropel kwasów żołądkowych poczęły delikatnie trawić moje, nieuzbrojone w skarpety, stopy. Musiałem szybko zdecydować jaką przyjąć formę obrony naziemnej, gdyż linia frontu niebezpiecznie szybko zbliżała się do stanowisk dowodzenia mych sił. Z pomocą przyszła mi butelka oleju słonecznikowego stojąca obok nogi fotela na którym odbywały się narady, a którą w zamieszaniu potrąciłem. Struga gęstego, lepkiego płynu potoczyła się w kierunku okopów wroga powodując w większości jego unieruchomienie lub wręcz cofnięcie do bezpiecznej strefy. Wykorzystując chwilową niedyspozycję obcych wojsk ustawiłem nieopodal plamy oleju dwa żelazka. Jedno po lewej, drugie po prawej stronie plamy, które po włączeniu tworzyły barierę termiczną nie do przebycia dla sił lądowych. Odcinek pomiędzy żelazkami, zalany olejem nazwałem dumnie Linią Słonecznikową i będąc pewnym jej bezpieczeństwa wycofałem z tamtego rejonu resztę swych wojsk, pozostawiając jedynie obserwatorów. Większość sił postanowiłem skierować tymczasem w jeden punkt wroga, by go osłabić i wkrótce całkowicie wyeliminować. Tym punktem miała być zdezorientowana obecnie piechota, zajęta w większości ewakuacją rannych i zabitych. Plan zrodził się w mej głowie błyskawicznie. Zanieczyszczony na początku bitwy szampan miał posłużyć jako nośnik ładunku wybuchowo-zapalającego, którym była nafta wydobyta ze starej lampy górniczej dziadka, przechowywanej jako pamiątka. Lampę tę zapalaliśmy w każde święta dla stworzenia odpowiedniego klimatu. Teraz ten klimat miał być ultratropikalny. Naftę wyssaną z lampy wlałem przez lejek do butelki z resztą szampana, po czym zatkawszy jej wylot palcem, zdrowo nią zabełtałem. Płyny oczywiście nie wymieszały się ze sobą całkowicie, były jednak pod dość dużym ciśnieniem toteż, gdy raptownie wyjąłem palec z szyjki (jeśli ktoś pomyślał to co ja, to jest niezłym zboczeńcem), strumień mieszanki, zwany przeze mnie Koktailem Naftowym, wytrysnął z niezwykłą siłą wprost na wrogie stanowiska. Zanim butelka zdążyła się opróżnić, nakierowałem jej ogień na inne naziemne stanowiska moich przeciwników, powodując pokrycie większej części obszaru zwanego podłogą koktailem zapalającym. W chwilę później rzuciłem butelką w nadjeżdżający z północy pułk gąsienicowatych, które niewzruszone pruły koktailowe fale i przytknąłem do ziemi zapaloną pochodnię. Efekt piorunujący. Cała ziemia w jednej chwili stanęła w ogniu. Zewsząd dawały się słyszeć przeraźliwe, ścinające krew w żyłach krzyki rannych i konających. Zapach śmierci i bólu miksował się z sinymi kłębami duszącego dymu tworząc piekielną mgłę ogarniającą wszystko i wszystkich. W szeregi wroga wdarł się popłoch sprzężony z paniką, czyniąc z dobrze zorganizowanych wojsk chaotycznie rozbiegany tłum. Z każdej strony docierały do mnie odgłosy eksplozji. To pewnie składy amunicji zajęte ogniem poczuły wreszcie wolność. W ślad za nimi leciały w górę duszyczki niewinnych żołnierzy. Nawet czwórkami. W cumulonimbusach szczypiącego w płuca i oczy dymu niewiele już można było dojrzeć. Na polu bitwy robiło się gorąco, wręcz parno. Zanosiło się na deszcz. Na twarz nałożyłem maskę PeGaz skonstruowaną pospiesznie ze sznurowadła i chustki do nosa. Całość zamoczona w wodzie nieźle emulowała wojskowy oryginał. Dym jednak dał mi się we znaki podwójnie, gdyż poczułem nagle serię z jakiegoś ciężkiego sprzętu. Oberwałem po plecach. Trzy kule trafiły pomiędzy łopatki, powodując nieznośne pieczenie, czwarta ugrzęzła w szyi. Nawet nie wiem kto do mnie strzelał, ponieważ snajperzy zniknęli w tumanach dymu i tyle ich widziałem. Szybko zrobiłem sobie okład z octu (babcine rady), gdyż opuchlizna już się odezwała, a nie miało to być krótkie przemówienie. Zacząłem też prace nad nową bronią chemiczną, zauważyłem bowiem, że owszem ściana ognia pomogła, ale tylko w eliminacji ciężkiego sprzętu, piechota, w odpowiednich termoizolowanych skafandrach, nadal przedzierała się w moją stronę. Nowa broń była prawie gotowa. Stanowił ją cukier i drożdże, wydobyte z głównego magazynu armii. Wymieszane ze sobą składniki rzuciłem w kierunku nadciągających sił i obserwowałem reakcję. Zobaczyłem niezły taniec. Mrówki dopadłszy przynęty zapomniały nagle o szturmie. Sprawiały wrażenie chwilowo nie zainteresowanych wojną, a być może postanowiły tylko wzmocnić się przed kulminacyjnym momentem. Tym niemniej wszystkie zabrały się do pałaszowania słodkich drożdży, pakując je szybko w swe trzewia. Na wynik nie musiałem długo czekać. Już po chwili pierwsze z nich zaczęły dziwnie się zachowywać, kręcić w kółko, przewracać, by wkrótce najzwyczajniej w świecie pęknąć. Przypomniała mi się legenda o Smoku Wawelskim. Też zgubiło go łakomstwo. Po dłuższej chwili dziewięćdziesiąt dziewięć procent żołnierzy leżało z rozprutymi bebechami, rozsadzonymi przez wciąż rosnące drożdże. Niektórzy z nich jeszcze się ruszali. By nikt nie posądził mnie o brak humanitaryzmu pociągnąłem po leżących serią z muchozolu, kończąc tym samym ich straszne męczarnie. Po bitwie postanowiłem zapalić na ich cześć znicz. W końcu zginęli na polu chwały i to w bardzo bohaterski sposób. Moralnie byłem w porządku. Teraz jednak ważniejsze sprawy zaprzątały mój spracowany umysł. Oto bowiem bateria złożona z lakieru i muchozolu, była na wyczerpaniu, a wróg nie zdradzał chęci wywieszenia białej flagi. Przedarłem się w ogniu nieprzyjacielskich dział do zlewozmywaka, gdzie na rurę kranu nasunąłem gumową końcówkę szlaucha ogrodniczego podkradniętego z pawlacza, który zajęty ogniem nie miał nic przeciwko temu. Po powrocie wtoczyłem nowe działo na mury i ze świeżym entuzjazmem począłem celować strumieniem wody w nadlatujące zewsząd wrogie jednostki latające. Trafione opadały ciężko w płomienie. Tam ginęły. Tak myślałem przez pierwsze minuty ostrzeliwania, lecz wkrótce dojrzałem wśród kłębów burego dymu, że samoloty spadały przeważnie w bezpieczne miejsca, gdzie w wysokiej temperaturze szybko wysychały i gotowe do nowych działań podrywały się do lotu. Musiałem coś z tym zrobić, gdyż siły powoli zaczęły mnie opuszczać robiąc miejsce dla toksycznych gazów wdychanych przeze mnie bezustannie. Wyjście było jedno, zmuszony byłem uziemiać lądujące jednostki przy pomocy zwiniętego w rulon ręcznika. To z kolei zmuszało mnie do ciągłego przemieszczania się po polu bitwy i tak też czyniłem. Nie przewidziałem jednak, że i pająki będą tak dokuczliwe. Otóż cała przestrzeń powietrzna obsiana była setkami gęstych pajęczyn. Błądząc po domu zbierałem je wszystkie na ubraniu i twarzy, co po jakimś czasie zaowocowało odczuwalnym ograniczeniem zakresu mych ruchów. Stały się one ociężałe i bardziej męczące. A sieci nie ubywało. Już nie mogłem zdążyć z uziemianiem trafionych pojazdów powietrznych, które szybko startowały ponownie biorąc mnie na cel. Byłem coraz bardziej obolały i oplątany. A wróg był coraz bardziej agresywny i zorganizowany. Kiedy potknąłem się o taboret na którym buczał wentylator, moja chęć walki stała jeszcze na przyzwoitym poziomie. Upadając w plamę oleju, zwaną dumnie Linią Słonecznikową, nie zdążyłem uniknąć bezpośredniej wymiany ciepła mej twarzy z rozgrzanym do czerwoności żelazkiem. Zapragnąłem zerwać się jak oparzony, lecz sterowany siłami grawitacji wentylator pozbawił mnie nie tylko wszelkich złudzeń, ale i równowagi. Mój drugi policzek również posmakował przyjemności prasowania. Ze wstydu aż się zaczerwienił. Dopadły mnie też sprawczynie tej masakry, muchy, kąsając bezlitośnie gdzie popadnie. Nie znałem ich z tej strony. Chciałem resztą sił wyczołgać się z zagrożonego rejonu, lecz tłusta plama oleju stanowczo się temu sprzeciwiła. Z pomocą przyszedł mi sznur od wentylatora, który zakotwiczony w ścianie, posłużył mi za linę ratunkową. Dopadłszy ściany próbowałem zdobyć postawę godną człowieka XX wieku, lecz nisko przelatujący oddział myśliwców wymusił na mnie przyjęcie postawy człowieka z innej epoki. Nie wiem dlaczego, ale kojarzyłem tę epokę z kamieniem. I to łupanym. Schylony przetransportowałem swój wyczerpany organizm w okolice kwietnika. On, podobnie jak telewizor, stanowiły jedyne nie nadgryzione zębem ognia i walk przedmioty. Sprawiły to, jak przypuszczałem, metalowe nogi, których ogień nie potrafił strawić. Usiadłem pod kwietnikiem i wtedy pojąłem swą bezsilność. Zdobyłem się na spojrzenie prawdzie w oczy. I to prawdzie całkowicie roznegliżowanej. Byłem nikim przy garstce wkurzonego robactwa. Całą moją ambicję, godność ludzką i stosunkowo za wysokie mniemanie o sobie w jednej chwili szlag trafił. Byłem zerem. Skończonym zupełnie zerem. Nie potrafiłem poradzić sobie z tak prozaicznym problemem jak zwykła mucha. Nie chciało mi się już nic. Mój przegrzany mózg ostatkiem nieistniejących sił wydał funkcjonującym jeszcze organom mego ciała rozkaz wstrzymania wszelkich działań. Przystały na to bez wahania. Powoli przymknąłem oczy i umarłem, pośród pogorzeliska, popiołów pola bitewnego i okrzyków tryumfu płynących z rozdziawionych gardeł owadziej armii.

Blask promieni słonecznych, wędrując po zmierzwionej i mokrej pościeli dotarł wreszcie do mych oczu. Otwierałem je powoli zastanawiając się co będzie dalej. Nic szczególnego jednak się nie wydarzyło. Było dosyć spokojnie. Powietrze było przejrzyste i pachniało życiem. Cała materialna powłoka kilku lat mych cywilizacyjnych zmagań stała na swoim miejscu. W tle tykał miarowo budzik, zza okien wraz z blaskiem płynął szczebiot ptasiej zgrai, a z żyrandola gapiła się na mnie tłusta, szeroko uśmiechnięta mucha domowa.