Za Chyny     




Od ostatniego numeru działo się, a działo, ale może od początku. Przede wszystkim zakończyła się grudniowa akcja chińska, co wcale nie oznacza, że zakończyła się ona całkowicie. Po prostu teraz mniej będzie nas widać na ulicach (przez jakiś czas). Na początku jak zwykle pobieżne info z akcji ulicznych (kompletny raport z dotychczasowych osiągnięć (lub klęsk - sami to ocenicie) ukaże się bądź to niezależnie, bądź to w przyszłym numerze. Teraz do rzeczy - 23 grudnia jeszcze raz pikietowaliśmy domy towarowe, a właściwie Pasaż Śródmiejski. Tym razem było znacznie lepiej (widać zdobywamy doświadczenie), gdyż stanowiliśmy na tyle barwną grupkę, by zwrócić uwagę większości przechodniów. Były transparenty, megafon, drut kolczasty, a nawet stoisko informacyjne. Reporterów tym razem było mniej, ale za to widać było, że nie przyszli tu „na zsyłkę" z polecenia naczelnego. Na stoisku królowały „Za Chyny" i petycja, a i ludzi tu nie zabrakło, tak więc w sumie akcja informacyjna zakończyła się pozytywnie. Informuję jednocześnie, że pomimo zapewnień dyrektora D.T. „Centrum" znaleźliśmy artykuły chińskie na stoiskach, znajdujących się tamże. Dotyczy to gł. stoiska papierniczego - farby, tusz, ołówki, piórniki i tego typu gadżety. Teraz parę słów o listach, które do nas przyszły - dziękujemy za wszystkie i obiecujemy odpisać w pierwszej wolnej chwili. Prócz listów osób deklarujących pomoc nadszedł list od dyrektora firmy importującej obuwie z Chin. List ten zadziwił nas niepomiernie, gdyż pan ten stwierdził, iż namawiamy do kupna produktów z konkretnych krajów (w miejsce chińskich), pomijając m. in. produkcję krajową. Niniejszym oświadczam, że nasze hasło brzmi następująco: „nie kupujcie towarów chińskich" i to jest koniec, kropka. Szczerze mówiąc nie obchodzi mnie w jakich butach ludzie chodzą, o ile buty te nie są wynikiem ludzkiego cierpienia. Wśród korespondencji dotarła do nas koperta od ludzi z Poznania. Prócz podpisów i krótkiego listu przesłali nam oni xero z kilku wycinków prasowych. Jak się zorientowaliśmy dosyć ostro działają - 2 lub 3 pikiety, rozdawanie ulotek, itd. - po prostu bomba. Dzięki.
Teraz o najwspanialszej, najprzyjemniejszej i w ogóle naj... informacji. W dniach 10-12 stycznia 1997 przebywał w Polsce najsłynniejszy chiński dysydent - Harry Wu. Jest on prawdziwym człowiekiem - legendą. Po 19 latach, spędzonych w Laogai uciekł na zachód, by Stanach założyć organizację wspomagającą represjonowanych przez komunistyczny rząd ChRL. Jedyne, otwarte dla publiczności spotkanie odbyło się w Auditorium Maximum UW, w piątek 10 stycznia o 1830. Na spotkaniu tym m. in. pojawił się człowiek z Ambasady ChRL (na zaproszenie jednego i tylko jednego ze współorganizatorów!!!) - dziennikarz największego organu prasowego partii komunistycznej. Zupełnie nie wiem dlaczego przylgnął do niego tytuł półoficjanego agenta chińskich służb. Pomimo tego nieprzyjemnego zgrzytu atmosfera była bardzo dobra. Po prelekcji, tłumaczonej przez szefa Amnesty International - Polska, rozpoczęły się pytania. Najciekawsze były wypowiedzi profesorów PAN - u. I tak, jak pani prof. Tomala po prostu nie mogła uwierzyć w część przykładów, przytaczanych przez gościa (miejmy nadzieję, że uda się nam porozmawiać z panią profesor), tak drugi naukowiec - prof. Gawlikowski dosłownie napadł na Harrego Wu, twierdząc m. in., że Polska i Chiny mają wspólne interesy, posiadając takiego sąsiada, jak Rosja („można rozwinąć współpracę np. na płaszczyźnie służb specjalnych" - po prostu między nami mocarstwami). Czego się jednak spodziewać po człowieku, który na wykładzie otwartym stwierdził, że polityka 1 dziecka doprowadziła w Chinach do wzrostu poszanowania dla życia ludzkiego. Szerzej o wizycie oraz wywiad z Harrym Wu w następnym numerze (udało się skraść około godziny z prywatnego czasu gościa). Niestety bez kolejnej historii zza Wielkiego Muru (ze względów objętościowych) żegnam Was
Tomek