Wiersze z rymami         



     Kazik Malinowski         



     

***


Jesiennym rankiem zaplątał pająk sieć nad wąską leśną dróżką
Z tyłka prządł cienką złocistą nić wysnuwał ją tylną nóżką
I tak rozmyślał śliniąc się szkaradnie może w nią tłusta mucha wpadnie
Może komarów kilka jakaś ważka a może złapię nawet ptaszka

Możliwa nawet heca taka że w lepką siatkę pochwycę ssaka
Ponoć gdy się cierpliwie czeka to można splątać i człowieka
Chytry krzyżaku pleć swoją sieć zerkniem co będziesz z tego mieć
Sieć była śliczna tęcza się chowa błyszczała jak płyta kompaktowa

Pajęczym sposobem związana misternie zdawała się mocną być cholernie
Już czas jej próby wolno się zbliża cierpliwie czeka głodny krzyżak
Jechałem swoim rowerem szybkim knieje odwiedzić - po ziółka i grzybki
Gnałem po lesie fioletowym mijając korzenie kałuże i rowy

Powiew żywiczny pieści mi głowę opony mam siedmiomilowe
Szprychy błyskają nagich ostrzy migotem pruję powietrze cichym lotem
Wtem sieć rozpiętą widzę w poprzek drogi biznes pana krzyżaka ubogi
Mogę ją minąć ale nie chcę niechże mi sobą twarz połechce

Szarpnięcie - biegnie - lecz cóż to sieć pęka już mu opada czułkoszczęka
A rower dalej się toczy bylem polanki nie przeoczył
Na którą sarny o porze mglistej chodzą by się nawcinać trawy soczystej
To na ich łajnie rosną te grzybki co w tajnie mózgu dają wgląd szybki

W obszary gdzie każdy błahy błysk jest jak uderzenie w pysk
Gdzie każde zwykłe rozelśnienie otwiera bezdenne kosmiczne przestrzenie
Tam wszystko co jest jest jednym ciałem z którym się wreszcie pojednałem
W kalejdoskopie mgławic i tkanek magicznych żywych układanek

Obejmuję nieobjęte a ono puchnie w eksplozje święte
Po co je zżeram kto to wie po co się mięso boga je
Korę na różne sposoby wzbudzam ekstazy i widzenia wyłudzam
Głodzę się siedzę w medytacji a raz to byłem bliski kastracji

Przełykam obrazy książki muzykę wciąż z jednakowo mizernym wynikiem
I ciągle łudzę się że mnie odwiedzi ten co zna wszystkie odpowiedzi
A więc zarzucam swoje własne sieci by złowić to co mnie oświeci
By potem wściekać się i zżymać - złapać to można nie można zatrzymać

To jednak lepsze niż usidlić muchę twarzą w twarz stanąć z wiecznym duchem
Rozdarta złota pajęczyna swym własnym życiem żyć zaczyna
Jestem pająkiem co zaplata miraże w ostry obraz świata
I tajemnicą która wie jak się ten splot w kawałki drze



***


Usiadła mucha na ziele czarcie
Liść wzdłuż i wszerz przemierza uparcie
To naprzód idzie to się cofa
Jak wesz na głowie filozofa
Nie wie że stoi nad ctchłanią
Miraże jej jasne się nie mamią
Swą plujką plujka zachłannie maca
Gdy nad krawędzią stanie to zawraca
Napojony kawą mocną znów usiadłem przy maszynie
Znowu proszę o drogowskaz czy dasz mi go nim noc minie?
Będę czekał wciaż wzywając twoje imię choć go nie znam
Może dasz mi nowe oczy bym w chaosie się rozeznał
Może dasz mi nowe uszy bym cię słyszeć nie przestawał
Nowe serce nowe trzewia nowy mózg i życia kawał
Nie płosz się żartuję przecież wiem że jestem twym dłużnikiem
Masz mój weksel smutny Żydzie razem z dokumentów plikiem
Wątpię w naszą przyjaźń starszą od wyschniętego drzewa oliwnego
Wszystko przez to, że tak długo mnie zostawiasz w tych ciemnościach zupełnie samego
Ocean czarny jest bez dna droga w ciemności jest bez końca
Połyka zadumę płacz i śmiech a potem jak pestki wypluwa słońca
Staram się to pojąć by wyswobodzić się pojąć muszę
Słucham drzew podglądam ptaki badam sny i trujące ziółka suszę
Potem dozuję je na plus minus atropa bieluń hyoscyaminus
Duszę w ten sposób próbuję leczyć ostrożnie by ciała nie pokaleczyć
Chciałbym zamilknąć a nie mogę tak jakbym chciał zapaplać trwogę
Co w tej ciemności mnie dopada trąc o mą szyję śliską łuską gada
Te słowa wcześniej pożyteczne były lecz później zbyt się rozbestwiły
Zdań nieprzerwaną spadają lawiną pod którą zgniatane zapatrzenia giną
Historie snują i opowieści co żadna głowa ich nie pomieści
Nie wiem prawdziwe czy zełgane słowa w słowach zaplątane
Fabuły dane i obrazy biografie tragedie i ekstazy
Zbliżył się do liścia człowiek z lśniącym ostrzem w dłoni
Szypułkę odciął i muchę przegonił liść zaś ususzył suchy pokruszył
Skręcił zeń człek gorzkiego papierosa grzmotnęła zapałka w chmurach z ust i nosa
Czyje to twarze nosimy przez lata kto nasze drogi w węzły zaplata
Dlaczego w nas serce wali jak w kukłę gdzie wytrzeszczamy oczy wypukłe
Po co modlimy się do nałogów gdzie zgubliliśmy starych bogów
I czerń i biel i jawę i sen nieważne gdy przychodzi spleen
To jakby psu odebrać kość
A mścicielowi jego złość



***


Te iskry wcale nie są złe śmiało wyciągaj do nich ręce teraz podkręcę i będzie ich więcej
Światłospadów szmaragdoworubinowej tęczy jeśli ten świat Cię zmęczy popróbujemy innych naręczy
Bez zaręczyn bo za nic nie ręczę
Kiedy tak sennie skłębieni walczycie o swoje zyski
Kochani, nieczęsto zamyśleni, zakrążeni we włąsnych śladach
Przegapiacie niebo otwarte po którym w słońcu ptaki i obłoki, kaganiec wrósł już w pyski, a sen realności głęboki

Swoje własne oczy i dusze tracimy w tych walkach
Dlatego nie chcę Cię mieć więcej
I wiem że będę wracał przez koszmary
Prędzej prędzej daj mi swoją ranę

Zapatrzenie odrąbane

Leżę krzyżem na skraju dnia i lasu, twarzą do nieba nie do ziemi, miękkie zioła sobą gniotę
Raczej nie jestem djabelskim podmiotem
Dla nich kłopotem

Gdzieś tam draby ściągają śmierdzące slipy i haracz, toasty topią w plastikowych pucharach
W gruncie rzeczy wszystko mi jedno, czy rechoczą, czy im miny rzedną
Przez tę chwilę jedną

Czekajcie cierpliwie, On nie zmartwychwstaje na zawołanie
Wykrztuś z siebie zakochanie, bo gdy to zacznie, nie przestanie cichnąć na wskroś nocy wołanie

Ktoś przecież musi za was marzyć, kiedy sennie skłębieni walczycie o swoje
Przegapiając moment kiedy zmartwychwstaje
Odwala głaz i myk przez właz

Przestrzelony różnobarwnymi błękitami śmieje się nieprzytomnie, ani do Ciebie, ani do mnie
Tracąc grunt odpływa, nieznane imię wzywa
A wiatr wieje, jak wiał od nagich skał do nagich ciał
Czasem po myśli czasem nie po myśli
Tych co na morzu od niego zawiśli