Marek Maganiusz Kielgrzymski

POEZJE






o

s
t
r
o
n
i
e
Oto masz przed sobą stronę,dzięki której -być może po raz pierwszy i mam nadzieję, że nie ostatni ! - możesz wkroczyć w krainę słów Marka Maganiusza Kielgrzymskiego Jeśli nie wiesz kim jest Marek,chciał(-a}byś Go trochę poznać, przeczytaj wiecej Jego utworów (zip ok.40kB) z Szarej Strony.
Najlepiej jednak po prostu napisz do Niego i zamów pierwszy tomik poetycki !

Adres domowy (kontaktowy) :
Marek Maganiusz Kielgrzymski
ul.Piastowska 100c/72
80-358 GDANSK-OLIWA








o

a
u
t
o
z
e
O Autorze :
Marek Maganiusz Kielgrzymski urodził się w 1972 r. w Gdańsku:mieszka w Gdańsku-Oliwie, pisze od ośmiu lat. Poezja stała się najwiekszą namiętnością Jego życia, wieczysta treścią i pryzmatem codziennej egzystencji. W roku 1993 współzałożył Inicjatywę Poetycką "ALMANACH". Publikował w "Kurierze Gdyńskim",w "Dzienniku Bałtyckim", w "Literach",w "Toposie","Autografie Post",w "Generator News", w antologii pokonkursowej "Szuflada III" w Choszczanie i w innych. Uczestniczył w kilku amatorskich widowiskach parateatralnych i w telewizyjnych programach poetyckich. Jego wiersze prezentowane były na antenie Radia Gdańsk,Radia Arnet, Radia Eska Nord. Prócz wierszy,pisze prozę poetycką. Jest laureatem ogólnopolskich konkursów literackich.
(wiadomości zotały zaczerpnięte z notki zalaczonej do Jego pierwszego tomiku poetyckiego)




MOTTO


cudownie płynę
promem spokojnych
szukając słów
pomocnych

szeptaniem zbieram
słowa z chodników
stawiam na półce
w szeregu zdań

jak emanuje siła słońca
tak będę zbierał je
do końca

-= ;= -

PISAĆ


pisać o wojnie
rykoszecie tłumu
o smutku pierwiosnka
o klęsce rozumu

pisać o domu
o kocie na dachu
niepotrzebnym nikomu
o łopatce w piachu

pisać o polach
o żywicy złotej
o barwie wieczoru
o psie co pod płotem

pisać o nocy
gwieździstości mnogiej
pisać o wiośnie
o zimie zbyt srogiej

pisać o smutku
i tęsknocie wnętrza
zawrzeć cierpienie
w cichych strofach wiersza

-= ;= -

SAMOWAR MYŚLI NASZYCH


poeci są wśród nas
a że nie mają czasu pisać wierszy
to wina świata

rozmieniamy się na drobne
rozpraszamy w mediach
w popularyzowanym odrętwieniu
stać nas na ogryzki
marzeń

nie znamy samych siebie
skołowaceni
hałasem ciągłych zmagań

spierzchnięte wargi przypadku
przywołują wątłe olśnienia
targnięci nadzieją na więcej
pompujemy tanią rozkosz
w gorące serca chwil

kołyszemy się w rytmie pociągów
zegary przeganiają nas z miejsca na miejsce
nikt nie ma czasu czytać wierszy
w pogoni za swym ogonem

-= ;= -

ALEGORIE PRZESILEŃ


brew moja powściągliwa nagina się uprzejmie
( kto z oczu moich siatkę obaw zdejmie ? )
przykryty światłem lampy pochylam się powoli
skrzydła rozprostowuję - pióra sterczą - puszczyk swawoli
nie jest mi do śmiechu i do płaczu mi nie jest
wiszę na bezdechu sztukuję chwile mdlące

jadę na finał pieśni ludzie się już rozeszli
w knajpce na Przykołnierskiej zapycham ból widelcem
ech ! główkońce barczyste parsknienia rozpulchnione
sędziwy dąb idiota stłuczony hipopotam
ni farsa to ni kpina Asan zdobyczny jesteś
to tylko czasu zewłok świadomość mi odpina
ludzie czytają gazety płachtońce kolorowe
o nas tam nic nie piszą tylko o wideo i o samochodach
nie powiem: szkoda - napiszemy się sami
szaruga troski kleci ( tutaj nie będzie rymu )
dla zabijania czasu niekoniecznie można pisać wiersz

w ciszy oddechów parujących
[ zbyt wiele napisano już o ciszy i o oddechach
motyw snu dręczy monotonią ]
wpatrzeni w ekran bezmiaru chłoniemy antecedens
uróżowieni jesteśmy nadzy jak nas zwą galopem
metafory przesileń --> miło mi : Pronobiusz
fachman poezyjny filodendron skory Nic
siedzimy wygodnie pizza chrupie w kwiatach
pour passer le temps *
fioletowa sałata

* dla zabicia czasu, dla rozrywki

[marzec 1996 r.]

-= ;= -

DZIWNA ZŁOTA MYŚL


snem jest Wszystko
i nic nie jest Snem
Bardzo bardzo snem jest Wszystko
i bardzo okropnie nic snem nie jest
czy Ty snem jesteś ?
Czy snem Wy jesteście ?
Nie - ty bardzo nie bardzo snem nie jesteś
inni bardzo okropnie nie są snem
Ja nie jestem Jedynie snem

nic nie jest Snem
prócz snu

[xi 1991]

-= ;= -

AKORD


brunatny ściek
toczy spienioną ciecz
jest w nim spiekota i grząski ból
silne dłonie opadłe na oba brzegi
drżą

jak gdyby nigdy nic
palą się złowróżbne domysły
pomarańczowy dym wali w białe niebo
spoziera z ukosa kudłaty pies
liże swoją tęsknotę

osiodłane dążenia
przemknęły siwym ściekiem
rozbiły stateczność wierzb
zmarszczyła się wielka toń stawu
jasnoróżowe słupki nieumyślne
zaświergotały na wietrze

kopyta buntowników
przypaliła gorąca trawa
żelazne zajeżdżone tory zestroiły horyzont
stojąc pod betonowym kominem
odczytałem wiersz
napisany w czasie pracy

[1994]

-= ;= -

SADE 18:14


Kiedy przyglądam się kaskadom moich dociekań
A oczy palą porażone blaskiem świetlówek
Widzę przecież
Że to wszystko na nic

Ojciec rozbija orzechy w sąsiednim pokoju
I gapiąc się w telewizor
Myśli dlaczego zawsze jest inaczej
Niż by się chciało

Ja oglądam szpaler codziennych zachcianek
I w sposób niepojęty albo zwyczajny
Brzydzę się sobą

Trudno odnaleźć mi dzień
Który był przeżyty
Z reguły noce i dnie przeżywają się same
Przychodzą i odchodzą
A mnie coraz mniej to obchodzi

Nikt nie chce orzechów
Które są pogniłe
Albo tylko lekko ściemniałe od wilgoci
Przecież nie wiadomo co może być w środku
I tylko rodzice naprawdę kochają swoje dzieci

[IV 1993]

-= ;= -

* * *


nikt z nas
nie jest Bogiem

i kiedy samotny komin majaczy w dźwiękach czarnej muzyki
a ulice śliskie od lodu i błyszczące poruszają się
kiedy drzewa zmarznięte nie wyciągają gałęzi
a noc szeleści wokół zaciśniętych pięści
kiedy niebo nie pochyla się by całować gołe pole
a klaustrofobiczne obicie windy zatrzymuje złe słowa

wtedy właśnie patrzę w głąb zimnego szybu
i na pamięć kilku chwil !

uciekam

[xii 1991]

-= ;= -

TRWANIE W MARAŹMIE


trwam krajobraz przesuwa się wzdłuż mojej lewej ręki
drzewa wciskają pod łokieć pąki pokryte puchem
w kuchni nad owocami krąży drozofila melanogaster *
komunistyczne okulary wodza (przydymione zadufaniem) symbol epoki
totalitarny system powodowania w twojej rodzinie obóz reakcji
pierwotniaki to jednokomórkowce pantofelek twój brat
potępiaj saprofity - to nieetyczne {choć pożyteczne}
bąbel betonów spuchł
zatrułem się serkiem termizowanym zgłosiłem od tego czasu Mleczarnia
ściga mój cień wysłali ludzi aby mnie dopaść chodzą za mną w skórzanych
kurtkach z morelową podszewką wolałbym już mutację letalną** zdechnąć
każdy musi tak jak mój pies Cezar wielki duchem kundel z Piastowskiej
kochałem go jak mało kogo
trzeba zmodyfikować spojrzenie na świat rzeczywistość to nie ściek nie tylko
kobieta z czerwoną twarzą zbiera puszki po kawie
dzieciaki wpychają zapalone skrawki do skrzynki pocztowej
stąd do Aldebarana codzienna droga do szkoły bzów siniejących
plejstocen w mojej lodówce z patelni dymi próżność
powietrzne gry statystów odrzutowiec smrek naniebny jarmułka słońca wspak
kolorowa noc z odpadami snów gęsi dociekań na ścieżce podejrzeń
mętlik ukośny wspaniałe wielkie słowa znieczulające wszystko

* muszka owocówka
** mutacja prowadząca do śmierci mutanta

[marzec 1996 r.]

-= ;= -

* * *


Myśli z futra niedźwiedzia
Pną się po akordach
Rytm sześciu strun
Wybija godzinę snu
Siedzę w fotelu
Zatopiony w niebycie
Zanurzony po szyję
W kolorowej retrospekcji
To kalejdoskop uczynków
Dobrych i złych
Krawędź niewiadomej granicy
Pomiędzy sumieniem a sercem
Wiatr szarpie kotarę
Jak rozzłoszczony pies
A za nieprzezroczystą szybą
Dziesiątki rozświetlonych okien
Kreślą krzywą nietolerancji

[ix 1991]

-= ;= -

MOMENTY MIŁOŚCI


Nie wiem
Ani kim jesteś
Ani skąd przybyłaś
Szacowna
Słyszę twój krok
Czasami
Oddech

Nie wiem
Dokąd
Zdążasz
Powabna
Ani jaki cel przedsięwzięłaś
Zawczasu

Czuję jedynie momentami
Twe gorące
Spojrzenie
I dotyk ciała
Nieulotnego
Na piasku

[vii 1992]

-= ;= -

PISANNOŚĆ KRYSTYNOWA


tyś jest słuchanka dni moich
wgłębosilność złoto-radośnicza
zaśmatka srebrno-głuchych godzin
pomiędzy - co na dwoje - -
babka jedność wróży
chiromancjo ty ma z liści powiek
światsłowa opalizujące stręczysz
w okołosłuchanicach utulona
ze Scatmanem za brat pan
cóż ja bym teraz bez cię z głowy trefił -
wierszoklatki smutniste -
ołowianki skisłe
tapczanowe chluśności
mazerunki blade - - -
jam udojniec płoc


[1 luty 1996]

-= ;= -

RUINY


jestem kronikarzem
prowadzę dokumentację chwil
żałosnych wątków
wystawiam na pokaz
smutek
obrazy wnetrz
własnych
nazbyt otwarcie
to może mnie zgubić
lecz trudno
nie potrafię inaczej
niech będzie
co ma być

tak nikły płomyk
potrafi mnie ogrzać
zachwycić
nasycić
i mogę się nim zadowolić
pomimo
iż brakuje mi kominka
ogniska
pomarańczowych lśnień życia
i twego cienia
po drugiej stronie

wyciągam ręce
ktoś mi je przetrąca
to nic
kupię sobie nowe
i pochwycę cię w ramiona
nad piramidą jasności

lecz ty
jesteś dalej niż myślałem
nie mogę cię dosięgnać
muskam jedynie twój cień
gubiący się w mroku
a ogień już przygasa
skrzą się węgle
gdzie jesteś?

stoję bez ruchu
wdycham dym
przyglądam się
ruinom moich marzeń

[utwór wyróżniony w konkursie jednego wiersza
w 1995 roku w Gdańsku-Morenie]

-= ;= -

RZECZYWISTOŚĆ


a kiedy świty prędkie ponowną różą horyzontalną
otoczą wirem zimnego powietrza szkielety strojów
dni lepkich od powietrza zbroczonego zetlałego
krzepnące wątpliwości w słowach przegadanych iluzji
stereotyp fobii ilasty pogrzeb estrów organicznych
o zapachu kwiatów lub owoców leżę w poprzek łąki
szwy puszczają nuda perwersyjne zawody piromanów
w Gdańsku na ulicy kuca człowiek kucyk - mówią ja nie słyszę
własne myśli jeżą się drżą w brunatnym golfie nerki
wywala się piana wredota burzy naczynie chęci
liście czasu pokryte woskiem godzin pęd wydarzeń polerowanych głupotą
a to może także część sensu
potem przyjdzie aspiryna z apteczki głowy
balkony smutku zwisają z próżni chodzi strach
naśladowcy przyrody puchną spolegliwie
nikt nic nie wie każdy chce mieć święty spokój
krew pluska meandruje katarakty bólu
królik szeptu skronie puchną jaśminy w więzieniu ludzi
dzieci w czwartej klasie puszczają bąki w ostatniej ławce
obserwuję życie nic nie umiem zasłona puszysta
z pociągu wyrzucają konduktorów na pustynie biologii
rzęsy opadają w dymie
taksówki rozpaczy sapią na zakrętach gabloty ciszy
szczupłe nogi przypadku rozpasanie w biegu
zlikwidowali pizzerię przy pętli

[18 marzec 1996 r.]

-= ;= -

BAJKA


bajka fragmentarycznie zestawiona
o ludziach śmiesznie rozdętych
bajka nicości pozbawiona
o rymach przelotnie śniętych
bajka nieczuła na błagania
skazańców na wieki przeklętych
bajka co nie zna uroczyska
i dróg na zawsze krętych
nic co zostało z mego życia
nie przypomina kłosów zżętych
wszystko jest promenadą bycia
i kwiatów późno ściętych
nawierzchnia szosy biegnie w niebo
niwecząc upór zgniłej wiśni
nic co zostało z mego życia
nie przypomina spadłych liści
bajka fragmentarycznie ułożona
w istnieniu pieśni cicho kona

-= ;= -

* * *


wychwyciły się ze mnie głosy niezliczone
hymn innowierców
na łapkach przydarzeń dukt pokonuję
migawka skwierczy

w wierszach poetów czytałem hejnałem
ratusz i beczki
stoję i milczę w barbakan wklęty
dłonie plus świeczki

a jest w tym mieście parantela bogów
kafejki schłodzeń
w piwie utonę szrapnel żywiołów
ogołocony

*
jak by to wysłowić ? - -
mumia performance
niebieski gość na scence kartonelce
ani drgnie
skosem prowadzi źrenice
oczy rozwarte
palce-sztyft
czapka aprobatka
ciii
z pomponem
nie furknie
w poprzek chodnika truchleje amorficznie zbity z pantałyku
przechodzień

*
bożek podróży jeden wie ile by czasu przelano
zanim przyjechałbym tu
wdzięczny jestem choć nic dostrzec po mnie
skalny mnich i twarz chmurna stratus mina
buc zdrętwiały
(w sercu dziura wypełniona ad hoc pękami poliszyneli)

[Kraków lipiec 1996 r.]

-= ;= -

MOJA TĘSKNOTA


Niebo nareszczcie się wyczyściło
ptaki szaleją w powietrzu przejrzystym
niedawno tak bure i pochmurne było
teraz w błękicie nurza się srebrzystym

Druty na słupie wachlują się w słońcu
nad strumyka pluskiem - jak ptasia huśtawka
trzy pierzaste dzióbki het w odległym końcu
i wilgoci przystań - z marmuru sadzawka

Trawa soczysta i drzewa wysokie
ludzie tak różni - pragnienia podobne
jeziora czyste i stawy głębokie
kałuż lustrzanki krople wody modre

Moja osoba wciśnięta w gąszcz krzewów
ukryte oczy w dłoni zwartym ścisku
wciąż zasłuchana w chór miłosnych śpiewów
trwająca z zachwytem przy wspomnień ognisku

Pająka półcień kończyn stos ruchliwy
kuleczki wody w sieci zanurzone
muchy jęk cichy bezsprzecznie zrzędliwy
i łzy tęsknoty w ofiarę złożone

[xi 1990]

-= ;= -

PAMIĘCI WIELKICH DROGICH


północne budki z piwem gaszą światło
otwarte całą dobę lecz
nikt tu już nie przychodzi
wiatr w trąbki dmie - nie jest zimno

Milczewski-Bruno i Bursa i Wojaczek a Sted
przechadzają się i trzeszczy żwir albo
piją chłodną herbatę - herbatę z lodem
i nie wiem czy to Niebo
Niebieska Tancbuda o poranku
czy też zbyt dużo dziś wypiłem
znowu

[14 XI 1993]

-= ;= -

ZAWSZE WIECZOREM


zawsze o zmierzchu
tak samo jest mi przykro
lśniące powietrze nagania złudzenia
w sąsiednim pokoju amerykanka szczęścia
kocha telewizor w talerzowych łuskach

czemu o zmierzchu
protezy mi szeleszczą
nie ma mego serca w czekoladzie ciepłej
duszę się w ilości bez jakości sedna
pokój mój maleńki oddycha wraz ze mną

zawsze nad ranem budzę się zdziwiony
podchodzę do okna rozsnuwam zasłony
coś z horyzontu jak lizak wylazło
dało wszem wobec do wstawania hasło

rzucam spojrzenie na zaspane głowy
o nie ! - porządek nie zginie betonowy
śpię dokąd mogę potem sczeznę błotnie
nikt mego imienia nie wspomni dwukrotnie

-= ;= -

NA DZIEŃ MATKI


Matka to moja cicha przystań
w szamotaninie strąceń ciszy,
ciepły przedsionek do enklawy,
do pól serdecznych, gdzie Ją słyszę.

Matka - stała opoka słów najszczerszych,
monolit wiary, prawdy statek ;
pierwsza kobieta w życiu świata -
największa miłość naszych matek !

W chaosie doczesności straceń,
w pędzie codziennych efemeryd
jedynie w domu tuż przy matce
osiągniesz błogi spokój szczery.

I chociaż w stresie gonitw życia,
w jazgocie złamań płaskich dni
zdryfuje łódka twoich uczuć -
to jednak w sercu jęk się ćmi,

że tylko matka najprawdziwsza
kochaniem swoim aż po kres,
i tylko ona tak ci bliska -
za twoje szczęście odda swe.

I matka to jest ciało z ciała
i matka to jest krew twa z krwi,
i matka to jest pamięć ciepła
dziecinnych, rozbrykanych chwil.

[20 maj 1996 r.]

-= ;= -

COŚ NA KSZTAŁT EPITAFIUM


Chyba nie potrafię już marzyć
posłuchajcie : czy wy potraficie jeszcze łapać wiatr ?
chciałbym uścisnąć grono wasze dookolne
pamiętajcie o mnie gdy postawię wódkę Charonowi
złośnik ze mnie - no nie ?!

Twarze ludzi na chodnikach
wyszedłem z pałacu - jestem w pociżgu
zawijasy przymiejskich hipochondrii
psychoza świerzbiących pięści -
"ach damy my mu po pysku!"
jakaś drutownica słów
a wszystko na kształt - może epitafium

Niczego nie powinno się gloryfikować
awersja : "nienawidzę go bo on piórem pisze"
i w łeb na rozstajach pełnej kultury
zwisłej w zeszły piątek w tunelu bez świateł

Kreować świat podług siebie będę
i nic nikomu do tego
po prawdzie będzie to - możę epitafium
a może strop modlitwy o życie...

Pamiętajcie o mnie gdy nie będę miał nawet sił
na dobre myśli

[19 I 1994]


poczatek

Wszelkie opinie o zawartosci tej strony mozesz kierowac TUTAJ,a na pewno zostana one przekazane Autorowi.