|
a u t o r n a l e ż y d o W R Z E S I E Ń |
|
*** Niegdyś marzenia mieszkały na strychu, W kufrach mosiężnych, w podartych łachmanach. Starczyło tylko wdrapać się po cichu, By się przemienić w księcia lub ułana. Do nietoperzy jak do samolotów, Niczym z armaty bombardować z procy, A potem pomknąć z bratem do ogrodu, By dom zdobywać jak twierdzę złej mocy. Dziś nie ma domu - już zgorzał w płomieniach Czasu, co bieży jak biegacz szalony, Kresu nie znając, ani wytchnienia. Dziś nie ma marzeń, są tylko złudzenia. Księciem nie jestem... Jam człowiek strudzony, Który pociechy szuka we wspomnieniach |
|
*** Tak daleko jeszcze do Golgoty a już lękam się i drżę noce ciszą naznaczone modlitw cichych i bez wiary a nad ranem kielich szept i krwawe poty tak daleko jeszcze do Golgoty Boję się, że Szymon Cyrenejczyk utknie w miasta podłej lawie Jan zaginie w tłumie Weronika chustę zgubi i umrze moja moja twarz że krzyż zmienią mi na krzesło elektryczne poezję w słowa co tylko informują a życie tylko w życie Boże czy ty zbawiać jeszcze pragniesz Czy ty zbawiać jeszcze umiesz Błagam pokaż że mnie wznieść potrafisz ponad zdegradowane symbole i czas... |
|
*** W cieniu wieczoru otulony świecą trwam w zadumie lustrzanej - to moje święte na wiersz oczekiwanie poddasze pęcznieje poezją jak modlitwą oddycha przestrzenią mocuje się obłęd z pojednaniem zmaga życie z umieraniem i oto okruch wiersza rozprasza nicość jakby Bóg uśmiechnął się nieśmiało... |
|
*** Lubię patrzeć na jesienne liście kiedy to z drzew ulatują bez żalu łzy srebrnoszarej nie roniąc ni jednej w niemym kornym zachwycie po rdzawym niebios błękicie szybują by potem umrzeć tak naturalnie i oczywiście O gdyby człowiek śmierci tak bać się nie musiał i taki zachwyt w duszy rozpowinąć umiał i śnić o świtaniu potrafił wiedząc że świtu nie będzie że to sen ostatni z utrudzonych pierzcha powiek... |
|
*** Łatwiej jest przecież traktat o aniołach napisać niż sikorce zbłąkanej przepyszną słoninę w karmniku zostawić Prościej o zbawieniu świata nieustannie prawić niż stokrotkę wiosenną żonie podarować ot tak bez okazji Prościej hymny wyniosłe przy średniowiecznych śpiewać organach niźli się ku ciszy schylić co wciąż się niecierpliwi bo niepotrzebna i zapomniana Nadęci niby-święci nie możemy pojąć że Pan Bóg co wieczór przed snem odmawia pacierz na kolanach... |
|
*** Dziecku odszukać wiersz nietrudno - sień otwarta no oścież kwitnie zapachem poezji w ogrodzie na strychu w peicu zawsze czai się sędziwy poemat dłonie matki szybujące w powietrzu kreślą granicę formy... Dorosły poeta odnajduje wiersze w udręce zaplątany w brody filozofów w gąszczu niedookreślonych znaczeń i błądzących metafor sięgających nieznanego nieba kwili jak bezbronne źrebię... Kiedy poezja ucieka ode mnie jak od nudnego staruszka odnajduję ją zawsze we wnętrzu zgaszonego pieca... |
|
*** Ażebym był jak drzewo stuletnie które mistycznie nachyla konary i pocałunek przenajczulszy składa listkowi który dotknięty jesienią z ciężarem nocy i łzą pomgielną na ziemię upada... Ażebym miłość tak umiał pokochać jak ślepiec swe dłonie które zdziwione barwy mu tkają i gamą obrazów namaszczają skronie... Ażebym słowa dobyte z otchłani Potrafił na powrót z otchłanią stopić nim jeszcze zdążą ciszę poranić natarczywością pogoni znaczeń... |