Jesiennym rankiem zaplątał pająk sieć nad wąską leśną dróżką
Z tyłka prządł cienką złocistą nić wysnuwał ją tylną nóżką
I tak rozmyślał śliniąc się szkaradnie może w nią tłusta mucha
wpadnie
Może komarów kilka jakaś ważka a może złapię nawet ptaszka
Możliwa nawet heca taka że w lepką siatkę pochwycę ssaka
Ponoć gdy się cierpliwie czeka to można splątać i człowieka
Chytry krzyżaku pleć swoją sieć zerkniem co będziesz z tego mieć
Sieć była śliczna tęcza się chowa błyszczała jak płyta kompaktowa
Pajęczym sposobem związana misternie zdawała się mocną być
cholernie
Już czas jej próby wolno się zbliża cierpliwie czeka głodny
krzyżak
Jechałem swoim rowerem szybkim knieje odwiedzić - po ziółka i
grzybki
Gnałem po lesie fioletowym mijając korzenie kałuże i rowy
Powiew żywiczny pieści mi głowę opony mam siedmiomilowe
Szprychy błyskają nagich ostrzy migotem pruję powietrze cichym
lotem
Wtem sieć rozpiętą widzę w poprzek drogi biznes pana krzyżaka
ubogi
Mogę ją minąć ale nie chcę niechże mi sobą twarz połechce
Szarpnięcie - biegnie - lecz cóż to sieć pęka już mu opada
czułkoszczęka
A rower dalej się toczy bylem polanki nie przeoczył
Na którą sarny o porze mglistej chodzą by się nawcinać trawy
soczystej
To na ich łajnie rosną te grzybki co w tajnie mózgu dają wgląd
szybki
W obszary gdzie każdy błahy błysk jest jak uderzenie w pysk
Gdzie każde zwykłe rozelśnienie otwiera bezdenne kosmiczne
przestrzenie
Tam wszystko co jest jest jednym ciałem z którym się wreszcie
pojednałem
W kalejdoskopie mgławic i tkanek magicznych żywych układanek
Obejmuję nieobjęte a ono puchnie w eksplozje święte
Po co je zżeram kto to wie po co się mięso boga je
Korę na różne sposoby wzbudzam ekstazy i widzenia wyłudzam
Głodzę się siedzę w medytacji a raz to byłem bliski kastracji
Przełykam obrazy książki muzykę wciąż z jednakowo mizernym
wynikiem
I ciągle łudzę się że mnie odwiedzi ten co zna wszystkie
odpowiedzi
A więc zarzucam swoje własne sieci by złowić to co mnie oświeci
By potem wściekać się i zżymać - złapać to można nie można
zatrzymać
To jednak lepsze niż usidlić muchę twarzą w twarz stanąć z
wiecznym duchem
Rozdarta złota pajęczyna swym własnym życiem żyć zaczyna
Jestem pająkiem co zaplata miraże w ostry obraz świata
I tajemnicą która wie jak się ten splot w kawałki drze
***
Usiadła mucha na ziele czarcie
Liść wzdłuż i wszerz przemierza uparcie
To naprzód idzie to się cofa
Jak wesz na głowie filozofa
Nie wie że stoi nad ctchłanią
Miraże jej jasne się nie mamią
Swą plujką plujka zachłannie maca
Gdy nad krawędzią stanie to zawraca
Napojony kawą mocną znów usiadłem przy maszynie
Znowu proszę o drogowskaz czy dasz mi go nim noc minie?
Będę czekał wciaż wzywając twoje imię choć go nie znam
Może dasz mi nowe oczy bym w chaosie się rozeznał
Może dasz mi nowe uszy bym cię słyszeć nie przestawał
Nowe serce nowe trzewia nowy mózg i życia kawał
Nie płosz się żartuję przecież wiem że jestem twym dłużnikiem
Masz mój weksel smutny Żydzie razem z dokumentów plikiem
Wątpię w naszą przyjaźń starszą od wyschniętego drzewa oliwnego
Wszystko przez to, że tak długo mnie zostawiasz w tych
ciemnościach zupełnie samego
Ocean czarny jest bez dna droga w ciemności jest bez końca
Połyka zadumę płacz i śmiech a potem jak pestki wypluwa słońca
Staram się to pojąć by wyswobodzić się pojąć muszę
Słucham drzew podglądam ptaki badam sny i trujące ziółka suszę
Potem dozuję je na plus minus atropa bieluń hyoscyaminus
Duszę w ten sposób próbuję leczyć ostrożnie by ciała nie
pokaleczyć
Chciałbym zamilknąć a nie mogę tak jakbym chciał zapaplać trwogę
Co w tej ciemności mnie dopada trąc o mą szyję śliską łuską gada
Te słowa wcześniej pożyteczne były lecz później zbyt się
rozbestwiły
Zdań nieprzerwaną spadają lawiną pod którą zgniatane zapatrzenia
giną
Historie snują i opowieści co żadna głowa ich nie pomieści
Nie wiem prawdziwe czy zełgane słowa w słowach zaplątane
Fabuły dane i obrazy biografie tragedie i ekstazy
Zbliżył się do liścia człowiek z lśniącym ostrzem w dłoni
Szypułkę odciął i muchę przegonił liść zaś ususzył suchy
pokruszył
Skręcił zeń człek gorzkiego papierosa grzmotnęła zapałka w
chmurach z ust i nosa
Czyje to twarze nosimy przez lata kto nasze drogi w węzły zaplata
Dlaczego w nas serce wali jak w kukłę gdzie wytrzeszczamy oczy
wypukłe
Po co modlimy się do nałogów gdzie zgubliliśmy starych bogów
I czerń i biel i jawę i sen nieważne gdy przychodzi spleen
To jakby psu odebrać kość
A mścicielowi jego złość
***
Te iskry wcale nie są złe śmiało wyciągaj do nich ręce teraz
podkręcę i będzie ich więcej
Światłospadów szmaragdoworubinowej tęczy jeśli ten świat Cię
zmęczy popróbujemy innych naręczy
Bez zaręczyn bo za nic nie ręczę
Kiedy tak sennie skłębieni walczycie o swoje zyski
Kochani, nieczęsto zamyśleni, zakrążeni we włąsnych śladach
Przegapiacie niebo otwarte po którym w słońcu ptaki i obłoki,
kaganiec wrósł już w pyski, a sen realności głęboki
Swoje własne oczy i dusze tracimy w tych walkach
Dlatego nie chcę Cię mieć więcej
I wiem że będę wracał przez koszmary
Prędzej prędzej daj mi swoją ranę
Zapatrzenie odrąbane
Leżę krzyżem na skraju dnia i lasu, twarzą do nieba nie do
ziemi, miękkie zioła sobą gniotę
Raczej nie jestem djabelskim podmiotem
Dla nich kłopotem
Gdzieś tam draby ściągają śmierdzące slipy i haracz, toasty
topią w plastikowych pucharach
W gruncie rzeczy wszystko mi jedno, czy rechoczą, czy im miny
rzedną
Przez tę chwilę jedną
Czekajcie cierpliwie, On nie zmartwychwstaje na zawołanie
Wykrztuś z siebie zakochanie, bo gdy to zacznie, nie przestanie
cichnąć na wskroś nocy wołanie
Ktoś przecież musi za was marzyć, kiedy sennie skłębieni
walczycie o swoje
Przegapiając moment kiedy zmartwychwstaje
Odwala głaz i myk przez właz
Przestrzelony różnobarwnymi błękitami śmieje się nieprzytomnie,
ani do Ciebie, ani do mnie
Tracąc grunt odpływa, nieznane imię wzywa
A wiatr wieje, jak wiał od nagich skał do nagich ciał
Czasem po myśli czasem nie po myśli
Tych co na morzu od niego zawiśli