Z batutą i rumorem
    
Nie wiem czy ktokolwiek zauważył, ale miało miejsce, nie tak dawno, bardzo ciekawe zjawisko w Warszawie. Otóż na jednym z osiedli doszło do bardzo ostrego konfliktu między mieszkańcami, a administracją. Administracja dokonała przetargu na teren należący do niej, na którym znajdował się parking mieszkańców okolicznych bloków. Wygrała jakaś tam firma, chcąca postawić w tym miejscu kolejny Szajzmarket. Ludziom obiecano przenieść parking w trochę bardziej odległe miejsce. Niestety, okazało się, że okoliczni mieszkańcy nie za bardzo są szczęśliwi wizją supermarketu pod ich oknami, jak również wizją setek samochodów dostawczych i ogromnego betonowego placu dla samochodów klientów.
Ludzie ci postanowili protestować przeciw takiej decyzji. I kiedy postępowanie było w toku, firma budowlana przyjechała i ogrodziła teren pod przyszła budowę. I co się stało? Ludzie, którzy protestowali (jak dotąd drogą służbową"), wyszli pewnego wieczoru i rozwalili część płotu. Następnego dnia (lub po kilku dniach- dokładnie nie wiem) firma wróciła aby postawić ogrodzenie z powrotem, teraz jednak z ochroniaarzami. I co tym razem. Ano to samo. Jednak tym razem była już nawet policja. Niestety płot i tak rozwalono. I dopiero po ostrej przepychance z policją i ochroniarzami administracja podjeła jakiekolwiek negocjacje z mieszkańcami.
Jaki wniosek z tej krótkiej przypowieści? Ano taki: władza tak długo ma Cię w dupie, dopóki, nie okazuje się, że jesteś dla niej zagrożeniem.