|
Witam uprzejmie...
|
|
...światło, tu jako pojedyncza korpuskuła, mała krupinka wpasowana w obręb oktawy. każda fala z osobna nie niesie radości, już prędzej całe morze rękawiczka z wałkami, pogufrowana. co za podróż, drobienie nogami w żywym srebrze! witanie zjaw wychodzących z mgły, sami bliźni, nawet milicjanci. |
|
Północ, rozlewiste czerwcowe zmierzchy wyciągające ręce do świtów, smuga wyblakłego światła przemycana tuż poza opłotkami horyzontu. brodzenie sosen w piachu, po staremu w wędzidle plaży szarpie się koń morza, szarego morza. zboże wchodzi na pagórek, przestępuje wzniesienie wchodzi do lasu. gdzie kostropate kaszubskie krasnoludy w ochronnych czapkach z wrzosu wsysają z sykiem leśne prześwity, poniemieckie domy o pokruszonych dachach, wydmuchują je gdzie okiem sięgnąć. i znowu. raz za razem masz zadziwiająco drobne kryształki soli na brzegu wargi, zapadam się wzrokiem składam dyniogłowę na płaskowyżu twojego brzucha, unoszącym się, zapadającym, raz za razem. twoja skóra jest z mchu, cała w jednym kawałku, pomarańczowa, niesamowita. słońce opiera się na łokciu, opada mu głowa do wody, z pluskiem. nie chcę kończyć, nie chcę wynurzać się z piasku, raczej zagrzebać się, wwiercić, jako któraś z tych gwintowanych stożkowych muszli, poczekać aż przysypią nas zdarzenia świata, skamienieć powoli, przez miliony lat, ku radości szczęśliwego, zaskoczonego znalazcy, nie w jednej chwili, w tej chwili nie |
|
9 filmowy pociąg wjeżdża na stację po szynach perforacji. albo wyjeżdża tyłem, wszyscy chodzą tyłem. zbierają dym z powietrza, wdmuchują w papierowe tutki. w życiu tak nie ma. niewiele do odkręcenia: w jednym błysku, schylony nad kuchenką (wyjadając makaron z dna garnka) przenikasz depeszę od dwóch stóp równoległych w dole. albo budzisz się, skurczony, tak jak, skurczony, zasypiałeś ciskasz ciało w ramę auta, nie odzywasz się nic. |
|
POWITANIE JESIENI W RUMUŃSKIM AUCIE NA AUSTRIACKIEJ SZOSIE światło powoli wycieka, coraz łatwiej uwierzyć że kłębiaste zamki, miasta, różowe, lśniące mury nie mają własnego ciężaru. ciała. że są mgłą, parą wodną, czymś takim. coraz ciemniejsze ptaki lila pokryte futrem, jesień dosiada ich. poblask z dołu, zza horyzontu. wiatr rozprowadza go w pasma, jeszcze delikatniejsze, przędzę, z której utka się drobny deszcz. tracenie z oczu miejsc, zostających za tylną szybą, przeczucie tych, w których stronę toczą się koła. pod wiatr, pod bure i nie wiadomo kiedy zgęstniałe skrzydła nieba. uroczyste sklepienie podparte skwierczącą kolumnadą błyskawic. woda mężnieje, krzepnie, falista kurtyna przez moment łączy niebo z szosą. zaraz rozpierzcha się z powrotem w pojedyncze krople. już po drugiej stronie. front przeszedł, czy my przejechaliśmy pod frontem. po tamtej stronie oczekiwanie, pogodna melancholia wśród śmietankowych chmur. po tej szarość w miejsce błękitu z różem, w górę zwrócone plecy Ziemi. |
|
DYPTYK Z RYZYKOWNYM PRZEJŚCIEM jedna lokomotywa z przodu składu, druga z tyłu pcha. przeszłość i przyszłość wzmacniają wątły środek: trochej i jamb. nogi za pas. jeszcze tylko przejdziemy ten nasączony cieniem wąwóz ulicy, do następnego placu, placka słońca. jeszcze mętny strumień odnajdzie swoją entelechię. czarny męt. mętny czar. czarowny wieczór. mentorski ton. ryby. przecież nawet dwuipółletnie dziecko wie że w łodzie muszą być yby. nawet w kałuży, to co. zagarnia patykiem i biegnie, uszczęśliwione: brunatny zbutwiały zeszłoroczny liść. wrzecionowaty podłużny śliski. jak trzeba. będą yby na kolacyjkę. potem pokusa, której rzadko który z dużych się oprze: gdy yby nie chcą się łowić, jeszcze raz nabija na koniec patyka i zanurza głęboko, głębiej, aż nic nie widać spod mętnej czerni. wyciągnięcie i radość miały skopiować tamto wyciągnięcie i tamtą radość. to się jednak udaje, hm... rzadko. |
|
18 rozrzutność ciał, łuków brwiowych, brzoskwiniowej cery bezbłędnie napiętej na kościach policzkowych. znów po wakacjach. nowiutkie biusty rozcinają powietrze w autobusie. w swoim kącie chłopcy barytonem o dwa numery za obszernym wymieniają zdania i uwagi o obróbce ręcznej, narzędziówce, nowym nauczycielu typologii metali. dwa szczepy spotykają się w Rynku, podchodzą z dwóch stron, skrzyżowanie szlaków na ławce. soczystość, języki splatają się, burze rozsypanych włosów nad lustrami ze schnącego deszczu wzruszam spadzistymi ramionami, czyżby jeszcze jedna jesień w przewężeniu między wypatrywaniem przyszłych rzeczy i rozpatrywaniem przeszłych z rzednącymi włosami i grzbietem coraz niżej zginającym się w łuk czyżbym jeszcze jeden raz nie pojął morału z rudego słońca prześwietlającego delikatne włoski na skórze już nie mojej, ale jednak. liści, spadających, ale jednak coraz tępszy uczeń nauczyciel zaczyna się już podłamywać. |
|
9 OBRAZÓW Z ŻYCIA CZEREPU jadę tyłem, do przodu potylicą, wir informacji gnie stropową płytę czachy. soczewica koło miele młyn. piach chrzęści, któregoś dnia wyłamie wał, posypią się tryby odspojone od macierzy. póki co wrony nad polem grud obsługuję multum kart i formatów. któregoś dnia, posypią się jak zęby z pewnych koszmarnych snów o szkorbucie. proszę przyjść, proszę przychodzić regularnie, z pana słabym kośćcem skazujemy się na syzyfową pracę. tymczasem: tyle tygodni używania w snach pianki super bold, super hold, aż keratyna przemieściła się z cebulek daleko na źdźbła. przeliczenie się z siłami, totalne uzewnętrznienie. rwanie włosów garściami, natychmiast chłód, pod dłonią kształt czachy, obłość, co nigdy słońca nie widziała. i co na to powiesz, czy będziesz mnie w stanie dalej kochać. czy będę w stanie dalej się kochać. czy po zgoleniu głowy, odstawieniu piany wytworzę nowe. pejdżer pikaniem budzi grzeczne bobo szwagra. szybko po ciemku ubieram się schodzę w mroźną biel ranka, obkłada mnie, ja jego połami jesionki. |
|
REALIZM: POWRÓT Z PRACY emaliowane, czarne niebo tylko na chwilę rozwiera paszczę, ukazuje błyskawiczne unerwienie podniebienia i już. ciemno, turkot wozów z kamieniami, wiatr pierwsze krople gimnastykują się z liścia na liść topoli. szerokiego, trzepoczącego na wietrze. póki nie spadną na asfalt alei, nie rozprysną się w gwiazdę, jedną z tych, co dziś nie zdążyły pozapalać się w górze. wiatr uskrzydla biegaczy, wypełnia im żagle pleców. pedałuję, znów w odwrotnym kierunku głowa pochylona uparty baran wiatr zaplątany pomiędzy poły kurtki przebiega wzdłuż zmęczonego grzbietu, mrozi serce w klatce |
|
WIOSNA handluję karabinami, obciera mnie pas z wszytym złotem, noga monotonnie gnije. taki sen trwa trochę mniej niż dwadzieścia lat. po przebudzeniu przychodzi przyjaciel B., robotycznie przeskakuje mu głowa. bez słowa zabiera drobne przedmioty ze stołu i chce wychodzić. nachodzi go duch Faraona, przymusza do bezeceństw. kiepskie dla synów jaskółki są jesienie z zapachem palonych liści i długie, szczerzące nagie gałęzie przedwiośnia. chciałbym, żeby nie musiał wciąż oglądać, jak ściany pokoju rozginają się, jak po sąsiedzku skwierczy piekło z szatanami. zmyłki chemikaliów w głowie. czy fakty, wobec których pozostaje z szacunkiem skłonić głowę. czy najnowszy premier, któremu widnieje, jest mniej, czy bardziej szalony czy mniej szalony jest ten, co centryfugę świata łapie za słowa. |
|
3 ( 6 bordowe zmierzchy w cieniu rzucających młociarzy w cieniu rolkarzy, deskorolkarzy, potłuczonych górskich kolarzy, na wrotkach i rowerach mknących prosto do szpitali. prosto albo łukiem przez albumy wkrętów, blachowkrętów, obejm meblowych lub blach zamkowych. lub mnie, obejm, obejmij, chodźmy na zamek chodźże, chodźże-no, kakekoro-no, kakekoro-no kana! bordowe dno oka, hordowe zmierzchy a jak nie zadziała? wyłącznik zwłoczny, ogranicznik przeciążeniowy? jak sprzężenie zwrotne nie podtrzyma ciągu znaków? jak hordy przekłamań dotrą do zdalnego terminala, największa zwarta grupa cywilów otoczona w jednym miejscu od poczęcia wojny w 1991, największy spójny obszar przechodzący z rąk do rąk od serii ofensyw w 1992, najdłuższy skok do piaskownicy od afery dopingowej w 1993, najgorętsze zmierzchy od wyroju much w 1994, mniszki brudnicy, czerwcowych żuków bombardujących, plagi szczególnie nowszych osiedli? nieufność, nieufność, remont torowiska, utwardzanie rozjazdu, przekonań, stali, stali, chodzili stadami i fotografowali się wzajemnie, karty pełne całunów od Cioci |
|
SYNDROM ŁUŻNEJ ...nadzieja na dobry dzień, umycie pleców słońcu. wyszliśmy wysoko, do ziemianek Bandery, szukać odznak z trójzębem i karabinów. ale naprawdę jesteśmy pod spodem. wysoko, ale przywaleni. nad, ale pod. tak to wygląda z przeszłością. lata sześćdziesiąte: Cyganie przytrzaśnięci w blokach Huty próbują rozpalać ogniska na gumoleum... |
|
4 ( 4 żółte liście ekscentryczne w sierpniu, w październiku w głównym nurcie. ogonki chwacko w górę, na miejscu czują się, swojsko wśród większości. przyjemny, suchy szelest. rozleniwiające ciepło toczy się, nie widać końca, jak hm... materiał z ciśniętej naprzód beli. co będzie dalej było do przewidzenia, nie trzeba było być prorokiem szurającym podeszwami w kolorowej stercie. ale i tak niedowierzanie w oczach. ile ich może spaść, oklapnąć, zawilgotnieć, może nawet obrócić się w śluz przez jedną noc. sczepienie się puchatej objętości w jedna błonę. rozłożoną do rozkładu na asfalcie, pod zmieszanym słońcem, w sytuacji niezorientowanym. a ta jest prosta: nadrzewna mniejszość z wysokości dołączy do większości, przymrozek zgryzie je, wilgoć spęczni, tkanka się uprości w bardziej jednolitą bryję, potem wszystko razem pewnie nawet śnieg przykryje. |
|
SPUŚCIZNA KATARÓW ecco prozodia, rano słońce, po południu noc, katary bo nie idzie dopasować ubrania. listopad i liście te jak obślinione śnięte ryby ścielą się po chodnikach. jakby nagle wszystkich przestało obchodzić. sny jako obszyte futrem boty wikłają kostki. listopad, inaczej zwany listopadem. znany też jako listopad (patrz: listopad). pompatyczna forma i przeładowanie szczegółami. mętna wiedza o symptomach i totalne zapoznanie zręcznych środków. wydrzeć nocy jeszcze chwilę, doczytać koniec listu, który przyszedł we śnie. i na co, odstęp po przecinku, podstęp świta. |
|
13 bruki i asfalt wołają: zmieniłeś się. odbijanie się kroków od twarzy domów woła: zmieniłeś się. sam na ulicy, dawne grepsy nie utrzymują ciężaru. zetlała lina. pierwszy śnieg chce ułagodzić krajobraz, walczy przez chwilę z szarą temperaturą chodników, jest zupełnie ciepło. zostaje delikatną posypką, potem mokrym, potem niczym. drugi śnieg przez noc opatula goliznę jezdni w kamizelkę, na alejkach można wyślizgać szlaję. cofa mnie w dzieciństwo, znów jednozłotowe monety w kieszeni, niegroźne przedzieranie się przez cierpliwą pionową pierzynę. |
|
13 (NAPOMNIENIA MALEŃCZUKA) strajk snów, jedynie najeść się placków słodkich do bólu, do zdechu, do zerzygania nam pozostało. mocne osobowości ciągną w przód, napędzanymi kołami na niespodziewane języki lodu. stąd zarzucanie. mistrz kierownicy mówi o tym w naturalnym anturażu, w czapce i zza kółka. nie ma kto przestrzec przed językami ognia. monotonny szum usypia. zaczyna się niby dobrze ale zaraz: a ten tu poszedł, tam zrobił, opisy, ploty i wszystko sze-sza-si-siu-sio, nie do zaśpiewania. hodowlany poeta za pazuchą świtu. stwardniała skóra miąższ zbiega się, bąble powietrza w środku zapowietrzonych kaloryferów syk. |
|
16 badyl z taflami lodu w rozcapierzeniach wiatr nim szarpie na dachu garażu. czasem akurat zgrubienie szyby pomiędzy nim i głodnym wzrokiem. wtedy potężnieje, rozdyma się, wygraża niebu. załamują nad nim nagie gałęzie większe drzewa. to znów go widzę jaki jest cienki, mizerny, rozszczepiony na włókna. w pierwszym życiu, zielonym robił, co należało, wykształcał ściany komórek, nabrzmiewał sokami, upychał korzenie między papą i blachą. uplasował potomstwo i akurat skończyła się jesień. teraz wyschnięte truchło wygraża niebu, przyjmuje na siebie szarpnięcia wiatru który nic sobie nie robi z tego. załamują nad nim nagie gałęzie większe drzewa. |
|
PYŁ oka opatrzności rozebrane do rosołu? podłożyć cerę kawałkiem pończochy, aleksandryjskość (uznawaliśmy za dekadencję) czyli dopisywanie do żyłek na liściach: drzewiasta delta strużek krwi na skroni, o, o! to jest coś! a takie? nic nie znaczy. z biegiem czasu być może ukaże się nowa prostota w punkcie zbiegu przewodów tramwajowych. być może ukaże się feeria barw i dźwięków w szprychach rowerowych. będzie mówił tak, jak było. tak, jak będzie. we śnie ślędzie, sałatka ślędziowa. być morze. być równina. być chmury "dobrze zdefiniowane", dobrze poniżej wręgów nieba. być żółte szafki w kuchni, popękana wylewka, od której zaczęło się wszelkie nieszczęście. dlatego, że odspojona, wygarbiona, nie obstukana w porę obcasem. na nią dopiero zamakające legary, szloch kobiet, obudowana nie w porę obcesem niepewność mężczyzn. nie na miejscu, nie na miejscu, niejasna opowieść. być może kiedyś będzie mogło się powieść. |
|
17 DLA KRZYSZTOFA zatwardziały lód pilnuje chodników, czarny bazalt Indianie potrafili z tego robić strzały ale ich wybito. butami szuram, wypatruję iskier pod tą lawą, śladów przyjaznego knucia, braterstwa pod skorupą, hm... plugawą. tymczasem przed kamienicami niechętnie, ale odmieciono, za to środek jezdni zawalony, nikogo nie interesuje. moje sprawy jakiś obuch kruszy w gruz, więc też tylko półgębkiem, półokiem rejestruję. ostrą myśl, uogólnienia, zostawiam dla chętniejszych, bardziej dziś dysponowanych. z banią gorączki na zbyt wiotkiej szyi zmykam w dół. rzadkiej piękności dziś miasto, rozcapierzonymi palcami trafiam akurat w te przerzedzenia. zbieram co najwyżej nitki nadziei, srebrnej, zamarzniętej plwociny. wycieram o wnętrze kieszeni, mamrocę podziękowania. |
|
13 przez całą noc wytrwale wiatr zlizywał śnieg chropawym i ciepłym językiem dziś wielkie płynięcie. roboty inżynieryjne w pokrywach sparciałego lodu kierowanie rwących i mętnych strumieni do wlotów podziemnej sieci. w lesie to prostsza rozgrywka: po prostu przesiąka przez ściółkę. nie wiem, skąd do mnie ta mowa. w lesie byłem dwa razy, jako turysta. nie szkodzi, bardzo chętnie pouczę wodę i lód jak mają się w siebie nawzajem przemieniać, jak zachować klasę i godność. |
|
SZŁOBY GNÓJ Z ZIMY jak nazwać ten dźwięk. trą drobne kamienie i ziarna piasku o klinkier. zszedł śnieg i wszystko tu jest, na widoku. szłoby gnój z zimy przerzucić i wywieźć na razie nie myśli się o tym. kierowcy uczą się dziur na pamięć, grawerują w mózgach dokładną mapę. jak nie to można urwać zawieszenie. wszystkie ubogie kraje to mają. szczególnie te z mrozami i roztopami, na zmianę. ile miejsca zajmują te mapy, co tracą faceci zamykając się w koleiny. na razie cisza. nie myśli się o tym. może zbyt dosłowne trzymanie się szlaków, drobne, automatyczne ruchy kierownicą może zżółkł i oklapł wiecheć poczucia humoru na parapecie. |
|
4 ( 3 coś chciałby powiedzieć, ale nie wie jak przerwa porannych chmur na jasne i czyste pierwszy raz od tygodni pierwsze wody odeszły spomiędzy nawierzchni i lodu robotnicy cyrkularkami tną łaty w asfalcie znów zwiódł mnie pośpiech i powierzchowność sądu wychwytuję tylko jedną cechę i puszczam się biegiem po nieposypanym chodniku jednak mróz i potężne podcięcie na skręcie. |
|
3 ( 4 wrócił mróz i ściął kryształy na gałęziach. teraz to są moje jedyne klejnoty. brylantowe i srebrne ścieżki, lśniące kamienie, jak w drogocennych weneckich drzewkach tu, pod blokiem. kobieta i mężczyzna szuflują świeży śnieg w oślepiającym świetle odbitym od białej płaszczyzny. dostały mi się klejnoty na gałęziach ale każde świństwo, zaniedbanie, wszystkie przeszłe szwindle mam już na twarzy wyciśnięte buciorami w śniegu, nie wyszufluje tego nikt. |
|
KIELCE WIDELCE dosyć dużo utrzymywania się w ruchu chodzenia do fryzjerów, a nuż powiedzą coś cennego podczas strzyżenia wstąpiłem właściwie na chwilę, przeczekać śnieżycę. przeciągnęła się, długo, daleko w kwiecień. przerośnięta kasza śnieżna natychmiast rozpuszcza się, skręcone postronki wody na przedłużeniu włosów, brwi. ciężkie srebrne kule balansujące na końcach rzęs. krople-pułapki na liściu rosiczki, cyfrowo animowana woda migoce w coraz szybszym rytmie. lepkie nici pajęczyn pod plamkami luminoforu. rtęciowe fale umysłu, przybój wyjątkowo długo nie robi się ciepło. zawierucha trwa, w śnieg zamieszane drobne płatki z wilgotnej gałęzi dzika wisienka, zdążyła zakwitnąć i opaść. |
|
10 (JAKI KTO KOGO) napięty namiot nieba, rozcapierzone rusztowania gałęzi, bębniący odgłos kropel, mosiężna klamka wieczoru wciąż noszę przy sobie ten smak grynszpanowy pod językiem. zmierzch do połowy odwinął się z płóciennego pokrowca. nie lubisz tego, ja też nie tych sztuczek: jakie co czego więc remis, chciałem ci tylko wspomnieć jak gąbczasta robi się ta okolica od twojego wyjazdu: obła noc z gwoździem na miejscu sutka. |
|
18 Z DWOMA WULGARNYMI WYRAZAMI w przedziwne miejsca przesyła mnie faks upału. trafiam w sam środek sezonu egzaminów, "powodzenia" tkliwie mamrocą w środek słuchawki dziewczyny przy automatach, kiedy ostatni kredyt z karty zaczyna już migać. ci z drugiej strony, ich sympatie, może koleżanki, może też zaraz do kogoś dzwonią i życzą powodzenia. delikatne nici powodzenia przędą się, wiatr je rozwiewa po kraju. w nocy niepokój, nerwówa, studenckie bloki pulsują i dudnią. na zmianę pęcznieją, to znów klęsną wyrzucają na boki i w górę słupy kwaśnego światła. -ych-ych-ych-ych obija się stłumione techno w jamach ciała. niebo zwiesza się falbanami do wewnątrz, ostatkiem sił dźwiga tę wodę. za chwilę chluśnie, gorące krople spłuczą pot i kurz, niepokój i powodzenie, słodycz i sól egzaminacyjną. z tych, którym w przyszłość pisane jest jebanie innych. i z tych, którzy już przez całe życie będą jebani. |
|
14 ...potrzaskany krajobraz jakby był nakręcony gdzie indziej i na bluboksie wkluczowany w puste miejsce za oknem, niedokładnie. dalekie syreny wyją, autoalarmy ćwierkaniem żegnają odchodzących panów. kciuk upału wyciska powietrze spomiędzy nieba i samochodowych dachów w korku. liście robinii w tym świetle znienacka odwracają się srebrną stroną i wyskakują w górę jako ryby. kanciasty wirujący, spadający, zbliżający się kształt trzeba by zeskanować osobno i zrobić szparowanie klatka po klatce. dopóki w trzydziestej godzinie montażu ktoś nie zauważy, że najważniejsza twarz, migająca tylko przez chwilę, ale najważniejsza ma źrenice pokryte napisami w odwrotną stronę... |
|
JESTEM ZANIEPOKOJONY ZATRZYMUJĘ SIĘ jestem zaniepokojony zatrzymuję się przed tym dźwiękiem. pam-PAM. powietrze owinięte w kamień przygrzmociło mi. więc cery nieba puściły, mówisz, odwracając twarz od okna: znów prószy tym pierzem. wszystkie mosty dokładnie zalane glazurą z lodu . zawołania zamknięte w kasztach z kevlaru. witamy w pierwszym dniu zimy w środku lata paznokcia nadziei. innego nowego roku nie będzie. |
|
3 CIENIE robotnicza dzielnica, dziewczyny przygaszone cieniem fabryk pod powiekami. albo próbują się nie dać: kładą kolorowe cienie od zewnątrz, rozjaśniają spojrzenie świta. białe na czarnym, miękko osiada świeży śnieg na zleżałym. co z tego może zostać za dziesięć lat. w jaki sposób mogę pomóc politykom. chcieliby mieć gotowe frazy, formuły, nad ręką trzymającą srebrne nożyce opadającą na szarfę. oni, i przedsiębiorcy w trzecim pokoleniu, z uleżanym frakiem. cichej większości wystarczy niewiele: powiedzieć im co widzą, kiedy widzą padający śnieg, psa pijącego wodę z kałuży. potem będą gotowi iść za to na kaemy. potem autobus, jedna po drugiej dziewczyny schwycą poręcz i będą piąć się po stopniach. zmęczone cienie opadną, potem podniosą się z oczu. |
|
PATRZ, OŚCIUSZKO wolność, wolność najważniejsza ość zanurzanie się w noc na opuszkach palców tańczenie dotykalne na co wpada wolność córeczki niemowlęca do budzenia się o trzeciej w zabawowym nastroju paf, już mnie pogubiło już nie wiem czego chcę nie wiem czy chcę zasnąć czy chcę pełzać po pościeli i gugać chcenie sterczenia na sztorc w kryształowej skrzynce jak królewna Śnieżka z jabłkiem w tchawicy uśmiechania się półgębkiem zza pancernej szyby z ood-jechaną fryzurą w zgięciu łokcia trzymania powykręcanej łasiczki łe, jak ona śmierdzi to chyba tchórzofretka uśmiechania się półkwaśno zza odpornoodpornej szyby przeciągające wycieczki córeczka za 10 lat rybouste kobiety zaganiają je w stada "plują pestkami gdzie popadnie nie wiedzą kto to był Kościuszko czy schował armaty pod czapką czy zastał Polskę drewnianą w kąpieli" |
|
13, ZNOWU fu! fu! fuczysz na świat w biegu do autobusu, bębnią buty po zeszłorocznej skórze trawnika. zobacz, to na co czekałeś, już jest. widzisz tylko mdlące upały i trzaskający mróz. a są też pory przejściowe, łagodne. ta dziewczyna o karminowych wargach i żółtych zębach uśmiecha się do ciebie. ziemia potrafi przyłożyć plastry na bolące miejsca, żeby tylko twój rozdźwięk pozwolił. słońce wpadło w wycinankowe kolory nad horyzontem, zaczęło drżeć, uspokoiło się dopiero po chwili. zobacz, drżą ci gałki. |
|
8 wieczór, szuler w chwili zamroczenia albo umyślnie udający, że nie pamięta żadnej ze swoich sztuczek. przegrywa stawkę światła za stawką. aż noc bierze bank, wtedy wzdycha, prawie z ulgą. o co mu chodzi? bałaganiarze, myślowe łajzy wszystkiemu by przypisywali i przypisywali ludzkie rysy. tymczasem następne pokolenie bada pumeks: żółtym kubkiem nalewa do niego wody. |
|
JEROFIEJEW UWSPÓŁCZEŚNIONY "ten oto kolega przyjechał z Londynu i od rana smażymy pod kontuarem, kryjąc się przed szefową kwiaty holenderskiego skuna. jest mi już bardzo, bardzo przyjemnie" "pozwól, że cię zaproszę na zewnątrz, do bramy nie będziemy się bić, ale razem spróbujemy tego specjału" "cześć chłopaki, dziękuję, że na mnie zaczekaliście jednak ktoś inny musi rozpalić, wbrew pozorom ja nie mam mocnych płuc, nie umiem wciągać głęboko" "tigidigidi, kto ma ochotę niech jeszcze dokończy ostatnią chmurę my wchodzimy z powrotem w rozgiętą ścianę muzyki" |
|
AUTOREM DRUGIEJ BRAMKI BYŁ RIPLEJ cielesność, zszarzałe światło, jedną kreską obrysowuje się panią, pana, rodzinę na spacerze. ich psa i smycz. czy to wystarczy, żeby się połapać? cykliczne rozdrapywanie ranki na nosie, ramki poza którą lubi uciec skoczna i czerwona płynna i jaskrawa tkanka. jakby była niecierpliwa, jakby wyglądała opuszczenia tego zastałego ciała, zaszłości historycznej pierzeje ulicy, w punkcie zbiegu Tomo, brodaty i uśmiechnięty brodaty i trochę szczerbaty, trochę każący przypominać sobie własne szczerby. odchodzi młodość, mięknie rura. "mam sformatowany twardy dysk": przemyka, pozostawia w niepewności czy kłopoty z maszynerią, czy to dysk jakiś zmetaforymatowany, głowica, głowa jak odnowiona, stary balast uwalnia się drobiny kurzu powoli odrywają się od wietrzonej tkaniny, wirują w ukośnych frędzlach pojesienniałego słońca. |
|
precyzyjnie to przeprowadzić: powietrze wyciosane w ciemnym kamieniu kiosk na rogu św. Filipa i Krótkiej, o tej porze już nieczynny, w środku niezgaszone ostre światło przy blaszanym parapecie pogaduchy, czy też piknik prostytutek. z których jedna, odwrócona tyłem na zmianę ciągnie jeden łyk ze szklanej flaszki z wódką i jeden z plastikowej z kolą. wchodzenie w nastrój do nocnej zmiany. ten swoisty drink miesza się dopiero w przełyku, po drodze. już nie mży, wilgotne zimno dalej tnie w głąb kości. powietrze, zapach mokrych tynków, w kałużach migotanie latarń. mieszanie się wszystkich obrazów dopiero w przełyku, po drodze, pęd nieruchomy. |
|
21 oto jak się wyczulam: łapię promieniowanie, powłoki ciała od strony lampy wyraźnie cieplejsze. rozpościeram ramiona, łapię wiele nieistniejących zapachów. raz po drobnym pyle śniegu osiedlowego niesie świerki, żywicę spod szczytów, bardzo mocno. raz lawendę, rozmaryn i szałwię na parkingu prowansalskim, pierwsza noc na południu dział wód przebyty w tirze pod glazurą upału. i tak: mocne plecy i mocne piersi nade mną w pierwszej poświacie świtu, zapach, który ma później stać się moim ślubnym. światło poranne, które dopiero później zostanie ranne, wiele razy. blizny poprzerastają nas, szpecą, ale i szepcą wspólną opowieść, więżą, ale i więzią stają się. z Tobą, z drogą osobą, ale i z tym betonem pod lodem, nad którym jeszcze jak młode ukwiału dryfuję, ale i w toni snów widzę, jak nici korzeni zadomawiają się w szczelinach płyt. jak cień i słońce dzielą się połaciami gruntu, i to wszystko ja, ja, własne stopy telegrafują, nos przemrożony, na wznak na nici wiatru |
|
POSŁOWIE uderza mnie to: otwarte oczy. oczy kota z gąbki walają się wszędzie. matka znalazła okarynę w kuchni i wydaje apokaliptyczne dźwięki. uważa się, że maleńkie dzieci powinny wszystko przyjmować z ufnością i wdzięcznie. uważa się, że prości ludzie są w tym względzie równoważni dzieciątkom. kamery i taśmy betamax do zapełnienia natchnionym posłaniem. posłujemy w modnej knajpie gzie kręci telewizja Rundfunk. prości ludzie, padajcie na tyłki i nie rozrzucajcie kotów. czy nie może raz obyć się bez kłopotów. |
|
LA FESTA ...puchną mlecze blond, poważnieją, z żółtych trzpiotów przemieniają się w siwe klosze. kiwają tymi kulami, troska o prowadzenie się świata, zamartwiają się tak, że nawet się nie spodzieją, jak im całymi pękami wiatr wywiewa myśli i zostawia nagie czerepy ale zostawmy to. w tramwaju czułem się wręcz odwrotnie, podśpiewywanie pod nosem, wśmiewanie myśli w górę, w głąb kanałów nosowych i znów podśpiewywanie: "lafesta, lafesta Kappuczczino", że niby La Festa, święto, dla wszystkich kapucynów i zamartwiaczy. skończyło się głośnym puszczeniem wiatrów, nadspodziewanie głośnym, wytrąceniem na chwilę z impetu, z tymi wyszczerzonymi zębami, nie wiadomo, zawstydzić się, czy uśmiać. a czego byście się spodziewali przejazd przez zwrotnicę, między popierdującymi głośniczkami przejścia dla niewidomych, przedmieście z pętlą tramwajową zawadiacko zarzuconą na szyję, sześćdziesięcioletnie framugi w tym świetle błyszczą drugą, trzecią, młodością... |
|
PACH! PACH! PACH! KOROWÓD DZIADKÓW pach! pach! pach! korowód dziadków na wilgotnej ścieżce wzdłuż działek. glina i piach przesiąknięty, namuły dawno już przywłaszczyły sobie to miejsce. asfalt tylko dla zasady prześwieca, spod spodu udaje miasto. te przestrzenie pokawałkowane oczkami siatki są naprawdę jednym pokojem, wspólnym. możliwości skomunikowania się nieziemskie, nieziemskie. Wojtek czeka tylko jeszcze na telefon wielokomórkowy, z jamą chłonąco-trawiącą. |
|
11 czarne sombrero królowej dotknęło zimnej ziemi. dokąd przechodzą weseli? kto ich przyjmuje? która ich droga ludzi śmiechu stalowe klapki w czaszkach z gutaperki która jest moja droga? z tego zadarcia widzę tylko wyłupiaste oka semaforów. nie rozróżnię kolorów. przez mózg mój przechodzą zakończone tępymi wiertłami rdzenie. skąd wziąć pieniądze. pobocza łaski są pełne brodawek, powiedzmy jak skóra ropuchy. |
|
KRÓTKIE NAPOMNIENIE kasuj przymiotniki! kasuj przymiotniki! przymioty każdy sobie sprawdzi w telewizji kłaniaj się przed esencją bo inaczej postrzał w plecy i od siedzącego trybu tycie... |
|
SŁUCHAJ! TUTAJ, DNI ZMECHACONE słuchaj! tutaj, dni zmechacone skórzane ryby prześlizgują się przez krzyżowiska patyków. od kiedy wiosna? liście miały trzy dni na wystrzelenie: i zdążyły! dzisiaj od rana znów wcieranie śniegu w beton, wydreptywanie spirali. biel i rozrzutne falbany świeżych liści lśnienia ssą oczy. kiedy się zatrzymam ina, iza, oza i acja skoczą mi na kręgosłup i schrupią. wilgotny hałas przeciska się pod uszczelką, jesteśmy w polu gdzie najmniejsze poruszenie nabiera najwyższej wagi. tak, najwyższej wagi. |
|
15 BEZ WIĘKSZOŚCI KROPEK właśnie tak: zacząć oddawać dług powietrzu że niesie czarne, o marnych kształtach chmury i skałom, że stoją rzędami, cierpliwie, usmolone, milczące, dumne ogniowi, że tli się uparcie chociaż ocieka śliną skorupa na którą już zwyczajowo się spluwa wodzie, że tak je razem uwodzi tak przekonana o swojej czystości tyle jej zawdzięczamy, takie mamy zadłużenie dzieci naszych dzieci będą zjeżdżać na dół odrabiać, świecić pyłem antracytowym w zgięciach skóry, zapadkach spojówek bo oto licznik bije, taksometr cyka przejażdżka trwa, odsetki się dopisują. |
|
AKTUALNE kartoflany premier, gumowy prezydent nie zdążysz nawet pstryknąć palcami zmrużyć i otworzyć oczu i nikt już nie będzie pamiętał, kto to obskurne aluzje, chleb dla frezerów przypisów nie zdążysz nawet klasnąć, obrócić się przez ramię, zaprowadzić i odebrać córki z przedszkola, z wesela złoty piasek w nerkach twojej duszy sczernieje i osypie się. papier wytrzyma tylko chwilę dłużej. mea pulpa. mea maxima pulpa. minimula in saecula saeculorum. |
|
7 ani chwili pewności po kolana w rtęci w sadle wyściełającym jamy ciała wieloryba. Jonaszu, masz ten pierścień? nie prosiliśmy, żebyś zszedł z okrętu? nawet płaski i odwodniony, jak skórzana łata na łokieć swetra, cały czas wisisz nad nami, sapiesz w kark. |
|
to zmienia się, to się zwiesza czy to jest ta, czy to jest ten? błąkając się między włosami jak pnie olbrzymich drzew wyrastającymi z gąbczastego podłoża lepiej zrobimy, jeśli pozwolimy ciszy udzielić nieodpowiedzi. inaczej, z naszą arogancją jesteśmy pchły pytające: idziemy do miasta piechotą czy czekamy na psa? |
|
FRAGMENTARYCZNE 11 ...to otarcie, wgłębienie, gdzie dotknęła tajemnica zgrubienie, skrzep i zwapnienie zrost i otorbienie. poruszamy się hieratycznie jak zombie złośliwie wskrzeszony wśród regat chemikaliów przez wilgotne mózgowie móżdżek, błony mózgowe w zalewie jaka pyszna to zupa, z trzech źródeł pochodzą: świeży pomidor, cały pomidor w zalewie z puszki, wreszcie sok pomidorowy... |